Z ROZWOJU I PRZEJŚĆ II. BAONU 240 PP. DOWÓDZTWO ARMJ1.

Lwów wrzał. Częściowo powstawała nawet panika, acz ogół gotował się do walki i szukał hartu.

Gdy bolszewicy, przełamawszy pierwszy opór pol­ski, coraz się głębiej w początkach lipca wdzierać po­częli w ziemie lechickie, zawrzała już gorączkowa praca w Polsce nad formowaniem Armji Ochotniczej. W chwili, gdy wróg grozi sercu ojczyzny, ukochanej Warszawie, brygadjer Mączyński szybko i sprawnie, z użyciem całego swego niezrównanego organizator­skiego talentu, formując MOAO, tworzy 1 szy pułk pie­choty, nazwany później 240-tym. Wtedy to kapitan dr. Stanisław Zagórski, wsławiony przez boje skniłowskie mężny dowódca i rozumny, sprężysty organizator, zabiega już od piątego-szóstego lipca o stworzenie własnego    baonu,   a   pomagają    mu   w   tem   dawni

13

jego ^dzielni żołnierze, trzej młodzi werbownicy, stu­denci gimnazjalni Klimek, Gajdacz (obaj starsi żołnie­rze) i Falkowski, kapral. Położyli oni niespożyte za­sługi około powiększenia stanu, za co im się należy publiczne uznanie. Prawda, niesłodką jest rola wer­bownika : zasadniczo, zachwalając swój pułk czy bata-Ijon, wynosi on jego plusy pod niebiosa, obiecując — zwłaszcza rekrutom niedoświadczonym — złote gruszki na wierzbie. Zawiódłszy się potem w swoich nadzie­jach realizacji rajskich snów, niejednokrotnie klęli ci rekruci pod adresem werbowników — ci jednak wy­pełniali tylko swój obywatelski obowiązek. Młodzi re­kruci, doświadczenia nabrawszy w walkach, umieli po­tem należycie ocenić sumienność prac instruktorskich nad ich wyszkoleniem, i nie brali już więcej za złe swym oficerom i szarżom ich służbowego rygoru. Ale nietylko sam dowódca baonu, kpt. Zagórski (mimo pięćdziesiątki frontowy ochotnik) odznaczał się poświę­ceniem i gorliwością, przekraczającą znacznie ramy obowiązków: powiodło mu się ponadto szczęśliwe po­zyskanie na oficerów swoich i podoficerów, ludzi, którzy byli dzielnymi pomocnikami, wyręczycielami i współ­pracownikami. Oto zaraz z początku zgłasza się doń bohaterski, przez gen. Szeptyckiego ogromnie wysoko stawiany, młodziutki podporucznik Adam Barski i sier­żant — młody chłopak, ale stary legun-wiarus, Stefan Bezkorowajny. Oddali się obaj służbie z nadzwyczaj-nem umiłowaniem i zapałem. Ppor. Barski, zrazu nie budzący ufności komendanta dla swego nikłego wy­glądu i wysokiego głosiku, potrafił go olśnić następnie swą wyborną metodą musztry. Bezkorowajny zaś, za­jęty podówczas jeszcze jako klucznik więzienny woj­skowy, brał sobie u swej władzy służby nocne, aby móc przez dzień ćwiczyć ochotników. I ćwiczył ich też, swoich „Jasiów" ukochanych, z całem zaparciem się siebie. Wreszcie, gdy próśb jego o przydział do MOAO przełożone władze (w więzieniu) nie chciały załatwić przychylnie, uciekł własnowolnie mimo błagań żony, (którą poślubił był zaraz w pierwszych pamię­tnych dniach listopadowych, broniąc wonczas odcinku Bema), do 240 pp. na stałe. Był to żołnierz hartowany w wojnie z Rosją carską (wyśmienity znawca wschod-nio-galicyjskiego terenu), z Ukraińcami i bolszewikami. Każda wojna obdarzyła  go jakąś pamiątkową,    ciężką raną;   miał ich pełno:   na rękach, nogach i na piersi; ponadto jąkał się mocno od przesypania go granatem. Patrjota gorący  mimo małego wykształcenia,   żołnierz w najszlachetniejszym  tego   słowa znaczeniu,   był nie­zrównanym instruktorem. — W przeciągu tygodnia już liczył II. Baon 400 ludzi; zgłosił się też najpierw w pole. Około 20-ego iiczył przeszło 800 ludzi; zgłaszały się też dzieciaki,   płaczące,   gdy ich nie przyjmowano,    a nie brakło i starców,   zgłoszonych do służby z karabinem, jak np. w VI  komp. (ppor. Barskiego) szer. och. Krucz-kowski, liczący lat 57. Do 2 KKM. zgłasza się jako ra­chunkowy,   wiekowy  już dr. Wiśniowski,   ojciec sied-miorga dzieci, i ofiarowuje 2 konie i znaczny dar pie­niężny.  Kompanje  były czteroplutonowe.  Dowództwo komp. piątej   objął   por.  Kazimierz Rączy,  komp.  VI. Adam Barski, siódmej ppor. Sławiec,   ósmej por. prof. Ignacy  Roman  Roskosz,   b. Hallerczyk.    W kompanji tego ostatniego   do najenergiczniejszych  szarż   należeli plut. Getter,   kaprale Kupczakiewicz,   Szczupłakiewicz i Schneider. „Rozkazy II. Baonu 1. Mp. pp. A. O." po­dają, że kpt. dr. St. Żagórski objął dtwo Baonu z roz­kazu pułk. bryg. Cz. Mączyńskiego dnia 10. lipca.

