Bereza Kartuska

Bereza Kartuska

Na początku lat 30. w Polsce, tak samo jak w Europie, można zaobserwować proces zaostrzania się kursu władzy wobec opozycji. Oczywistym jest, że proces ten w II RP wiązał się z osobą Józefa Piłsudskiego, który sprawował faktyczną władzę w kraju. Ponieważ nie udało się grupie skupionej wokół Piłsudskiego wyciszyć opozycji zwykłymi środkami, postanowiono zastosować środek bardziej brutalny- dążono do stworzenia obozu dla "antypaństwowców" i szukano pretekstu dla jego powstania. Decyzję podjęto po zamachu na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego w VI 1934 roku. Na miejsce powstania obozu wybrano Berezę Kartuską, niewielkie miasteczko na Polesiu.

Część Polaków zapytana o to, z czym kojarzy im się Bereza Kartuska odpowiada, że z niczym. Wstydliwym wydaje się temat pierwszego obozu w Polsce, mającego na celu izolowanie i niszczenie środowisk niechętnych sanacji, dlatego też temat ten nie jest poruszany na lekcjach historii w liceum. Miejsce Odosobnienia zbywane jest jako "drażliwy symptomat niedomagań społeczno - politycznych" .

Temat Berezy powraca wraz ze wspomnieniami więźniów, w znakomitej większości Ukraińców zazwyczaj OUN , zazwyczaj w prasie - np. w "Polityce", "Dziś", "Kulturze", etc. Monografii, które dotyczyłyby wyłącznie obozu w Berezie, napisano niewiele - dwie najobszerniejsze i zarazem najdokładniejsze, to niewątpliwie "Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej" Ireneusza Polita z 2003 roku i "Obóz Odosobnienia w Berezie Kartuskiej 1934- 1939" Piotra Siekanowicza z 1991 roku. Ciekawą, aczkolwiek niezwykle zabarwioną ideologicznie pozycją, jest "Oni nie stali na koleni" Sboru vospominanij i dokuumentov o konclagere Bereza Kartuskaja. Ja Misko z 1966.

Stosunki polsko - ukraińskie uległy zmianie po pacyfikacji Małopolski Wschodniej pod koniec 1930 roku. O zamieszkach inspirowanych przez Ukraińców Józef Piłsudski, ówczesny premier, wypowiadał się następująco: "podpaleń, sabotaży, napadów, gwałtów w Małopolsce Wschodniej nie wolno traktować jak jakieś powstanie, unikać rozlewu krwi, natomiast stosować w razie dobrowolnego czy niedobrowolnego popierania zamętu przez ludność, represje polityczne, a gdzie to pomoże - kwaterunek wojskowy, ze wszystkimi ciężarami związanymi z nim. Sama obecność wojska uniemożliwi zamachowcom terroryzowanie ludności. Ludność musi wiedzieć, że ma słuchać władz, a nie zamachowców" . Omawiane wydarzenia, często o brutalnym charakterze, stały się przyczyną wyraźnej nienawiści między Polakami i Ukraińcami, co zwiększyło poparcie dla OUN, a naród ukraiński skonsolidował się. Wiązało się to z radykalizacją nastrojów wewnątrz OUN, z tzw. "zmianą warty" - "starych" zastąpili "młodzi" (m. in. Stepan Bandera). "Młodzi" chcieli działać aktywnie, organizować akcje antypolskie po to, aby zwrócić uwagę międzynarodowej opinii publicznej na problem ukraiński w Polsce. Ich działanie opierało się na dyskredytowaniu Polaków, którzy chcieli porozumieć się z Ukraińcami, a w ostatecznym wypadku na zabiciu ich. Taki plan działania wymuszał program organizacji, która dążyła do zbrojnego konfliktu polsko- ukraińskiego, pozwalającego uzyskać Ukrainie niepodległość, a wszelkie rozmowy i pertraktacje tylko odwlekały ów konflikt. Trudno dziwić się niechęci Ukraińców do Polaków, patrząc na ignorowanie postulatów wysuwanych przez mieszkańców kresów wschodnich (np. utworzenia uniwersytetu z językiem ukraińskim jako wykładowym).

Rozwijająca się OUN potrzebowała coraz więcej środków finansowych na poszerzanie swojej organizacji. Pieniądze otrzymywała nie tylko do emigracji ukraińskiej, ale także od Niemiec i Litwy, niechętnych Polakom. Jedna z akcji przeprowadzonych w celu zdobycia pieniędzy w Grodku Jagiellońskim nie udała się, ukradziono niewielką sumę, a sprawców aresztowano. Wywołało to zmiany w kierownictwie OUN, legalizując jednocześnie S. Banderę jako przywódcę organizacji. Wtedy to podjęto decyzję o rozpoczęciu działalności terrorystycznej na terenie Warszawy. Chodziło nie tylko o sabotaż dworców kolejowych, ale o zamach na kogoś ważnego . Na zjeździe w Berlinie w 1933 roku zdecydowano, że w ramach rehabilitacji za nieudaną akcję w Grodku Jagiellońskim M. Łebieda przeprowadzi właśnie taki zamach na ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego Janusza Jędrzejewicza lub ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. M. Łebieda przeprowadził rozpoznanie w Warszawie, jednak w związku z polepszeniem się stosunków polsko - niemieckich akcji zaniechano ze względu na naciski niemieckie (Niemcy zdawały sobie sprawę z tego, że Polacy wiedzą o dofinansowywaniu OUN przez ich kraj) . Stąd też dwie hipotezy dotyczące zabójstwa B. Pierackiego

