Cierń Wisły Anna Rydzanicz

   Przeprowadzona 60 lat temu Akcja Wisła do dziś wzbudza kontrowersje. Strona polska uważa, że opracowano ją w Moskwie, ukraińska, że Związek Radziecki zaakceptował plan ułożony w Warszawie.
   Przez lata uważano, że była ona efektem zastrzelenia przez UPA 28 marca 1947 roku w Jabłonkach pod Baligrodem generała Karola Świerczewskiego. Tymczasem plany przesiedlenia ludności ukraińskiej i łemkowskiej przygotowano jeszcze przed wojną. Brakowało tylko pretekstu do ich zrealizowania.
   W sierpniu 1946 roku Urząd Informacji i Propagandy w Lublinie robił rozeznanie wśród Polaków na terenach objętych działaniami oddziałów UPA. Domagali się oni całkowitego wysiedlenia elementu ukraińskiego do ZSRR lub na Ziemie Odzyskane. Przygotowania organizacyjne do wysiedlenia ludności rozpoczęto w styczniu 1947 roku, wtedy to oddziały wojskowe w województwach południowo-wschodnich otrzymały rozkaz sporządzania spisów rodzin ukraińskich i łemkowskich.
   Miesiąc później zastępca szefa sztabu Wojska Polskiego, generał Stefan Mossor, opracował raport specjalny o wysiedleniu pojedynczych rodzin Ukraińców, w celu rozproszenia ich na Ziemiach Odzyskanych, gdzie mieli się szybko zasymilować.
   Gotowy plan przekazano 27 marca 1947 roku do Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej.
   Następnego dnia zginął gen. Świerczewski, a 29 marca 1947 roku Biuro Polityczne KC PPR podjęło decyzję o wysiedleniu, w ramach akcji odwetowej, ludności ukraińskiej na poniemieckie ziemie zachodniej i pół nocnej Polski. Tym samym za działalność podziemia ukraińskiego władze obarczyły odpowiedzialnością zbiorową wszystkich Ukraińców i Łemków mieszkających w Polsce.
   17 kwietnia 1947 roku Państwowa Komisja Bezpieczeństwa przyjęła decyzję Biura Politycznego KC PPR o podjęciu działań wojskowo-przesiedleńczych wobec Ukraińców oraz wydała zarządzenie dla Grupy Operacyjnej Wisła z jej dowódcą gen. Mossorem, aby przy współudziale Państwowego Urzędu Repatriacyjnego przesiedlić Ukraińców. 24 kwietnia 1947 roku na posiedzeniu Prezydium Rady Ministrów podjęto uchwałę dotyczącą Akcji Wisła, która oficjalnie stała się podstawą prawną do wysiedlenia ludności ukraińskiej.
   Akcję rozpoczęto 28 kwietnia o godzinie czwartej rano. Do zasiedlenia przez ludność z Akcji Wisła wytypowano 65 powiatów w województwach olsztyńskim (najwięcej), wrocławskim, szczecińskim, gdańskim i poznańskim.
   Transporty przybywały do Oświęcimia i Lublina, a następnie do punktów rozdzielczych w Szczecinku, Olsztynie, Poznaniu i Wrocławiu, skąd były kierowane do przydzielonych powiatów.
   Od 1 maja do 16 sierpnia 1947 roku z województw krakowskiego, rzeszowskiego i lubelskiego przesiedlono 140 575 osób. Proces powtórzono w 1950 roku, wysiedlając ludność czterech ostatnich wsi zachodniej Łemkowszczyzny – Jaworek, Szlachtowej, Białej i Czarnej Wody, tzw. Rusi Szlachtowskiej oraz z Chełmszczyzny, przy okazji znów wysiedlano tych, którzy w międzyczasie wrócili, a także rodziny mieszane oraz Polaków, których obecność w strefie nadgranicznej była niepożądana.
   19 czerwca dyrektor Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Rościsław Żerelik we współpracy z Ukraińskim Towarzystwem Historycznym zorganizowali konferencję naukową „ Akcja Wisła w historiografii, literaturze i sztuce. Refleksje nad 60. rocznicą wysiedlenia ludności ukraińskiej z południowo-wschodniej Polski”.
   