Rozkazem komendanta M. O. A. O. zostali przy­dzieleni : por. Stanisław Kruszyński, mianowany natych­miast adjutantem i dowódcą kompanji sztabowej, Ka­zimierz Rączy, ppor. Szczepan Sławiec, ppor. dr. Sta­nisław, Pilch, ppor.Franciszek Podgórecki, pchor. lekarz Blaike Jan, i p. Ant. Strożkowski. Obsady kompanijnego dowództwa były wtedy w stanie mocno płynnym, bo zmieniały się ustawicznie, i to szybko. I tak zrazu do­wódcą komp. 5-ej był Rączy, 6-ej Pilch, 7-ej Sławiec, 8-ej Podgórecki. Komisji kasowej przewodniczył do­wódca baonu kpt. dr. Stan. Żagórski, oficerem ka­sowym był zrazu por. K. Rączy. Przydzielony szerego­wiec Artur Bischof, później oddany do biura kartogra­ficznego, objął agendy oficera prowiantowego. Pluto­nowego (obecnie sierżanta), Eliasza Garapicha, przydzie­lono do komisji kasowej, plut. Kaspra Zazulę i szer. Romana Kuntzego do kancelarji Baonu. Raporty po­ranne miano podawać o pół do ósmej rano. — Rozkaz drugi przydziela por. R. I. Roskosza i A. Bar­skiego.  Tym też rozkazem  zaprowadzono przymus le-

15.

itymacyjny. ąRozkaz 4. dnia czternastego lipca przy­da kpt. Michała Czarneckiego z armji jen. Dienikina oraz ppor. Hradla Ludwika do kompani 5-ej, ppor. Dębickiego Jana do 8-ej, ppor. Bara Józefa do 0 ej, I kadetów — podchorążych p. Romana Gołąba i An­toniego Haszczyńskiego, pierwszego do piątej, drugiego do siódmej. Wkrótce dostają pochwałę. Zarządzona weryfikacja przeprowadziła niezbędne ustalenia. — Sztab przeniesiono wtedy do ewidencji komp. 5-ej, rozkaz przeszukać kazał b. żołnierzy przy karabinach maszy­nowych systemu Lewisa oraz b. celowniczych. Zajął tą sprawą por. Rączy. Każda kompanja otrzymała rozkaz dostarczyć po 10 ludzi; 16 ego lipca został ofi-Cerem kasowym por. prof. dr. Bednarowski Adolf. Urządzono kurs telefonistów dla niezmiernie ważnej iłuźby łączności. 17-go lipca przydzielono do sztabu por. Cygana. Obostrzono ewidencję koni przez oficera prowiantowego. Rozkazem 9-ym sierż. Bezkorowajny Stefan i Sperlan Michał zostali z więzienia śledczego przydzieleni do Baonu. — Komp. 7-a zyskuje plut. Pa-sdlę jako świetnego rachunkowego. Pracował za trzech. Ilorowiecki Eustachy dostał Się jako sierżant-szef do komp. 6-ej.

Rozkazem 13-ym zapowiedziano strzelanie na strzel­nicy.

Troskliwość dowódców kompanji uznawał wszyst­kowiedzący kpt. dr. Żagórski i wyraził im pochwałę.

Powoli przybywali inni oficerowie, jak ppor. Es-mund, ppor. Puchowski, ppor. Bardecki, ppor. Tobia-siewicz Michał z I. Baonu, ppor. Joch Antoni, ppor. Tyszkiewicz Borys (z armji Petlury),' por. Józef Erwin Koszuliński.

Zaprzysiężenie żołnierzy Małopolskich Oddziałów Armji Ochotniczej nastąpiło 20. lipca. Mimo deszczu i zimna, przysięga na placu Kapitulnym przed katedrą wypadła wspaniale: malowniczą grupę tworzyli do­wódcy baonów: I-ego ppłk. dr. Domaszewicz, II-ego kpt.   dr.   Żagórski,   111-go   słynny  z  pierwszych   walk

0  Lwów mjr. Tatar-Trześniowski,   oraz dowódca arty-lerji M. O. A. O. płk. Marceli Śniadowski, niestrudzony

1  wzorowy organizator. Mimo deszczu,  przysięga i de­filada przed gen.  Lamezanem wypadła imponująco. A oto „Rota przysięgi": „Stając w szeregi Armji Narodowe] uroczyście w obliczu Boga wszechmogącego, w Trójcy świętej jedynego, ślubuję jedynie Ojczyźnie mojej, Rzplitej Polskiej i sprawie Narodu całego na każdem miejscu służyć, Kraju Ojczystego i dobra narodowego do ostatniej kropli krwi bronić, przełożonych swych i dowódców słuchać, dawane mi przepisy i rozkazy wykonywać i wogóle tak się zachowywać, abym mógł żyć i umierać jako prawy żołnierz polski. Tak mi do­pomóż Bóg. Amen."

I przysięgi złożonej dotrzymano! Żołnierz polski, dziecko, dorosły, czy starzec zamieniał się w kamienny posąg poświęcenia dla Sprawy. Czuły to nieprzebrane tłumy kochanych Lwowian, a serca ich biły do taktu razem z żołnierskiemi. Przeżywano podniosłą chwilę, gdy na komendę „do przysięgi broń, czapkę zdejm", rozległy się równoczesne, gorącej żarliwości pełne, chó­ralne słowa żołnierzy, iż Kraju Ojczystego i dobra na­rodowego do ostatniej krwi kropli bronić ślubują i będą....

Podziwiani przez tłumnie zebrane partjotyczne społeczeństwo Lwowa, szli żołnierze Małopolskich Od­działów Armji Ochotniczej pełni dobrej otuchy, a na-dewszystko tej wiary przemożnej, która cuda działa. Mimo ponurej słoty jaśniały na twarzach błyski zapału. Czuło się, że ich męstwo zwycięskie będzie.

2-go sierpnia poświęcono uroczyście wśród nieo­pisanego wzruszenia nasz sztandar.

Aż oto wreszcie nadeszły upragnione rozkazy: szef sztabu, ppłk. dr. Wyrostek, wysłał do Okrę­gowego Inspektoratu Armji Ochotniczej na Okręg Ge­neralny Lwów, rozkaz specjalnych ćwiczeń dla ocho­tników do walk z kawalerją, a więc, by zwrócono ba czną uwagę na wyrobienie odwagi i zimnej krwi w ochotnikach oraz na ćwiczenie w szybkiem przyjmo­waniu postawy obronnej przez szyki zwarte, na" wła­danie bagnetem, celowanie, szturmy wspólnie z forma­cjami kawaleryjskiemi w terenie, walki na granaty rę­czne. Zachodziła bowiem konieczność obycia się z tem i konieczność nieustępliwości.