- zamachu dokonano za wiedzą i zgodą Eugeniusza Konowalca, jednego z najważniejszych i cieszących się największym autorytetem członka OUN

- była to samodzielna akcja "Młodych", którzy nie chcieli więcej czekać spokojnie na rozmowy i układy polsko - ukraińskie.

Przygotowania do zamachu rozpoczęły się wiosną 1934 roku, kiedy to M. Łebed przyjechał do Warszawy. W przygotowaniach pomagała mu Daria Hnatkwiska. Zdecydowano ostatecznie, że zamach przeprowadzi Grzegorz Maciejko, pseudonim "Gonta". Co ciekawe, grupę osób pomagających Łebedowi obserwowano od dawna i miano wcześniej aresztować, ale nie zrobiono tego w obawie o słabe rezultaty podróży B. Pierackiego na kresy wschodnie. Z powodu rozpracowywania lwowskiej grupy OUN S. Bandera wydał rozkaz wstrzymania zamachu, ale rozporządzenie nie dotarło do Warszawy na czas, zamach został przeprowadzony.

Ministra spraw wewnętrznych B. Pierackiego zamordowano 15 czerwca 1934 roku na ulicy Foksal 3 w Warszawie, gdzie znajdował się Klub Towarzyski, w którym minister jadał obiady. Kiedy minister wchodził do budynku, podbiegł do niego zamachowiec i strzelił trzykrotnie . Pracownicy i goście Klubu ścigali zamachowca ulicami Warszawy, ale udało mu się uciec. Pułkownika odwieziono do szpitala Ujazdowskiego, ale nie udało się go uratować. Śledztwo poprowadził sam minister sprawiedliwości Czesław Michałowski.

Maciejko wrócił do Lwowa, skąd wyemigrował za granicę, a M. Łebed i D. Hnatiwska wyjechali do Gdańska, następnie do Niemiec, skąd zostali odesłani do Polski, gdzie zostali aresztowani. Oprócz zmian kadrowych w MSW (nowym ministrem został Leon Kozłowski), udało się aresztować wiele osób z kierownictwa OUN.

Obok OUN w Polsce działała inna organizacja - ONR - mająca charakter prawicowej, radykalnej młodzieżówki. Jej nacjonalistyczne hasła i propozycja "odżydzenia" miast budziła niepokój w obozie sanacji, która nie była w stanie jej sobie zjednać. Wystąpienia antykomunistyczne i antyżydowskie, połączone często z zamieszkami, doprowadziły do wydania przez MSW zarządzenia o likwidowaniu oddziałów ONR, w razie brania przez nie udziału w wystąpieniach. Ponieważ to ostrzeżenie nie pomogło i w dalszym ciągu dochodziło do zamieszek, 10 czerwca wydano zakaz uczestniczenia bojówek w akcjach antyrobotniczych.

Sanacja doskonale wiedziała o sytuacji w kraju, o kontestowaniu decyzji władz, o konfliktach między młodzieżówkami prawicy i komunistami, o tendencjach separatystycznych kresów wschodnich. Ponieważ nie ustalono od razu, która organizacja odpowiada za śmierć ministra, zdarzenie to było doskonałym pretekstem do dokonania aresztowań wśród kierownictwa stronnictw podejrzanych o przeprowadzenie zamachu, co nie tylko pozwoliło pozbyć się opozycji, ale także rozrzedziło atmosferę gęstniejącą w ostatnich miesiącach na ulicach Warszawy. Trudno się zatem dziwić, że wiadomość o ustaleniu sprawcy została podana dopiero 10 lipca. Ministra pochowano w jego rodzinnym mieście- Nowym Sączu.

Podczas gdy Ukraińcy tłumaczyli się zamachu przed własną, emigracyjną opinią publiczną i przedstawiali ministra Pierackiego w niekorzystnym świetle, w Polsce odbywał się proces przeciwko jego mordercom. Proces był kontrowersyjny, poruszył polską opinię publiczną. Wyroki były wysokie, ale zmniejszono je w wyniku porozumienia z ludnością ukraińską. Stosunki polsko- ukraińskie nigdy już nie były tak napięte, jak w okresie sporów o zabójstwo ministra. Ukraińcy zrozumieli, że współpraca jest konieczna, a Polacy starali się nie zadrażniać wzajemnych kontaktów. Zaowocowało to obecnością posłów ukraińskich w sejmie po wyborach 1935 roku.