   O położeniu 21 tysięcy deportowanych na Dolny Śląsk w pierwszych latach po wysiedleniu mówił dr Jarosław Syrnyk z wrocławskiego oddziału IPN. Wielu z nich nie miało nawet zabezpieczenia przed deszczem i chłodem. Podobnie było w innych rejonach Ziem Odzyskanych.
   W 1947 roku w powiecie lubińskim, średzkim i oławskim pozostały najgorsze gospodarstwa. Kończyły się również zapasy żywnościowe. Powiatowy Urząd Repatriacji przydzielił osadnikom zapomogę pieniężną, a także miesięczne racje zboża i cukru.
   Według raportów starostów i naczelników Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa z końca 1947 roku przesiedleńcy mieli opinię spokojnych i pracowitych. Większość traktowała pobyt na wygnaniu jako przejściowy. Nie oddawali kart przesiedleńczych w przeświadczeniu, że to zamknie im drogę powrotu. Niektórzy podkreślali, że są Łemkami a nie Ukraińcami, wierząc, że władze pozwolą im wrócić.
   Lata 1948-52 to okres represji wobec wszelkich dających się wyodrębnić grup społecznych, w tym mniejszości ukraińskiej.
   Szczególną „opieką” byli objęci duchowni prawosławni i grekokatoliccy.
   Zgodnie z instrukcją ministerstwa z 2 sierpnia 1947 roku Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego mały sporządzać imienne wykazy inteligencji „o postawie antydemokratycznej”, która mogłaby integrować społeczność ukraińską. Generalnie inteligencję miano umieszczać, zgodnie z instrukcją Ministerstwa Ziem Odzyskanych z 10 listopada 1947 roku, z dala od skupisk ludności z Akcji Wisła. Szczególnym nadzorem objęto o. Aleksego Znoskę (kryptonim „Wschód”). Podejrzane były również osoby otrzymujące korespondencję czy paczki z Zachodu. Spotkania społeczności z Akcji Wisła, określane mianem schadzek, budziły zainteresowanie służb. Niekiedy wewnątrz grupy był informator. W 1949 roku w województwie wrocławskim istniało 45 punktów „Z”, czyli miejsc zebrań ludności ukraińskiej.
   W powiecie lubińskim w czerwcu, w wyniku przygotowanej prowokacji, polegającej na rzekomej kradzieży ziemniaków z kopców Armii Czerwonej w Liścu, aresztowano pięć osób. Zarzucono im organizowanie dyskusyjnych zebrań i rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Jana Horbala skazano na trzy lata więzienia. W latach 1947-1949 na Dolnym Śląsku aresztowano 83 Ukraińców.
   Od początku ignorowani, przesiedleni nie utrzymywali bliższych kontaktów z Polakami. Ze sprawozdania Prezydium Rady Narodowej w powiecie Środa Śląska z 1953 roku dowiadujemy się, że władze terenowe oraz ludność polska odnosiły się niechętnie, niekiedy wrogo, do przesiedlonych Łemków.
   Młodzi ludzie w poszukiwaniu żony, byleby była ze swoich, jeździli daleko.
   Dr Syrnyk podkreślił, że do 1956 roku legalnie funkcjonującą strukturą, dzięki której przesiedleńcy mogli kontynuować swoje tradycje religijne, była Cerkiew prawosławna. Kiedy powstały półlegalne placówki w ramach Kościoła rzymskokatolickiego, zwane stanyciami, większość grekokatolików odeszła z Cerkwi prawosławnej.
   