A w wojsku w takt tych przygotowań wrzało. Prawie wszyscy chcieli być na froncie prawie wszyscy się o tę służbę podali. Nawet żołnierze i źołnierki z Centrali łączności. A i społeczeństwo nie zapominało o swem uko-chanem wojsku. Dary dla MOAO rosły. Filja lwow­skiego Towarzystwa ubezpieczeń „Przyszłość" dała np. na rzecz Armji ochotniczej 200.000 (dwieście tysięcy) Mp, a to w tej formie, iż zobowiązała się wydać bez płatnie 100 polis, każda na 2.000 Mk , opiewająca dla 100 żołnierzy MOAO, dających już teraz gwarancje dzielności i bohaterstwa w boju. Kornp. V. podała dwóch, sierź. linjowego i służbowego Stefana Bezkoro-wajnego, oraz zacnego, dzielnego plut. Feliksa Staukie-wicza z grupy Wojsk gen. Hallera.

Alarmy stwierdziły doskonały stan moralny i fizyczny żołnierzy, i darowały im zawsze choć kilka chwil.

Po kilku próbnych alarmach wreszcie nastąpił do­kładny plan marszu i ostateczny przydział, przyczem 5-go sierpnia adjt., por. Kruszyński, został komendan­tem auta pancernego, a na jego miejsce przyszedł nie­słychanie obowiązkowy oficer, sprawny organizator i administrator ppor. Feliks Domański, właśc. dóbr, człowiek 54-letni, który poprzednio pracował znakomi­cie w taborze pułkowym i jako oficer prowiantowy.

Dnia 8-go sierpnia placówki i łącznicy, w znacznie wzmożonej sile znaleźli się już w nowem miejscu po­stoju, a mianowicie w Dublanach. Poza coraz grun-towniejszemi ćwiczeniami pouczano żołnierzy o sądach doraźnych i karach wszelakich. Pouczano też dokład­nie i gruntownie rozstawiać naokół placówki. Pilnując, by w życiu żołnierzy zapanowała bezwzględna rów­ność i, by chłopcy nie byli „ukróceni", zakazał ko­mendant Zagórski prowadzenia specjalnych menaźy. One bowiem, acz prowadzone przez dowódców kom-panij z najlepszemi intencjami, dają kucharzom sposo­bność do własnowolnych uprzejmostek, stanowczo wkraczających w prawa żołnierzy. Pozatem, dla psy-chologji żołnierza prostego jest charakterystyczne, że podejrzywa on w takich   razach   swych przełożonych

0  pokrzywdzenie go, nie chce potem jeść swej menaży itd. Tak zaś, gdy widzi,   że komendant je to samo, co

1  on, volens nolens musi w tem zasmakować.

Jeśli idzie o stan wojska, najlepiej niech tu prze­mówią raporty poranne. Z nagich, szarych cyfr, można się wielu ciekawych doczytać szczegółów. Z 12 i 13/VIII. 20. V/1I. karabinów 125, 78 bagnetów, 2 Lewisy, 2 ofi­cerów, 22 podoficerów, 101 szeregowców, 8 koni, ku­chnia, 3 wozy. 611. 140 karabinów i tyleż bagnetów, oficerów czterech, podoficerów 12, szeregowców 99, koni 8, 3 wozy, 1 kuchnia. 7/II. 113 karabinów, 6 ofi­cerów, 2 ofic. kancel., 2 lekarzy, 19 podoficerów, 116 szeregowców, 80 pomocników (sztab bowiem z V-ej przed odjazdem do Dublan przeniesiono do 7-ej). 8/II: karabinów 129, oficerów 2, podof. 8, szer. 118, bagne­tów 129, koni 8, kuchnia, 3 wozy. — 2 komp. K. M. Kar. 64, 8 K. M., 2 oficerów, 5 podoficerów, 81 szere­gowych, 18 koni, 6 bagnetów.

Jeszcze we Lwowie, gdy znaczna część ochotni­ków II. Baonu została rozkazem przeniesiona do III. Baonu mjra Tatara-Trześniowskiego, odbyło się uro­czyste pożegnanie tych ochotników. Przemowę wygło­sił kpt. Zagórski. Była ona prosta, ale podniosła. Wska­zał na pochód wroga i jego cele, przeciwstawiając ich potworności szlachetny wał naszych piersi. Po uroczy-stem odśpiewaniu roty pożegnał kpt. Zagórski ukocha­nych chłopców, których jeszcze zlustrował przed odej­ściem ppłk. Sendorek, nasz znakomity dowódca pułku i wódz w boju. Żołnierze ci jednak nie odeszli na front, ale po dodatkowym rozkazie, zawróceni z dworca przez wysłanego po nich por. Roskosza, osiedli w in­nej kasarni (II. Baon był podówczas w V. gimnazjum na Zamarstynowie).

Niedługo potem nastąpił prawdziwy odmarsz do Dublan, a stamtąd dalej do Banunina i Niesłuchowa, przez Sokołów. Odmarsz z Dublan, zapowiedziany na­gle, zaskoczył wszystkich! Podoficerowie wyprawiali więc swoje żony, wbrew ich chęci i woli dalszego to­warzyszenia mężom, natychmiast do Lwowa. Na pod­wórzu przed szkołą starsi wiekiem szeregowcy (jak dr. prof. Prószyński, Kaz. Brończyk i prof. Mendrala) oma­wiali sprawę ustawicznych zmian naszych komendan­tów (gdyż 5-a komp. w przeciągu tygodnia zmieniła komendantów: kpt. Czarneckiego, ppor. Dębickiego, ppor. Tobiasiewicza, dostając wreszcie por. J. E. Ko-szulińskiego). Roiło się od ścisku, który słusznie szta­bowy sierżant Zenon Wójcicki ze zbrojowni nazwał bałaganem. Wkrótce jednak przyzwyczajenie do kar­ności i jej zrozumienie   wzięło górę:   nastał porządek

19

i można było rozpocząć marsz, który, zrazu pod au­spicjami słońca, wkrótce się w chlapanie po błocie za­mienił. Gdyśmy się łączyli z pierwszym baonem MOAO, lustrował nas na rozdrożu bryg. Mączyński, przy któ­rym stał redaktor „Rzplitej" T. Opioła.