To stosunkowo dokładne odwzorowanie wydarzeń poprzedzających powstanie Berezy ma na celu przybliżenie przyczyn powstania obozu. Władza uważała, że jedynym skutecznym sposobem walki z opozycją będzie zamykanie jej działaczy na kilka miesięcy w obozie. Społeczeństwo widziało poprzez powstanie obozu szansę ograniczenia wystąpień młodych endeków, mających charakter wyraźnie nacjonalistyczny, a więc antyukraiński i antyżydowski. Trzeba się jednak zastanowić, czy powstanie obozu było dobrą reakcją na akcje oenerowców. Z umieszczanych w obozie nacjonalistów (zarówno polskich jak i ukraińskich) współdziałacze robili męczenników, co wzmacniało ich ruch ideowo. Poza tym walka z obozem zbliżała skrajnie różne partie opozycyjne do siebie. Wreszcie należy pamiętać, że, patrząc z perspektywy lat, najlepszym rozwiązaniem konfliktu z OUN było podjęcie rozmów z Ukraińcami i spełnienie ich postulatów dotyczących klas z językiem ukraińskim i uniwersytetu z językiem ukraińskim jako wykładowym, co wyjęłoby to z rąk szablę OUN.

Ciekawym jest fakt, że Józef Piłsudski zgodził się na utworzenie obozu, skoro sam wielokrotnie wcześniej powtarzał, że .Polacy mają w sobie instynkt wolności. Ten instynkt ma wartość i ja tę wartość cenię. W Polsce nie można rządzić terrorem. . Niewątpliwie pomysłodawcą utworzenia miejsca odosobnienia był prof. Leon Kozłowski, sprawujący wówczas funkcję premiera. Nie jest tajemnicą, że L. Kozłowski pozostawał pod wpływem wzrastającej popularności faszyzmu niemieckiego i włoskiego, a zwłaszcza jednego z odczytów J. Goebbelsa, mówiącego o wychowawczej roli obozów koncentracyjnych w Niemczech.

17 czerwca 1934 roku, wieczorem, prezydent Ignacy Mościcki podpisał dekret o wprowadzeniu obozów izolacyjnych, korzystając z możliwości wydawania rozporządzeń z mocą ustawy. Rozporządzenie mówiło ogólnie o warunkach, na jakich można było trafić do miejsca odosobnienia- za .naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego.. O umieszczeniu w miejscu odosobnienia decydowały władze administracyjne- maksymalny czas pobytu wynosił 3 miesiące, ale można było ten okres przedłużyć o kolejne 3. Jak widać orzeczenie było bardzo ogólnikowe, ale taka też była intencja prezydenta- do obozu mogli trafiać więc wszyscy podejrzani o działalność polityczną, opozycyjną. Józef Piłsudski wyraził zgodę na utworzenie obozu na okres jednego roku, należy jednak pamiętać, że zmarł jeszcze w roku 1934, a kolejni premierzy nie zdecydowali się rozwiązać Berezy- funkcjonowała więc do 1939 roku. W związku z ożywioną działalnością spekulantów, wahania cen, wzrost drobnych kradzieży, przestępstw itp. rozporządzenie rozszerzono o dwa okólniki- pierwszy z 19 października 1936 roku o wysyłaniu do Berezy spekulantów po umotywowaniu wniosku przez wojewodów oraz z 4 listopada 1937 roku o wysyłaniu do Berezy recydywistów kryminalnych . Było to bardzo wygodne w przypadku drobnych przestępstw, trudnych do udowodnienia, a jednak bardzo uciążliwych dla społeczeństwa, gdyż pozwalało odesłać ich do obozu bez wyroku sądowego, ale z drugiej strony stwarzało margines do działań poza prawem- wysyłaniem do obozów ludzi niewinnych.

Nie wszyscy członkowie BBWR i zwolennicy sanacji popierali powstanie obozu. Jednym z głównych przeciwników Berezy był Kazimierz Świtalski, który uważał swobodę decyzji administracyjnych za niebezpieczną, a ponadto przewidywał powstanie wewnętrznej opozycji wewnątrz BBWR, która będzie niechętna obozowi . Dochodziło także do sytuacji, że początkowi zwolennicy Berezy zmieniali swoje zdanie po pewnym czasie (np. Stanisław Cat - Mackiewicz). Mickiewicz resztą temat Berezy był wstydliwy także dla jej zwolenników, bo zmuszał ich do otwartego popierania drastycznych metod walki z przeciwnikami

Miasto Bereza Kartuska znajduje się w województwie poleskim. Jeszcze przed I wojną światową osadzono w Berezie duży garnizon wojskowy, a po wojnie powstała tam Szkoła Podchorążych Piechoty . Szczytowy okres rozwoju miasteczka przypadł na okres po 1848, po wybudowaniu tzw. szosy brzeskiej, najruchliwszej drogi łączącej Warszawę ze wschodem. Dodatkowo miasto znajdowała się obok arterii kolejowej Warszawa- Moskwa (1/3 km od miasta). W 1931 roku Bereza liczyła 4571 mieszkańców, w tym 50% Żydów, 30% rzymskich katolików. Około 52% mieszkańców stanowili rzemieślnicy i rolnicy . Miasto, a raczej miasteczko, było charakterystyczne dla Polesia- małe domki, stosunkowo ubodzy mieszkańcy, podmokłe tereny. Życie obracało się tutaj wokół targu oraz niedzielnych mszy.