   O inwigilacji ludności ukraińskiej na Pomorzu Zachodnim w latach 1947-1989 mówił dr Arkadiusz Słabig z Akademii Pedagogicznej w Słupsku. – Pomorze Zachodnie to jeden z trzech najważniejszych regionów przymusowego osiedlenia ludności ukraińskiej. Trafiło tu 48 465 osób narodowości ukraińskiej. Osobników uznanych za niebezpiecznych, określanych literą A – umieszczano 50 kilometrów od granic morskich i państwowych oraz miast wojewódzkich, zaś B – podejrzanych i C – lojalnych w odległości 30 km. Ostatecznie zasady osiedlania złagodzono, przekraczając górną granicę 10 proc. Ukraińców w danej społeczności.
   Od początku do środowiska ukraińskiego próbowano wniknąć poprzez własnych informatorów. Nawiązano współpracę z Urzędami Bezpieczeństwa w Rzeszowie i Lublinie, po przednim miejscu zamieszkania przyszłych informatorów, najczęściej skompromitowanych drobnymi kradzieżami czy defraudacją pieniędzy, a potrzebnych do rozpracowania byłych partyzantów OUN.
   Do lipca 1947 roku do pracy agenturalnej w województwie szczecińskim nakłoniono jedenastu więźniów Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. W czerwcu 1949 roku Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa miał w środowisku ukraińskim 126 agentów. Starannie inwigilowano inteligencję.
   Kościół grekokatolicki, działający półoficjalnie, został uznany przez SB za szerzący tendencje nacjonalistyczne wśród Ukraińców i podlegający agenturze Watykanu. Dążąc do jego osłabienia, starano się wykorzystać animozje z Kościołem rzymskokatolickim oraz rywalizację z Cerkwią prawosławną. Szczecińska SB szczególnie interesowała się poczynaniami wikariusza tamtejszej parafii prawosławnej, o. Juwenaliusza Wołoszczuka. Pod zarzutem popełnienia przestępstw gospodarczych, pod koniec 1961 roku znalazł się on w więzieniu i został odsunięty na pięć lat od kapłaństwa.
   W czerwcu 1956 roku powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne. Do końca 1989 roku, do zamknięcia jego działalności, stanowiło obiekt szczególnego zainteresowania służb bezpieczeństwa.
   Starannie kontrolowano wyjazdy wysiedlonych na festiwal kultury do Svidnika w dawnej Czechosłowacji, udział w zabawach, czy innych przedsięwzięciach kulturalnych. W Koszalinie bezpieka uniemożliwiła zorganizowanie profesjonalnej sceny ukraińskiej przy Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Przyglądano się działalności studentów. Usiłowano przeciwdziałać masowej emigracji ludzi młodych z kraju. W mieszkaniach osób szczególnie zaangażowanych umieszczano podsłuchy. Dyskryminacja największej na Pomorzu Zachodnim mniejszości narodowej po ponad czterdziestoletniej inwigilacji zakończyła się dopiero na początku lat 90.
   
   Marianna Jara z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Sanoku opowiedziała o losach wysiedlonych w lipcu 1947 roku z Florynki na przykładzie arcybiskupa Adama. 21-letni Aleksander Dubec wraz z matką i siostrą podzieli wtedy losy wysiedlonych.
   – Dity lem ne płaczte – powiedziała dzieciom matka, kiedy żegnając się z rodzinnym domem zostawiali obrazy na ścianach, pakując tylko najpotrzebniejsze sprzęty i zabierając krowę. Na stacji przed załadunkiem wśród płaczu dzieci i porykiwania bydła pomiędzy wozami przechadzał się oficer. Aleksander Dubec miał czapkę, która nie znalazła uznania w jego oczach, za co otrzymał od żołnierzy dwadzieścia pięć razów. Za szto, Hospody? Na stacji w Oświęcimiu przeżył kolejny strach przed UB.
   – Banderowcu, ilu Polaków zamordowałeś?
   – Mój ojciec zginął w Oświęcimiu! Za co mnie bijecie?
   – Puście, go! Jest wolny! – Rozkazał oficer, kiedy innych zabierali do Jaworzna.
   Od tego pobicia na zawsze stracił słuch w lewym uchu. Transport dobiegł końca na stacji w Lubinie, skąd furmankami jechali do Michałowa. Osiedli z trzema rodzinami na kolonii. Wraz z dwiema przydzielono im jeden dom. Wokół piasek i monotonna równina.
   Wkrótce w Michałowie pojawił się o. Stefan Biegun. W mieszkaniu Jana Dubeca urządzono domową kapliczkę. W organizowaniu życia religijnego przeszkadzała SB. Po liturgii przyjechała milicja. Zatrzymali ludzi wychodzących z kaplicy.
   – Co wy tutaj urządzacie jakieś nielegalne zgromadzenia? – pytali. – Gdzie pop?
   Weszli do środka i zastali o. Stefana w szatach liturgicznych. Pokazał im dokumenty i pismo z ministerstwa, zezwalające na odprawianie nabożeństw w Michałowie.
   – Widzicie, że teraz nie ma powrotu w góry – powiedział o. Stefan, kiedy milicjanci odjechali.
   Dla Aleksandra Dubeca powrót nastąpił osiemnaście lat później. W 1965 roku, po ukończeniu Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, wrócił do Wysowej, aby rozpocząć posługę kapłańską wśród tych, którzy mieli odwagę po 1956 roku powrócić, i tych nielicznych, którzy nigdy z Łemkowszczyzny nie wyjechali. Podobno jeszcze we Florynce o. Biegun, widząc głęboką wiarę i przywiązanie do Cerkwi, przepowiedział młodemu Aleksandrowi stan duchowny.
   