ROZKAZ OPERACYJNY Nr. 1.

wydany ówcześnie, był następujący:

„Wykonanie rozkazu D. O. G. Lwów L. 10250 z dn. 10/8 1920. Utwo 6 armji L. op. 3242/10. 10/8 1920 i rozkazem Dow pułku z dn. 11/8 1920. L. op. 9 wchodzi 1. p. p. M. O. A. O. w skład grup pułkownika Jastrzębskiego i celem połączenia się z innemi oddziałami odejdzie Baon II. dnia dzisiejszego o godz 15 min. 15 w zwartym odd;:i°le na swoje miejsce przeznaczenia.

Porządek marszu: szkoła podoficerska, Komp. 5. 6 7 8., Komp. K. M. wraz z wózkami na K. M. i amunicją, kuchnie po­lowe i tabor.

Na drodze z Malechowa do Żydatycz połączą się kuchnie polowe i tabor II. Baonu z taborem 1. Baonu, który je wyprzedzi i pod dowództwem podchorż. Tałasiewicza, komen. taboru pułko­wego, będą razem maszerować dalej.

Przydzieleni do taboru Baonu szarże dozorować będą po­rządku w marszu, utrzymywać łączność w kolumnie taborowej, przestrzegać będą, by żaden z żołnierzy z wyjątkiem chorych, przez lekarza uznanych, wozów taborowych nie zajmował.

Baon drugi rozkwateruje się w Sokołówce. Dow. Baonu, ko­misja gospodarcza i prowianturą, lekarz Baonu i Komp. K. M. w Niesłuchowie Komp. 7 i 8  i w Banuninie (Komp. 5 i 6).

W Niesłuchowie i Banuninie obejmą dow. placu najstarsi rangą oficerowie, którym inni faktycznie podlegać będą.

Kolumny: taborowa i amunicyjna grupy znajdować się będą w Kładziennikach, tam pobierać będą oddziały Baonu żywność i amunicję.

Rozkaz, regulujący pobór żywności, będzie osobno wydany. Po przybyciu na miejsce, połączą się Komp. natychmiast z Dow. Baonu i bezzwłocznie przedłożą Dow. Baonu szkice dyslokacyjne grupy, uwzględniające dyslokację Komp.

Codziennie o godz. 13 przedkładać będą Komp. Dow. Baonu dokładne meldunki sytuacyjne.

Wszystkie Komp. i Oddziały Baonu prześlą natychmiast Dow. Baonu karty zapotrzebowania na mundury, amunicję, żywność i wszelkie braki.

Kompanje, rozlokowane w poszczególnych wsiach, zabez­pieczą je wedle wskazówek najstarszego rangą oficera. Odnośne szkice, wskazujące sposób zabezpieczenia, należy natychmiast przedłożyć.

W każdym miejscu postoju służbę pełnić będzie wyższy rangą, doświadczony podoficer (najmniej plut), któremu do pomocy przydać należy   dobrze   wyszkolonego,   doświadczonego  i inteli­gentnego żołnierza lub podofic.

W każdym miejscu postoju należy postawić odpowiednią wartę i patrolami baczyć na to, by żołnierze nie wydalali się poza rejony im wyznaczone, by ogni nie palono i zastosowano wszelkie środki ostrożności, zabezpieczające przed wznieceniem nożaru; żołnierze, wolni od służby, ćwiczyć mają w mustrze polowej. Za należyte komenderowanie szarż inspekcyjnych, na których polegać można, odpowiedzialni są dowódcy kompanij.

Za zgodność: Podpór, i adjutant F. Domański, ppor.

Dowódca Baonu: Zagórski, kpt., mp.

Marsz do Żelechowa Wielkiego bvł bardzo ucią­żliwy. Doświadczeni w wojnie oficerowie, Zagórski i Barski, nazywali go jednym z najcięższych z czasów całej swej służby. Odżywiano nas po drodze niezgorzej, zwłaszcza chłopi w Baniuninie, niezwykle i bezintere­sownie gościnni. Byliśmy tam jednak niespełna dwa dni, poczem zamiast na ćwiczenia, zebrał nas ppor. Barski i por. Koszuliński do marszu, stosownie do otrzymanego rozkazu. Doszliśmy więc do Żelechowa, w którym uwzględniono nareszcie prośbę autora tego dziełka o przydział linjowy (byłem dotąd podoficerem rachun­kowym), ze względu na rychło nastąpić mający powrót z urlopu sierż. Adama Krzeczuriowicza, który objął później tegoż czynności. Do Żelechowa nadszedł tym­czasem rozkaz z 13/8, że po nadejściu oddziału 6-ej dywizji piechoty, wraz z ppłk. Sendorkiem.mamy przejść w rejon Kamionki Strumiłowej. Bozkaz był to opera­cyjny I. 38 pp. (uzupełn. w liczbie 7 kompanji mar­szowych 240 pp. A. O. w składzie trzybaonowym.) Rów-nież II. i III. baterya ochotnicza płk. Śniadowskiego, III. baon ochotniczy majora Trześniowskiego w Kra-snem, baon majora Aleksandra Lewickiego od 2/V. w Kamionce Strumiłowej. Dowództwo artylerji objął płk. Śniadowski w Żółtańcach. Rozkazy baterjom wy­dawał płk. Śniadowski. Oficer grupy łączności ppor. Sieniewicz, urządził centrale telefoniczne "w Żółtańcach, gdzie połączyły się telefonicznie z dowództwem grupy podległe mu oddziały.   Dowództwo grupy  pułkownika

21

Jnslrzębskiego w Żółtańcach  dnia 148   1920 o 8 godz. nadesłało rozkaz operacyjny Nr. 4-ty.