Warto zastanowić się, czemu na miejsce odosobnienia wybrano właśnie Berezę Kartuską. Niewątpliwie wpływ na tą decyzję miała topografia terenu: Polesie miało stosunkowo słabą sieć komunikacyjną- dostatecznie dobrą, by dowieźć na miejsce więźniów i zaopatrzenie, ale także dostatecznie słabą, by stworzyć problem ewentualnym ciekawskim, których na początku było wielu. Należy tez dodać, że teren Polesia był gęsto zalesiony, a lasy te były bardzo zaniedbane- wynikało to m. in. z naturalnej bariery, jaką stanowiły w przypadku niespodziewanego ataku ze wschodu. Co za tym idzie decyzje o budowie dróg czy wyrębie lasów podejmowali wojskowi, to oni byli faktycznymi administratorami Polesia. Ważnym czynnikiem była także ludność- społeczeństwo słabo wykształcone, nieuświadomione politycznie, zainteresowane wyłącznie własnymi sprawami, mieszkające w jednym z najuboższych regionów Polski . W tej sytuacji nie interesowali się oni obozem karnym, znajdującym się na obrzeżach miasta. Można więc było być spokojnym o to, że więźniowie rzeczywiście będą przebywali w .miejscu odosobnienia.. Kolejnym z czynników decydujących były budynki, będące pozostałościami po rosyjskich koszarach- nie trzeba było budować wszystkiego od nowa, a miejsca wystarczyło zarówno dla więźniów jak i dla personelu obozu. Dwie części obozu rozdzielała szosa Berestje- Kobruń . Za najważniejszy powód powstania obozu w województwie poleskim można chyba jednak uznać fakt, że jego wojewodą był Wacław Kostek-Biernacki, którego źle wspominają zarówno Włodzimierz Makar jak i Edward Wreciona , więźniowie obozu. Mówiono w kuluarach, że jest sadystą i okrutnikiem. Ze wspomnień Felicjana Sławoja- Składkowskiego wynika, że był człowiekiem inteligentnym, znającym się na polityce .

Jagoda Karbowska, która rozmawiała w cztery oczy z wojewodą, wspomina, że wydał jej się niezwykle zimny, wyrachowany i bezlitosny . J. Karbowska zwraca także uwagę na to, z jakim szacunkiem odnosili się do niego chłopi, jak bardzo dbał o przyjazną administrację i o ograniczenie łapownictwa. W. Kostek - Biernacki był więc postrachem, przestrogą dla łamiących prawo. Trudno dzisiaj powiedzieć, co ostatecznie zdecydowało o ulokowaniu obozu w Berezie Kartuskiej, można jednak sądzić, że wpływ na taką decyzję miały wszystkie wyżej wymienione czynniki.

Remont i zaadoptowanie koszar do użytku obozu nadzorowali inżynierowie Vogl i Bauman. Prace zostały bardzo szybko wykonane i obóz był gotowy już pod koniec lipca 1934 roku. Obie części obozu były ogrodzone wysokim, drewnianym parkanem. W obozie południowym znajdowała się komenda obozu, a w północnym więźniowie i stu wartowników. Część północna była odrutowana, na przeciwko bramy obozowej znajdowała się policja. W jednej izbie znajdowało się około trzydziestu więźniów . Zgodnie z rozporządzeniem o organizacji obozu, podlegał on wojewodzie poleskiemu, komendantem miał być wyższy urzędnik administracyjny albo oficer policji. Personel obozowy miał się składać z policjantów z województwa poleskiego . W regulaminie znajdował się rozdział dotyczący kompetencji komendanta- oprócz utrzymywania porządku w obozie i dbania o bezpieczeństwo, ustalał on także wewnętrzny regulamin obozu oraz przydział więźniów do pracy. Funkcję tą początkowo sprawował Bolesław Greffner z Poznania, potem, od 1 grudnia 1934 roku, Józef Kamala- Kurhański.