   O badaniach łemkoznawczych mówił prof. Rościsław Żerelik. Najcenniejszym osiągnięciem wrocławskiego Instytutu jest praca doktorska dr Bohdan Horbala z Biblioteki Publicznej w Nowym Jorku pod tytułem „Łemkowie i Łemkowszczyzna w historiografii i literaturze”, gdzie wyszczególnił ponad osiem tysięcy publikacji poświęconych Łemkom, nawet w języku japońskim. O Akcji Wisła pisali Roman Drozd, Eugeniusz Misiło, Stefan Dudra, Leon Żur. Nie należy bagatelizować publikacji napisanych za granicą. Ostatnim trendem są monografie łemkowskich wsi, na przykład Boguszy czy Perunki.
   – Problem Akcji Wisła nie został jeszcze do końca zbadany – podsumował prof. Żerelik.
   W dyskusji kończącej konferencję dr Syrnyk zauważył tożsamość metod inwigilacji na Pomorzu Zachodnim i na Dolnym Śląsku. – Przypuszczalnie podobne dane otrzymalibyśmy z Pomorza Gdańskiego i Mazur – stwierdził. Zaprzeczył też panującym w środowisku stereotypom na temat rzekomego uprzywilejowania przez władze Cerkwi prawosławnej. – Cerkiew prawosławna była inwigilowana na Dolnym Śląsku już od 1946 roku – podkreślił. Podał przypadek inwigilacji władyki Adama, przez długi czas rozpracowywanego przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Lubinie w 1949 roku pod kryptonimem „Wilki”, a podejrzewanego o przynależność do Świadków Jehowy, o czym między innymi pisze w mającej się niedługo ukazać książce: „Zagadnienia ukraińskie w powiecie lubińskim 1947-1989”.
   
   MÓWIĄ HISTORYCY
   Doktor Jarosław Syrnyk, oddział IPN we Wrocławiu:
   – Historyczna ocena Akcji Wisła uległa zmianie po 1989 roku, kiedy pojawiło się dużo publikacji źródłowych. Celem Akcji Wisła, określonym w pismach Ministerstwa Ziem Odzyskanych z listopada 1947 roku w punkcie 4, była asymilacja ludności ukraińskiej. W poważnych gremiach historycznych nikt tego nie neguje, ale w wielu publikacjach autorzy bardziej eksponują aspekt policyjno-wojskowy, podkreślając że miała na celu likwidację podziemia ukraińskiego. Priorytetem jednak była realizacja koncepcji państwa jednonarodowego.
   Pretekstem do rozpoczęcia Akcji Wisła była śmierć generała Świerczewskiego, ale szybkość działań świadczy, że cała akcja była przygotowana dużo wcześniej, dlatego należy ją rozpatrywać w ciągu wydarzeń, a nie jako odrębną operację. Różni się ona od poprzednich przesiedleń na Wschód z lat 1944-1946 roku, będących w zasadzie dobrowolną wymianą ludności polskiej i ukraińskiej.
   W początkowym okresie ze Związku Radzieckiego przybyło do Polski 1 250 000 obywateli. Potem ta liczba jeszcze wzrosła. Dobrowolnyj obmin zakinczył sia realnym obmanom – ukraińskie powiedzenie oddaje istotę tamtych działań. 150 tysięcy pozostałych, późniejszych ofiar Akcji Wisła, wobec 500 tysięcy przesiedlonych w latach 1944-1946, zamykało wieloetapowy plan wynaradawiania ludności ukraińskiej.
   Duża grupa ludności polskiej w ramach małżeństw mieszanych została wysiedlona na Dolny Śląsk z powiatów tomaszowskiego i hrubieszowskiego, szczególnie do powiatu lubińskiego.
   Moi rodzice zostali również przesiedleni. Mama jako ośmioletnia dziewczynka ze wsi Średnia Wieś nad Sanem, ojciec, wówczas trzynastoletni, doskonale pamiętający tamte wydarzenia, ze wsi Weremiń niedaleko Leska. Pozostała rodzinna trauma i nieustanne podkreślanie, że tam było ładniej, lepiej. Rodzice żony zostali przesiedleni z zachodniej Łemkowszczyzny, z Brunar i Boguszy. Wspomnienia rodziców i teściów są podobne, tragiczne.
   