I. Ad rozk. Dow. Fr. Płdn. L. "bp. 3333/III. z dnia 13. bm. Nieprzyjaciel atakuje w różnych miejscach od granicy rumuńskiej do Brodów. Dotychczasowe ataki odparto. Skonstatowano, że jazda nieprzyjacielska po­suwa się z Beresteczka przez Łopatyn na Lwów. Dy­wizja jazdy naszej została wczoraj wyparta z Radzie-chowa do Cliołojowa. Z powodu koncentracji 3-ej armji /ostała wytworzona na południu luka. — li. Celem za­słonięcia kierunku na Lwów i zmniejszenia luki, Do­wództwo frontu nakazało cofnięcie frontu na linje: Strypów — Zborów Kołtów — Sasów — Biały ka­mień — Busk — rzeka Bug, w następującem ugrupo­waniu. 1) Armja gen. Pawlenki — Dniestr — Strypa — Zborów do W lśniowczyka. 2) 12 Dyw. Strypa od Wi-śniowczyka wyłącznie do Cecowa. 3) 13 Dyw. od Cecowa wyłącznie do Bełzca-Buska. 4) 6 Dyw. od Bełzca-Buska wyłącznie do Sielec-Bienkowa. 5) Grupa gen. Szymań-skiego od Sielca-Bienkowa włącznie do Sokala włącznie.

III.  Po przybyciu oddziałów grupy   gen. Szymańskiego na swój odcinek,   podporządkowuje się tej grupie cały 38 pp.. baon kpt. Myjewskiego, baterja ochotnicza, po­ciąg pancerny „Chrobry' i odtąd stamtąd otrzymywać będą te oddziały dalsze  rozkazy   w Mostach Wielkich.

IV.  Po przybyciu oddziałów 6-ej Dywizji na wyznaczony jej rejon, ściągnie się 240 pp.  z zajmowanego  odcinka i natychmiast  przejdzie  on  do  Kamionki  Strumiłowej celem bezzwłocznego   obsadzenia    odcinka   Kamionka Strumiłowa (włącznie) Ruda Sielecka (włącznie). Odtąd 240 pp. podporządkowuje się  dowództwu  6-ej dywizji i tam otrzyma   dalsze   rozkazy  w Żółtańcach.   Baterja ochotnicza,   przydzielona do 240 pp.   ściągnięta będzie wraz z pułkiem.  V. Czołówka   szpitalna  przejdzie dziś do Mostów Wielkich,   gdzie   melduje  swoje   przybycie w grupie  gen.  Szymańskiego.   Marsz   przez Wolę Żół-taniecką i Bojaniec. VI. Ja wraz z dowództwem dywi­zjonu artylerji ochotniczej po odmeldowaniu się w do­wództwie 6-ej dywizji w Żółtańcach, odejdę do Mostów Wielkich do dyspozyji gen. Szymańskiego. Jednocześnie ze mną odejdą  III.  4  p. strz.  Podpisano:  Jastrzębski, płk. i Dca grupy; za   zgodność Borecki, ppor. adj. szt. Dtwa  Frontu Płdn., przedkłada się rozkaz 38 pp.,  240 pp. A. O. Dow. Djonu art. och., Czołówki szpital., plut. VI/4 p. strz. kon.

Pułkownik Jastrzębski  zlustrował żołnierzy M. O. A. O. osobiście, wyraził im pochwałę   za dziarską   po­stawę  i  wygłosił   do   nich   przepiękne  przemówienie. Wspomniał, iż na podstawie własnych przeżyć i badań bojowych stwierdzić może, jako nieraz w dziejach wojny kompanje rozbiły w puch dywizje całe, i że niechybnie męstwo ochotników przechyli szalę zwycięstwa na ko­rzyść naszą. Można rzec, że patrząc na dzielne zastępy ochotników, czuło się, iż „z wiary waszej wola   wasza, z woli waszej czyn wasz będzie." „A ja dodam- — rzekł z mocą płk. Jastrzębski   -    „tak powiedział nasz Kra­siński, tak powiedział i tak będzie." Po gromkich okrzy­kach oddziały ochotnicze odeszły,  śpiewając  prawdzi­wie  bojowy hymn  „Do walki  z wrogami"  i  naganne pieśni Budiennemu, i jego kawalerzystom.

1 tak po tęgim marszu przez Strepków II. Baon obsadził na rozkaz Dowództwa Grupy Kamionkę Stru-miłową z przyczółkiem mostowym Rudą Sielecką.

Pierwszym, którego z baonu ostrzeliwali bolsze­wicy, był dr. Z. Czerny, referent oświatowy, a to na drodze do Krasnego.

Baon II. przybył do Kamionki Strumiłowej 15-go sierpnia, a następnie kompanja szósta z ppor. Barskim i część  kompanji   piątej   z por.   Koszalińskim   i   ppor. Jochem, do Rudy Sieleckiej, położonej 6 kilometrów za Kamionką   w  kierunku  rzeki  Bug.   O kilkaset kroków znajdowała się linja  bojowa  bolszewicka.  Zachowanie się nieprzyjaciela sprawiło,  że 6-ta  kompania musiała pójść na pozycję i zająć  okopy.   Początkowo nie usta­lono dyslokacji oddziałów.   My, tj. 5-ta kompanja, my­śleliśmy, że idziemy naprzód, potem nas cofnięto przed tabor kompanijny. Tam żwawy kucharz, plut. Belczuk, podał  nam posiłek,   który spożywaliśmy już  w czasie dość gorącym,  gdyż z powodu zamajaczenia na hory­zoncie polskiego aeroplanu, zaczęły syczeć i jęczeć stare znajome,  pociski bolszewickie.   Obok  nas  czekała   też kompanja 8-a z por.  Roskoszem.  Po  chwili  otrzymał por. Koszuliński   rozkaz odmaszerowania wraź z ppor. Jochem i podchor. kadetami  Gołąbem i Leszczyńskim z K. M. oraz z medykiem Karanterem na półn. zachód pod lasek, by stamtąd  kryć  w ogniu na południe, na

23

prawo okopy ppor. Barskiego. Muszę zaznaczyć że przy ostatecznem ekwipowaniu oddziałów tych na front, mimo bolszewickich pocisków, dzielnie współdziałała kancehurja kompanijna, kapr. prof. Mendrala, j. och. Feliks Fuchs, podoficer broni, inwalida Rączka, kapral taboru Smejda. Pomiędzy szeregowemi widziało się pannę Romę Tuszkiewiczówną i inną jeszcze panią z K. M., nauczycielkę, której nazwiska nie znam.