Zarówno o pierwszym jak i o drugim komendancie więźniowie we wspomnieniach nie wypowiadają się pochlebnie- z ta tylko różnicą, że o inspektorze Greffnerze mówią, że był inteligentnym sadystą, specjalizującym się w wymyślaniu nowych szykan, podczas gdy inspektor Kamala nie był zbyt finezyjny, kopiował pomysły Greffnera, starał się go naśladować . Pierwszy z inspektorów miał złą renomę już przed objęciem stanowiska w Berezie- wcześniej oskarżano go o bicie więźniów i zachęcanie do tego procederu. Uważał, że więźniowie Berezy są więźniami .najgorszego typu. i że należy ich traktować bardzo surowo. Inspektor kontrolował personel obozu poprzez konfidentów, znajdujących się wśród więźniów. Potrafił skazywać policjantów na kary karceru za zbyt łagodne traktowanie uwięzionych, co prowadziło do wzmożonego znęcania się nad więźniami, do wymyślania dla nich takich prac, które były albo bezsensowne, albo zbyt ciężkie, aby przypodobać się komendantowi (wybudowano m. in. kort tenisowy oraz uporządkowano ogród za budynkiem komendantury). Zmiana inspektora wiązała się najprawdopodobniej z informacjami, które dotarły do Warszawy, dotyczącymi złego, okrutnego traktowania więźniów. Nowy komendant obozu nie był tak okrutny jak poprzedni, ale także stosował szykany, często mało wymyślne. Poza tym bardzo zabiegał o jak najlepszy personel w Berezie. Słynny był jeden z lapsusów językowych inspektora, kiedy wszedł do pokoju więźniów i z niewiadomych przyczyn zapytał ich .Czemu muchy siadają na stole?.. Później zwrot ten był często używany do ośmieszenia komendanta . W. Kostek-Biernacki był wobec niego bardzo surowy, odnosił się do niego w sposób pogardliwy. J. Kamila- Kurhański, w okresie, którym był komendantem Berezy, został odznaczony Orderem Polonia Restituta 4 klasy.

Większość personelu stanowili absolwenci szkoły policyjnej, niemalże bez doświadczenia. Regulamin obozu zabraniał pracownikom przekazywania informacji o tym, co dzieje się w obozie. Zostali oni poinformowani o tym, że przebywający w Berezie ludzie są tutaj w celu resocjalizacji. W początkowej fazie istnienia obozu stosunki więźniów i policjantów charakteryzowały się wzajemną obserwacją, przy czym swoista przewaga znajdowała się po stronie uwięzionych, z czego zdawali sobie sprawę policjanci (to doprowadziło do demoralizacji personelu, a co za tym idzie do sabotowania poleceń komendanta obozu). Po prostu ludzie wyznaczeni do pilnowania więźniów nie nadawali się do tej pracy. Trzeba tutaj wyjaśnić, dlaczego w obozie pracowali absolwenci szkól policyjnych bez doświadczenia- po 3 wypadkach samobójstw wśród personelu Komendant Główny Policji Państwowej przekonywał ministra spraw wewnętrznych Mariana Zandrama- Kościałkowskiego, by zwolnił policjantów ze służby w obozie. Ostateczny kompromis zakładał, że do obozu będą trafiali właśnie absolwenci szkół policyjnych po to, aby policja nie traciła swoich najlepszych ludzi. Dodatkowo wprowadzono niepisaną zasadę, że do pracy w obozie przyjmowani będą tylko policjanci nieżonaci i nieposiadający narzeczonych- wiązało się to z przykrym incydentem z 1937 roku, kiedy to jeden z posterunkowych, przebywający na przepustce, zastrzelił swoją narzeczoną . Początkowo w Berezie pracowało niewielu, bo zaledwie kilkudziesięciu funkcjonariuszy, przed wybuchem wojny te liczbę zwiększono do 300, gdyż przewidywano, że obóz stanie się obozem dla internowanych i potrzebny będzie liczniejszy personel. W tym okresie w obozie zatrudniono także kobiety- funkcjonariuszki .

E. Wreciona wspomina, że w Berezie szybko osłabł rygor obozowy, co zmusiło komendanta do wymiany niemalże połowy personelu. Na demoralizację policjantów miało niewątpliwie wpływ pilnowanie więźniów przy bezsensownej pracy i atmosfera małego, poleskiego miasteczka, jakim była Bereza Kartuska. Dla policjantów urządzano oczywiście zabawy, na które przychodziły miejscowe dziewczyny, ale nie byli oni zadowoleni z tych zabaw, bo nie można było na nich sporzywać alkoholu. Wiązało się to z szybkim .zaprzyjaźnieniem się. personelu i więźniów, co czyniło niemożliwym utrzymanie prawidłowych stosunków pilnujący- pilnowany. Stosunki więźniów z personelem układały się różne, w zależności od poglądów i narodowości poszczególnych grup. Łatwo się zatem domyśleć, że najlepsze stosunki panowały między endekami i policjantami- to oni byli traktowani bardziej pobłażliwie, wykonywali lżejsze prace, często w kuchni. Zdarzały się także oczywiście sytuacje, kiedy działacze SN trafiali do karceru. Więźniowie chętnie wspominają niektórych policjantów- czasami nazwiska się powtarzają. Są to np. Komorowski ("Hrabia"), Sitek, lekarz obozowy w stopniu majora (zmarł w Berezie w 1934 roku na zawał), posterunkowi Ryś, Rafałowicz, Nowak, Malarczyk ( wspominani jako łagodni) . Byli jednak i tacy, którzy wspominani są jako sadyści: m. in. Kowalski, Nadoslki, Pytel, Stanisławski, Solecki, Matoka, Idzikowski, Markiewicz, Gołębiowski i wielu innych