   Prof. dr hab. Rościsław Żerelik, dyrektor Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego:
   – Po 60 latach oceny wśród historyków nie są jednolite. Ci, którzy niegdyś pisali o niej, niechętnie zmieniają zdanie. Według nich, Akcja Wisła była potrzebna do likwidacji zaplecza podziemia ukraińskiego. W ślad za nią szybko rozprawiono się z oddziałami UPA. Od lat 90. nowe pokolenie historyków, także ukraińskich, formułuje nowe oceny, dostrzegając aspekty, którym poprzednicy nie poświęcali uwagi.
   Usunięcie Ukraińców z południowo-wschodniej Polski wcale nie było warunkiem sukcesu polskich jednostek wojskowych. Wystarczyło obsadzić kluczowe miejscowości oddziałami wojska i czekać na wyjście partyzantów z lasu.
   W Polsce międzywojennej zdecydowana większość partii politycznych zakładała rozwiązanie problemu ukraińskiego poprzez wysiedlenia i rozmycie w środowisku polskim. Jedynie partia komunistyczna uznawała linię Curzona, ale ona chciała wysiedlić ludność w granicach wschodniej i północnej Polski, podobnie jak Związek Radziecki. W Akcję Wisła zaangażowani byli nie tylko dowódcy komunistyczni. Generał Stefan Mossor, dowódca całej operacji, był przecież oficerem II RP. Obecnie część historyków uważa, że Akcja Wisła była skierowana przeciwko ludności ukraińskiej, a nie likwidacji ukraińskiego podziemia.
   Dziś, 60. lat po akcji, mówi się: „wypędzeni – niepokonani”, ale bardzo wielu wysiedlonych, od Podlasia po Łemkowynę, uległo asymilacji. Ludzie do dziś boją się przyznawać do swojej tożsamości. Dużą zasługę w jej utrzymaniu należy oddać Cerkwi prawosławnej, dzięki której udało się utrzymać świadomość narodową wiernych. Ci, którzy wybrali Kościół rzymskokatolicki, już do Cerkwi nie wrócili. Wierni, mimo że część po 1956 roku odeszła do Cerkwi grekokatolickiej, trzymają się swojej tradycji i, co bardzo ważne, języka.
    Znaczna część Łemków uważa, że została wysiedlona niesłusznie. Władze PRL nie widziały problemu, ponieważ dla nich wszyscy byli Ukraińcami. Już w okresie przedwojennym mówiło się, że Łemkowie będą przesiedleni. Mawiało się o błotach pińskich, bo nic tak nie góralom nie robi dobrze, jak teren błotnisty. Przykładem były przedwojenne zarządzenia, zlecające odsuwać ludność niepolską na kilkadziesiąt kilometrów od granicy, więc nasilenie antyłemkowskich działań w latach 30., a zwłaszcza po śmierci Piłsudskiego, w latach 1938-1939, przeniosło się na lata 40. Do tego doszedł niechętny, często wrogi stosunek ludności polskiej do Łemków, mimo że w większości nic nie wiedzieli o wydarzeniach na Wołyniu czy klęsce Powstania Warszawskiego.
   Mój dom rodzinny często odwiedzali wysiedleni, głównie z Banicy koło Grybowa, i mówili o starych, dobrych czasach. Nie mogli zrozumieć, dlaczego znaleźli się tutaj. Dla nich była to wielka krzywda.
   Czy straty moralne da się zrekompensować? Chodzi tu nie tylko o zwrócenie lasów czy gospodarstw. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się potępienie akcji „W” przez władze państwowe. Tymczasem, mimo ewidentnych przestępstw władz komunistycznych, nie ma spadkobiercy, który uznałby krzywdę państwa wobec mniejszości ukraińskiej, obywateli polskich, walczących na frontach II wojny światowej. Nie ma równych wobec prawa. Polskie oddziały partyzanckie udało się zrehabilitować, ale nie uczyniono tego dotąd wobec więźniów Jaworzna. Wprawdzie Senat III RP potępił Akcję Wisła, ale nie doczekaliśmy się podobnego gestu ze strony Sejmu. Kiedy porusza się tę kwestię, zaraz odzywają się głosy: bo przecież był Wołyń. Sądzę, że ofiarom Akcji Wisła należy się moralna rekompensata.
   