Gdy wreszcie cała komp. 5-a z wyjątkiem III. plu­tonu (pod sierżantem Bezkorowajnymj, w którym wła­śnie ją byłem sekc}rjnym (kapralem), odeszła na miejsce przeznaczenia, tenże pluton z plut. Edw. Kiszelką, ka­pralami Smaczniakiem, Koralem i Tyroińskim, miał się dołączyć do 8-ej kompanji por. Roskosza. Doczekaliśmy wieczora, poczem ściągnięto nas o zmierzchu z zajmo­wanego stanowiska przed dowództwo baonu, gdzieśmy się parę godzin przespali na słomie w ogrodzie. Już po północy obudzono nas i kpt. Zagórski wyprawił nas na placówkę do ppor. Sławca z 7-ej kompanji. Ten doprowadził nas wraz ze swoim młodziutkim plutono­wym Ćwiąkalskim, a starym już żołnierzem (jeszcze z "austryjackiej wyprawy na Kijów) do placówki Nr. 4, którą bezwłocznie zajęliśmy. Były to słabo zrobione okopy z ziemianką, z nieszczególnym obstrzałem. Nasz Ill-ci pluton miał po prawej ręce nieopodal sąsiedzkie okopy kaprala Rudolfa Makucha, dalej wstecz nieco placówkę ppor. Sławca i Bardeckiego, a na lewo pla­cówkę ppor. Esmunda z komp. KM., najbardziej zaś na lewo i na północ okopy ppor. Adama Barskiego. Przenocowaliśmy dość spokojnie. Nazajutrz był lekki ogień, ale dochodził raczej z oddali. Bezkorowajny nie umacniał okopów — po pierwsze dlatego, by pomę­czonym chłopcom dąć wypocząć, a po wtóre, ponieważ miał pewne inne cele, z któremi się rano nosił tajem­niczo, i wobec realizacji których nasze okopy nie wy­dawały mu się naszem trwałem stanowiskiem. Spędzi­liśmy dzień (o ile nie na służbie, którą każda szarża miała po dwie  godziny)  na  bardzo   miłej  pogawędce

0   legionowych  przejściach  Bezkorowajnego,   o  Huszt

1  rozmaitych innych prześladowaniach.

Czystą, jak łza, i pełną  najgłębszego patrjotyzmu była dusza Stefana Bezkorowajnego — świecił też pod każdym względem przykładem swoim dzielnym pod­komendnym.

Czynnikiem wesołości byli dwaj w świetnym za­wsze humorze będący szeregowcy, kilkunastoletni dziarski piccolo z Przemyśla, Lech, odznaczony gwia­zdą przemyską, współuczestnik walk mego śp. brata Adama w 10 pp. przemysk. i źyd-ochotnik Tischler, pełen  pomysłowych i wesołych konceptów.

Bezkorowajny po pewnym czasie zwierzył mi się ze swych zamiarów. Chiał on koniecznie zaatakować bolszewików na własną rękę, swą staroleguńską patro­lową metodą. Umyśliliśmy więc wysłać Lechem mel­dunek, a raczej kartę służbową do kpt. Zagórskiegor z prośbą o zezwolenie nam na zorganizowanie ochot­niczej wyprawy z 42 ludzi z karabinem maszynowym i granatami ręcznenii przez Jasienicę Polską i Berbeki. Dowódcą miał być Bezkorowajny, jako świetny wprost znawca terenu. Omal nie oszalał Bezkorowajny z rado­ści, gdy Lech przyniósł wyczekiwane tak niecierpliwie i gorączkowo upragnione zezwolenie, a raczej rozkaz iż „sierż. Bezkorowajny ma z wybranymi ochotnikami w liczbie 24 (im mniej, tem lepiej nawet na taka kmi-cicową wyprawę) i z 4 granatami ręcznemi oraz i K. M. wykonać swój projekt \ Mieliśmy wzniecić popłoch w obo­zie nieprzyjaciela, i, co najważniejsze, zasięgnąć języka. Bezkorowajny posłał mię zaraz do Sławca, bym stam­tąd zbierał ochotników, zwłaszcza z pośród byłych moich uczniów z gimnazjum. Jakoż ci zgłosili się za­raz ochoczo : w pierwszym rzędzie Zając z klasy ós­mej i Bukowczyk, obaj obrońcy Lwowa Ale niestety, o tym samym czasie przyszedł nowy rozkaz od kpt. Zagórskiego do ppor. Sławca z odwołaniem tej wy­prawy, a to dla otoczenia nas przez nieprzyjaciół. Wró­ciłem jak niepyszny, a Bezkorowajny nie posiadał się ze złości. Marzył on o tem i myślał, że po odznaczeniu się dostaniemy trzydniowy urlop, by mód z pojechać do Lwowa, do żon naszych. Przeczuwał widocznie, że się już więcej z żoną nie zobaczy- Przeczucie śmierci niechybnej towarzyszyło mu \uz nieodstępnie jeszcze od wymarszu ze Lwowa do Dublan, jemu, który doląd zawsze śmierci ze śmiechem w oczy spoglądał, drwiąc z niej i wykluczając stale możność stania się jej ofiarą. Wieczorem rozstawialiśmy wedet}% rozsyłali łączni­ków, zmieniając ich co godziny, sami zaś pełniąc służbę znowu po dwie godziny.