Służba w kompanii karnej dzieliła się na wartowniczą, konwojującą, koszarowo- administracyjną oraz w rocie w obozie. Służba wartownicza polegała na nocnej ochronie obozu, tzn. w godzinach 18:00- 6:00. Służba konwojowa polegała na pilnowaniu więźniów w ciągu dnia, tzn. w godzinach 6:00- 11:00 oraz na dyżurowaniu w pobliskim szpitalu w Kobryniu i konwojowaniu osób, które były wzywane na rozprawy sądowe. Policjanci, pełniący służbę koszarowo- administracyjną, mieli za zadanie zarządzać miejscem. Przy średniej liczbie 300 więźniów przebywało w obozie jednocześnie około 94 policjantów . Obóz patrolowany był konno w jego najdalszych zakątkach, a poza obozem przy pilnowaniu więźniów używano psów.

Ważną postacią w obozie był wojewoda poleski W. Kostek-Biernacki. Nikt z ministerstwa nie mógł odwiedzić obozu bez jego wiedzy i wizyty u niego. Poza tym wydał ostrzeżenia dla miejscowej ludności i przyjezdnych, aby nie zbliżali się do obozu bliżej niż do drucianego ogrodzenia i aby nie nawiązywali kontaktu z odosobnionymi. Zakazano fotografowania obozu. Za złamanie tych zakazów groziła kara 500 złotych grzywny lub 14 dni aresztu. Jeśli ktoś podejmował próbę wstawienia się za bliskim, przebywającym w obozie, to udawał się właśnie do wojewody poleskiego . Ciekawy był proces wysyłania podejrzanego do miejsca odosobnienia. Starosta występował do miejscowego wojewody z wnioskiem o skierowanie określonej osoby do miejsca odosobnienia. Jeśli wojewoda wyrażał opinię pozytywną, to wtedy wniosek ten trafiał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Departamentu I Politycznego, gdzie dyrektor zbierał codziennie nadesłane nazwiska i przedstawiał je ministrowi. Kiedy wniosek o umieszczenie jakiejś osoby był rozpatrywany pozytywnie, wojewoda był o tym listownie informowany, a drugi egzemplarz tego dokumentu trafiał do sędziego śledczego, któremu podlegał obóz- jego siedziba znajdowała się w Brześciu nad Bugiem. Formalnie to on musiał zaakceptować skierowanie danej osoby do miejsca odosobnienia, ale nigdy nie odrzucił takiego wniosku, akceptując decyzje MSW. To on także decydował o ewentualnym przedłużeniu pobytu więźnia w Berezie, na wniosek komendanta obozu . Często zdarzało się także, że z takim wnioskiem występował wojewoda terenu, z którego pochodził więzień. W czasach, kiedy Felicjan Sławoj- Składkowski był ministrem spraw wewnętrznych, często akty i dokumenty były podpisywane przez niego niejako automatycznie, bez czytania- zdawał się on na wiceministrów, którzy wcześniej parafowali podpisywany przez ministra dokument . Można przypuszczać, że podobny proceder miał miejsce także w późniejszych gabinetach.

Wniosek o umieszczenie w Berezie miał określoną, sformalizowaną formę i był wypełniany w trzech egzemplarzach, które były następnie rozsyłane odpowiednio do MSW, sędziego śledczego. Jeden egzemplarz zostawał u wojewody. Ta sprawą zajmował się w każdym województwie Wydział Społeczno- Polityczny. Osoba, która miała być umieszczona w Berezie, była zatrzymana w ciągu 48 godzin od momentu podjęcia decyzji o jej odosobnieniu przez policję, której zadaniem było także dostarczenie tej osoby do miejsca odosobnienia. Więzień był przekazywany przed bramą personelowi obozu, a policjant dostarczający więźnia otrzymywał przy bramie potwierdzenie dostarczenia. Taki proceder sprawiał, że żaden z dostarczających więźniów policjantów nie wszedł na teren obozu. Często zdarzało się, że więźniowie podczas podróży spoufalali się z policjantami, dotyczyło to zwłaszcza Ukraińców.

Każdy nowy więzień miał zakładaną kartę personalną, która była następnie umieszczana w archiwum obozowym. W karcie znajdowały się: imiona i nazwisko zatrzymanego, imiona rodziców, wyznanie, datę i miejsce urodzenia, zawód, miejsce zamieszkania oraz obywatelstwo. Zaznaczano przyczynę umieszczenia w obozie, inną działalność, za którą umieszczony był karany oraz datę umieszczenia w obozie i datę zwolnienia ( planowanego lub rzeczywistego) . Zaraz po przybyciu do obozu więzień był kierowany do komendanta obozu, potem przeprowadzana była rewizja, konfiskowano na czas pobytu w obozie większość przedmiotów osobistych. Po zarejestrowaniu, więźniów wielokrotnie przetrzymywano w areszcie blokowym, dopiero potem wysyłano ich do sal aresztanckich. Trzeba dodać, że sale aresztanckie były przepełnione, panował tam zaduch.