   Jerzy Starzyński, historyk, dyrektor Łemkowskiego Zespołu Pieśni i Tańca „Kyczera”:
   – Jako historyk mogę zrozumieć, z punktu interesu państwa polskiego, że nie tolerowało na swoim terytorium obcej siły militarnej. Nie mogę natomiast pogodzić się z faktem zastosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec ludności cywilnej, która przełożyła się na masowe przesiedlenia z terenów, gdzie mieszkała od wieków.
   Na Podhalu władze nie przesiedliły ludności, aby rozprawić się z oddziałami AK. Deportacja w ciągu kilku godzin w odniesieniu do Łemków, których stosunek do UPA w większości był obojętny, była wielką krzywdą.
   Nie zgadzam się też z opinią, że dla Łemków przesiedlenie oznaczało rozwój cywilizacyjny. Nie otrzymali oni wcale lepszych gospodarstw. Mój dziadek miał ponad dwadzieścia hektarów gruntów, w tym kilkanaście hektarów lasu, a w okolicach Piły otrzymał piaski szóstej kategorii o dużo mniejszym areale. Kilka rodzin osiedlono w rozwalającym się domu. Wystarczy pojechać na Słowację, gdzie Łemkowie zostali, i zobaczyć jak dobrze wyglądają ich wsie, podczas gdy południowa część Karpat była uboższa od północnej. Do tego dochodzi jeszcze niewyobrażalna skala cierpień psychicznych tych ludzi. Tego nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. Dla Łemków jest ona cezurą, końcem ich świata, pewnej epoki. Wysiedlenie Łemków i Ukraińców to ogromna strata nie tylko dla nich samych, ale państwa polskiego, choćby w sferze gospodarczej czy kultury narodowej.
   
   Dr Bohdan Horbal, Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku:
   – Akcja Wisła jest jedną z największych tragedii w historii Łemków, ponieważ omal nie dokończyła etnicznego zniszczenia Łemkowszczyzny i do dziś wyciska swoje piętno na całej społeczności łemkowskiej i na każdym Łemku.
   Chociaż liczba przesiedlonych w latach 1944-1946 na Ukrainę była większa, to w pamięci zbiorowej Łemków w Polsce akcja Wisła ma inny wymiar. Po 1946 roku w Karpatach została jeszcze znaczna liczba Łemków, a niektórym udało się „po cichu” wrócić z „sowieckiego raju.” Nadszedł jednak 1947 rok, kiedy to na zachodnie i północne ziemie Polski nikt nie jechał dobrowolnie. Po 1947 roku na Łemkowszczyźnie pozostały już jedynie pojedyncze łemkowskie rodziny. Wiadomo, że na Ukrainie nikt chlebem i solą Łemków nie witał. Wiele tam wycierpieli, włącznie z upokorzeniem i głodem, ale nikt nie zamykał ich w obozach, tak jak w Jaworznie. Zastosowanie niehumanitarnej, zbiorowej odpowiedzialności wobec Łemków miało i ciągle ma podwójny wymiar, ponieważ UPA wśród większości Łemków nie miała poparcia. Jednak dla władz komunistycznych nie miało to znaczenia, gdyż w rzeczywistości Akcja Wisła była jednym z etapów etnicznej polityki komunistów, wypracowanej jeszcze w czasie wojny, a mającej na celu utworzenie jednolitego pod względem narodowościowym państwa poprzez pozbycie się albo asymilację mniejszości narodowych. Dlatego też, pod pretekstem odizolowania cywilnej ludności ukraińskiej od UPA, wysiedlano także Łemków, choć przecież znaczna ich część nawet nie uważała się za Ukraińców. Przy takim podejściu do sprawy łemkowskiej, przez cały okres komunistyczny w Polsce, władze nie zezwalały na utworzenie niezależnej łemkowskiej organizacji społeczno-kulturalnej, bo zgoda na jej powołanie do życia wskazywałaby na niesprawiedliwe potraktowanie Łemków w 1947 roku.
    Zachowanie tożsamości narodowej było i jest do dziś bardzo trudne, ponieważ społeczność łemkowska w diasporze stanowi mniejszość. Po przemianach w 1989 roku sytuacja uległa poprawie. Pojawiły się rzetelne publikacje dotyczące Akcji Wisła i jej następstw, napisane przez Łemków, Ukraińców i Polaków.
   Pamiętać i wspominać należy, ponieważ bez pamięci naród nie istnieje, ale trzeba mieć też świadomość, że życie toczy się dalej.
   
   Anna Rydzanicz
   fot. autorka


Orginał artykyłu z  Przeglądu Prawosławnego