Następny ranek miał nam przynieść wiele nowego i złego. Już dnia tego w południe przepowiadał nam groźne bolszewickie pukanie kpt. Zagórski, który nas odwiedził wespół z por. Rączym i wypożyczonym z Ko­misji gospodarczej sierż. Gutem, który potem wraz z sierż. sztab. Z. Wójcickim pod komendą por. dra A. Bednarowskiego strzegł taboru. Byli tam i sierż. Baczyń-ski i Lamers. Zauważono wkrótce rzeczywiście silną bolszewicką koncentrację i podejrzane ruchy wroga, wobec czego ppłk. i dca pułku Sendorek wydał 16. 8. 20. r. rozkaz Dtwu Baonu I. (ppłk. dra Domaszewićza): „W razie silnego naporu nieprzyjaciela należy natych­miast cały Baon wycofać do Kamionki Strumiłowej. (L, op. 17.)'' Drugi zaś Baon otrzymał rozkaz odesłania 8-ej kompanji por. Roskosza na południe celem patro­lowania (Była to wbśnie jedna z tych komplikacyj sy­tuacyjnych, które wzbroniły kpt. Zagórskiemu zezwolić na zamierzoną przez Bezkorowajnego wyprawę.) Dnia 16/Y1II. kpt. Zagórski, zgodnie z rozkazem Dtwa pułku, odsyła kompanię 8-ą, lecz prosi o jej zwrot dla obrony przed łatwem podejściem nieprzyjaciela. Jakoż ze względu na początek bitwy odesłano go istotnie. Było więc tak : w niedzielę popołudniu—jak już wspomniano —było pierwsze strzelanie, a 8-a kompanja była wraz z plu­tonem Bezkorowajnego w rezerwie. W poniedziałek zaś rano (ą więc; gdy Bezkorowajny był w placówce Nr. 4) odeszła ona do Dtwa pułku, wzgl. grupy Sendorkajako rezerwa. Pół ósmej kompanji odeszło na patrol w kie­runku na Nowystaw, zbierając po drodze niedobitków z 1. Baonu i 105 pułku Armji Stulej. We wtorek wró­ciła kompanja znów do Rudy Sieieckiej. Było to 17. sierpnia.

Placówka Nr. 4. pilnując swych czujek i strzeżona też przez nie dokładnie, krzątała się koło okopów i ich poważniejszej poprawy pod komendą Be/korownjneso i wedle wzoru jego leguńskiego okopu z darnią. Na lewo od jego trawersów były moje, na lewo od moich Maksa Schalla, żydka — polaka, który sfC do nas zgłosił z wiedeńskiej „Volkswehr". Gdy z razu rzadziej, potem coraz gęściej ostrzeliwani przez bolszewików, spokojnie czekaliśmy komendy strzału od Bezkorowajnego, wpadł do nas, by schronić  się  przed ogniem,   wysłany przez ppor. Sławca na patrol, pchor. Haszczyński z Zającem; wkrótce potem przeszedł koło nas cofający się oddział ppor. Esmunda, którego kar. masz. był zepsuty. Widząc, że w ogóle cała linja 7-ej kompanji na rozkaz się cofa, opu­ścił okopy swe także i Bezkorowajny, komenderując raz po raz   „padnij",   bo widział z daleka   karabin maszy­nowy bolszewicki.  Koncentrowaliśmy  się  koło "domku kamioneckiej M. S. 0.,  kierowani przez ppor. Domań-skiego  który  nam  obiecywał   natychmiastową   pomoc (Roskosza),   przez  ppor.   Strojnowskiego   z  VI komp., oraz Esmunda. Było  to  około  godz. 1015,  atakowało nas około 600   bolszewików.   Barski, który wytrwał na swem  stanowisku,   otworzył  ogień  z K. M. i ręcznych karabinów,   co zmusiło nieprzyjaciela do cofnięcia się; po chwili jednak znów nas zaatakował.  Sierż. Sperlan z K. M. został ranny w rękę, lecz  walczył dalej.   Bez­korowajny zgłosił się wtedy ze swoim plutonem na od­siecz Barskiemu.  Szedłem  obok   niego      do  chwili, w której ppor. Barski, mianując mię łącznikiem, zaczął mi pisać rozkazy i meldunki na plecach. Podnieść na­leży, że ppor. Barski, wśród trupów i rannych, stał na środku gościńca   między rowem strzeleckim 6-tej kom­panji na prawo a rowem, zajętym przez żołnierzy Bez­korowajnego na lewo.   Tak   też pisał, opierając  papier na mych plecach o niezbędnej  potrzebie  dwóch kara­binów maszynowych, ponieważ jego się zacięły; podał zarazem swe straty i wymienił chlubnie bohaterską po­stawę i zachowanie  się sierż.  Markowskiego, klóry się tylko troszczył o zwycięstwo i o swych ludzi, a o sobie nie myślał wcale.  Zaniosłem ten meldunek kpt. Zagór-skiemu,  otrzymując  odeń   obietnicę  dostania jednego karabinu   maszynowego    (zdaje  się  z pchor. Bleikem, który się też do boju zgłosił). Tak prędko niosłem mel­dunek, że Barski sądził, iż z nim jeszcze nie odszedłem wogóle.

Ogień nieprzyjacielski, bardzo silny, wciąż był skie­rowany na żołnierzy Barskiego. A trzeba zważyć, że kompanja uporczywie broniła przyczółka mostowego i robiła dwa wypady za druty, gdy nieprzyjaciel ostrze­liwał artylerją okopy. Szósta kompanja poniosła przy-łem bardzo wielkie straty; zginęli szeregowi Dutkiewicz,