Rozporządzenie prezydenta zakładało, że okres umieszczenia w obozie może wynosić maksymalnie 3 miesiące, ale okres ten można przedłużyć. W praktyce ewentualne przedłużenie kary było często spotykane, zależało to od wielu spraw. Istniała jednak możliwość szybszego opuszczenia obozu pod warunkiem podpisania tzw. deklaracji lojalności. Wiele osób, które podpisały tą deklarację, po opuszczeniu obozu kontynuowało działalność polityczną, za co z powrotem były umieszczane w obozie. Po 1938 roku wprowadzono nową deklarację, która zakładała, że, aby zostać zwolnionym z odbywania kary, należy złożyć zeznania dotyczące dotychczasowej działalności oraz wyrazić zgodę na penetrację środowiska, w którym się działało. Inna drogą do wcześniejszego opuszczenia obozu było uzyskanie zgody na zwolnienie ze strony MSW, wydawanej na podstawie próśb rodziny czy współpracowników uwięzionego .

Jedną z przyczyn powstania obozu była śmierć B. Pierackiego, zamordowanego przez członka OUN. Trudno się więc dziwić, że przynajmniej w początkowym okresie istnienia obozu Ukraińcy byli jedną z najliczniejszych grup więźniów. Fale aresztowań Ukraińców można podzielić na dwa okresy. Pierwsza fala aresztowań trwała od powstania obozu do wiosny 1936 roku, kiedy to główną grupę więźniów zaczęli stanowić komuniści, biorący udział w wystąpieniach robotniczych. Wtedy znakomitą większość nacjonalistów, zarówno ukraińskich, jak i polskich, zwolniono. Druga falę stanowiły aresztowania w lecie 1939 roku, związane zapewne ze zbliżającą się wojną i obawą dywersji ze strony wietrzących szansę na niepodległość Ukraińców. Dodatkowo o dezaktywację OUN zabiegali działacze KOP , dla których działalność nacjonalistów była przeszkodą do zapewnienia integralności wschodniej części kraju.

Więźniowie rekrutowali się zwykle z wyższych warstw społeczeństwa, byli ludźmi wykształconymi, którzy skończyli gimnazjum lub byli absolwentami uniwersytetów. To te grupy społeczne były najlepiej uświadomione narodowo, wychowywane w duchu patriotycznym i świadome swojej odrębności względem Polaków. Zwykle trafiali oni do obozu za sprawą donosów od konfidentów, którzy działali sprawnie już wśród uczniów gimnazjów (dlatego tez kilkoro więźniów Berezy to uczniowie gimnazjów) oraz na uniwersytetach, zwłaszcza na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po aresztowaniu mordercy ministra Pierackiego, studenta Uniwersytetu Lwowskiego, posypały się także aresztowania wśród studentów lwowskich. Ukraińcy byli w Berezie przetrzymywani nawet po kilkanaście miesięcy, jak np. Włodzimierz Makar, który spędził tam ponad rok . Trzeba jednak przyznać, że aresztowania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, czyli zniszczenia OUN. Chociaż udało się rozbić niektóre komórki i kilkakrotnie powiodła się próba inwigilacji, to jednak organizacja dalej działała.

Zdarzyło się także kilkakrotnie, zaraz po zamordowaniu ministra spraw wewnętrznych, że aresztowane zostały osoby niezwiązane z OUN. Byli to działacze Ukraińskiego Zjednoczenia Chłopskiego . Po pierwszej fali aresztowań do lata 1939 roku rzadkie były przypadki umieszczania w Berezie Ukraińców. Ponowne aresztowania w lecie 1939 roku były bezpośrednim efektem wzmożonej działalności OUN oraz powstania autonomicznej Ukrainy Zakarpackiej. Pomimo ostrzeżeń Polacy nie unormowali stosunków z Ukrainą, a konflikt zaogniał się od chwili, kiedy wojna z Niemcami była niemal pewna. We wrześniu 1939 roku, kiedy Bereza przestała istnieć, na 7 tysięcy więźniów ponad połowę stanowili Ukraińcy. Może to świadczyć o kondycji stosunków polsko- ukraińskich w tym okresie. Ukraińcy czas w Berezie poświęcali na poszerzanie swojej wiedzy, w czym wybitnie pomagały im dzieła znajdujące się w bibliotece, dotyczące sposobów walki z wrogiem, napisane przez Józefa Piłsudskiego. Uczyli się także matematyki, fizyki czy filozofii . Najbardziej znani więźniowie Berezy, to autorzy wspomnień- Edward Wreciona i Władysław Makar, a także Osyp Kohut, poseł na sejm 1928- 1930 czy Arseniusz Ryczyński, lekarz z Wołynia.