27

Kozłowski i inni; było nadto wielu rannych ; do nie­woli dostał się szer. Atlas. Mimo to jednak odparła kompanja kilkadziesiąt razy ataki wroga. Trzech do4-ech zabitych, około 10 rannych i wziętych do niewoli — to były dzienne straty kompanji nad Bugiem. Toteż trzeciego dnia (tj. dnia o którym właśnie mowa) nad­szedł rozkaz cofnięcia się, gdyż lewe skrzydło, bronione przez 12 pp. zostało tej obrony pozbawione, a nadto zawiedli oficerowie niektórzy 6-tej kompanji jak n p. Rosjanin ppor. Puchowski, który przeszedł na stronę bolszewicką (miano mu potem podobno powierzyć do­wództwo dywizji bolszewickiej). Jedynie tylko ppor. Barski, dowódca kompanji, pozostał na miejscu. Otrzy­ma wszy rozkaz cofnięcia się, płacze, jak dziecko i wy­rywa włosy sobie z głowy. Rozkaz odwrotu musiał je­dnak być dany : mimo podjazdu bolszewickiej pancerki i braku ognia, z polskiej strony, odwrotu dokonano wolno i w porządku. Trzeba zauważyć, że karabiny maszynowe zacięły się, ręczne też szybko odmawiały posłuszeństwa — iub co gorsza, eksplodowały — arty-lerja zaś, z braku amunicji, strzelała celnie coprawda, ale niezmiernie rzadko, co żołnierzy przygnębiało. Przy drugim n. p. kontrataku, nie dała ani jednego strzału. Ostatni za wszystkimi szedł Barski. Jak musieli się czuć taki Barski, lubMarkowski, szy sżer. stud. Sidelnik, którzy klaskali w ręce na myśl o świeżym karabinie maszyno­wym i cieszyli się, że naprzód pójdą, gdy odwrót wydał się im już jedyną możliwością, o tem zdaje się i wspominać nie trzeba !

Drugi atak bolszewicki zaczął się o godz. mniej więcej 115 a trwał do 9-ej wieczorem. Atakowali nas bolszewicy w liczbie 1C0O, mieli 8—10 świetnych kara­binów maszynowych, podczas gdy Polacy mieli ich tylko 8 i to nędznych ! (Przy pierwszym kontrataku VIII-ej komp. około 11-ej był na lewem skrzydle Bezkorowajny, na prawem 2. pluton kompanji 7-ej. Bezkorowajny, ranny w brzuch i porozrywany poprostu ekrazytówką, upadł. Próbował iść, ranny, szeptał z żalem, że już iść naprzód nie może- — zaniesiono go do wozów i złożono na je­dnym z nich, gdzie w drodze do Lwowa, w Kulikowie, bohaterskiego życia dokonał. Opatrująca go dr. Marja Prokopowiczówna odznaczyła się pod Rudą i we wszy­stkich następnych bojach baonu. Ppor Barski pali z por Roskoszem, mimo straszne­go ognia nieprzyjacielskiego, most na Bugu, ochraniając w ten sposób pułk w odwrocie i ratując go przed zupełnem rozbiciem, za co wraz z kompanją dostał od Dtwa po­chwałę i został podany do odznaczenia. Dzielnie za­chował się też ppor. Strojnowski, który, otoczony przez przeważające siły nieprzyjacielskie, nie poddał się. Bronił się, jak długo mógł, wreszcie rzucił się do Bugu i wpływ przebył rzekę,, żona zaś jego jako sanitarju-szka niosła pomoc rannym w okopach boso. Pamiętam to doskonale, bo chowałem z nią poległych i leżeliśmy w rowie razem przy linji, czekając przed odwrotem nowych rozkazów.

Po południu był drugi polski kontratak (ten właśnier którego   artylerja   już   nie   wspomagała).   Przy paleniu mostu przez   Barskiego 8 ma kompanja   pomagała sal­wami. Wszyscy byli czynni, nawet całv personal kanc. kompanijny   (i tak   np.   rachunkowy   Brycki   pomagał palić most, pomocnik jego Służewski stracił nogę wtedy pod Rudą; walczył tam również Czesław Zaklika, dzie­ciak   niemal,   zgłoszony   do służby   frontowej i kance-larja baonowa. Wszyscy brali udział w walkach z bro­nią w ręku, np. plutonowy Zazula, szer. Piniński, szer. zaś R.  Kuntze   zdumiewał  przełożonych    swą   gotowością i szczerą brawurą. Por. Rączy dostał w tym czasie komp. 5-ą na miejsce Koszulińskiego, wziął więc ze sobą III ci pluton. Około 7-niej rozpoczął ^-ię atak bolszewickiej arty-lerji: ogień zaporowy na wieś, gdzie było dtwo baonu a huraganowy na okopy Roskosza,   który dał znak do odwrotu na 2-gą linję   obronną w samej   wsi.   (Ranny Getter, sierżant szef ósmej kompanji, mimo rany, wal­czył i maszerował).   Bolszewicy zasypali jeden karabin maszynowy granatem, nasi zaś wycofali się do drugiej linji obronnej, ściągnięci z 7-mej i 8-mej konip.  obser­wowali   bolszewików, t jak dwu z nich  przeprawiło się przez Bug wpław i ustawiło przed palącym się mostem karabin maszynowy. Chłop jakiś — jak to widział por. Roskosz — dawał bolszewikom znak chustką, biegnąc. Z   nastaniem   zmroku   wreszcie   wycofał   się   Roskosz wraz z innymi do Łanów Polskich, w których już był I. Baon dra Domaszewicza.   Po 930-tej cofnęli się Po­lacy   wogóle.   Podnieść   trzeba,   że dca baonu dr. Za-górski walczył w pierwszej linji. My tymczasem, tj. 3-ci

29

pluton 5 tej kompanji, doszliśmy, dość ostrzeliwani, do skromnych dwu oddziałów rozmieszczonych w lasku między Rudą i Dobnami, oraz do reszty 5-tej komp., którą po odejściu por. Koszulińskiego do szpitala, do­wodził zastępczo idealnie zrównoważony, spokojny i ilegmatyczny ppor. Ant. Joch. — Miał on pod sobą pchor. kadeta z 2-ej komp. K. M , Lesz ',vńskiego, da­lej dzielnego plut. Śtankiewicza, kaprala Wcrnera, dra Prószyńskiego, prof. Brończyka i innych (niektórzy nie-umundurowani, nie brakło też i bosych żołnierzy.) Nie­opodal był Gołąb ze swymi ludźmi, a jako szarże po­magali mu plutonowi Poterałowicz i Pasterr.uk

NEXT