Robotnik., 1934, lipiec. Relacja Wacława Czarneckiego dziennikarza .Robotnika. z pobytu w miasteczku Bereza Kartuska w miesiąc po utworzeniu obozu odosobnienia. Bereza Kartuska Jestem w Berezie Kartuskiej. Tymczasem nie jako .przestępca polityczny., czy .burzyciel. ładu społecznego, lecz jako dziennikarz, pragnący zobaczyć, jak ten obóz wygląda z bliska. W odległości 324 km, od Warszawy, w trójkącie między Brześciem, Pińskiem i Baranowiczami leży miasteczko Bereza Kartuska. Nędzna, brudna, żydowska mieścina z niebrukowanemi ulicami, rynkiem, na którem stoją olbrzymie kałuże błota i wałęsają się kozy, to jest miejsce, gdzie spędzono z całej Polski ludzi .niebezpiecznych. dla ładu i porządku. Pierwsze moje zetknięcie z kandydatami do obozu nastąpiło w Brześciu; na stacji w tym historycznym Brześciu, gdzie już kiedyś urządzono trochę inne .miejsce odosobnienia.. Na kilka minut odjazdu pociągu zrobił się rumor na peronie. Bocznemi drzwiami dworca weszła grupa ludzi w otoczeniu policjantów. .Więźniów. było czterech, policjantów coś siedmiu. Szybko przeprowadzono cały ludzi do wagonu 3-ej klasy, którego połowę zajęto i ściśle izolowano od reszty podróżnych. Nie mogłem przyjrzeć się twarzom, bo ekspedycja odbywała się niezwykle szybko, zdołałem tylko stwierdzić, że w większości są to ludzie młodzi i że zaledwie jeden z nich niósł pod pachą jakieś zawiniątko. Reszta . w ubraniach bez palt i bez czapek. Pojawienie się tego oddziału wywołało duże wrażenie. Ludzie zamilkli i przypatrywali się idącym. Gdy uwięzieni i policja znikli wewnątrz wagonu, usłyszałem obok siebie głos. . Codziennie przywożą ich po kilkadziesiąt. Dziś wyjątkowo mało. W wagonie, obok mnie, siedzą dwie panie zapłakane. Konduktor sprawdza bilety, okazuje się, że one jadą do Berezy Kartuskiej. Niedługo to błotniste miasteczko stanie się miejscem pielgrzymek z całej Rzeczypospolitej. Policjanci wyprowadzają transport z wagonu. Jeden z konwojujących .oczyszcza. peron z publiczności, reszta otacza 11 więźniów pierścieniem. Bagnety na karabinach, skupione twarze, widać, że policjanci gotowi są użyć broni w razie najmniejszego .podejrzanego ruchu.. Siadam na chłopski wózek i jadę do Berezy. Po drodze mijam więźniów. Teraz dopiero mogę się im lepiej przyjrzeć. Wszyscy są brudni, nieogoleni, ale twardo patrzą przed siebie. Jeden ma na głowie czapkę studencką, a w klapie marynarki .mieczyk. znak O.N.R-u. Widocznie zapomniano mu go zdjąć. Miedzy eskortowanymi jest dwóch ludzi starszych, mniej więcej koło czterdziestki. Wyglądają na ukraińskich chłopów. Jest również trzech Żydów. Reszta . to ludzie młodzi; dwudziestolatki. Wpatrują się we mnie uporczywie, jakby chcąc coś powiedzieć, ale groźny konwój wstrzymuje ich widocznie przed tem. Ja również nie mogę odezwać się do nich, bo wiozący chłopak uprzedzał mnie, że za próbę rozmowy z prowadzonymi aresztują. W odległości kilometra od Berezy Kartuskiej widzę jakiś tłum na szosie. Podjeżdżamy bliżej, oto mam przed sobą członków .obozu. przy pracy. Pan premier Kozłowski zapowiedział, że .izolowani. będą musieli pracować. Istotnie, tak jest. Po obu stronach szosy znajduje się koło 70 ludzi; każdy trzyma łopatę lub młot i pracuje przy naprawie szosy. Więźniowie są w swoich ubraniach, a raczej w łachmanach. Wśród pracujących są bardzo młodzi chłopcy, mogący mieć najwyżej 20 lat, a są ludzie ponad lat pięćdziesiąt! Chudzi, bladzi, widać, że brak im sił do tej ciężkiej pracy. Niektórzy poprawiają co chwila okulary, spadające przy kopaniu rowu i wyrzucaniu ziemi. Z obu stron szosy stoją policjanci na koniach. Gdy wózek, na którym jechałem zrównał się z grupą więźniów, jeden z policjantów podskoczył ku mnie, wołając: . Prędzej przejeżdżać, nie gapić się! Woźnica podciął konia dojeżdżamy do miasta. Wacław Czarnecki.


Wspomnienia więźnia obozu

Березa Картуска