Rozmowa Piotra Zychowicza z profesorem Timothym Snyderem z Uniwersytetu w Yale
Ostatni imperialista Rzeczypospolitej

Józewski był człowiekiem niezwykłym. Jego losy pozwalają zrozumieć lepiej genezę tragedii wołyńskiej. Za jego rządów w województwie wołyńskim aż do 1938 roku prowadzona była liberalna i tolerancyjna wobec Ukraińców polityka.

Timothy Snyder
WOJCIECH SURDZIEL/AGENCJA GAZETA

Rz: Henryk Józewski jest w Polsce postacią właściwie zapomnianą. Dlaczego napisał o nim książkę amerykański historyk?

Timothy Snyder: Józewski był człowiekiem niezwykłym. Jego losy pozwalają zrozumieć lepiej genezę tragedii wołyńskiej. Za jego rządów w województwie wołyńskim aż do 1938 roku prowadzona była liberalna i tolerancyjna wobec Ukraińców polityka. Zaledwie pięć lat później Wołyń stał się miejscem krwawych, masowych czystek etnicznych dokonanych na Polakach. Jak do tego doszło? Postawiłem takie pytanie i wydawało mi się, że napiszę o tym jakiś mały artykulik. W taki sposób trafiłem na Józewskiego.

W momencie zawalenia się starego ładu na terenach byłego imperium rosyjskiego na Ukrainie doszło do ostrego konfliktu pomiędzy polskim dworem a rusińską wsią. Jak wytłumaczyć, że w takiej atmosferze młody szlachcic z Kijowa obrał drogę pojednania z Ukraińcami?

Wpływy endecji były oczywiście w Kijowie bardzo silne. Ale występowała także druga postawa, przychylna ukraińskim sąsiadom. Paradoksalnie nie była znowu taka rzadka. Dochodziło nawet do tego, że wiele polskich rodzin szlacheckich zaczęło się utożsamiać z ukraińskością i z ukraińskimi aspiracjami państwowymi. Przecież Włodzimierz Antonowicz, wielki ukraiński historyk, tak naprawdę był Polakiem.

Może pewien wpływ na takie postawy miał socjalizm?

To prawda. Wielu ludzi, którzy forsowali pozytywny program wobec Ukraińców, wywodziło się z PPS. Dotyczy to również Józewskiego, który walczył z caratem właśnie pod sztandarem tej partii. Była to jedna z przyczyn jego liberalizmu.

Miał chyba biografię typową dla wielu piłsudczyków. Kresowe pochodzenie, walka rewolucyjna, zesłanie, powrót do kraju, walka o "wolność naszą i waszą".

To była pewna ideowa formacja. Ci ludzie nie mieścili się w ustalonych schematach. Nie byli tym, co określa się dziś mianem "typowego Polaka". Swoją polskość rozumieli w szerszym kontekście, w kontekście spuścizny po wielonarodowej Rzeczypospolitej. Wypływało to pewnie z tego, że wyrastali i żyli właśnie na Kresach, w atmosferze wielonarodowościowej.

Jaki był właściwie stosunek Józewskiego do Ukraińców?

On był artystą. Malował, pasjonował się muzyką. Doświadczał życia w kategoriach czysto estetycznych. Tak też postrzegał świat i narody. Instynktownie czuł, że Ukraińcy i Polacy mają ze sobą wiele wspólnego. Choćby w melodii języków, którego to podobieństwa pomiędzy Ukraińcami a Rosjanami nie ma. Józewski nie był jednak demokratą. Uważał, że Semen Petlura był ukraińskim Piłsudskim, że każdy naród wyłania taką postać, która może go poprowadzić do wielkich czynów, do niepodległości. Obok przywódcy były również elity, które rozumiały historię i rację stanu. Właśnie te elity w Polsce i na Ukrainie powinny się porozumieć.

To właśnie dlatego wszedł do kierowanego przez Petlurę rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej?

Zapewne. Jego szkolni koledzy bardzo się zdziwili, gdy usłyszeli, że zajął ministerialne stanowisko w ukraińskim rządzie z siedzibą w Kijowie. Obaj panowie utrzymywali bardzo bliskie stosunki. Doskonale znały się ich żony. Po tym jak Polska podpisała układ pokojowy z bolszewikami i Moskwa naciskała na wydanie jej atamana, Józewski pomagał mu się ukrywać w prywatnych mieszkaniach, a następnie wysłał do Paryża. Tam w 1926 roku zamordował go sowiecki agent.

Po tym jak Piłsudski przejął władzę, natychmiast mianował Józewskiego wojewodą wołyńskim. Na ile realizowana przez niego polityka pokrywała się z planami Marszałka?

Piłsudskiego trudno rozgryźć. Nawet polscy historycy nie zawsze są w stanie zrozumieć jego działania i przesłanek, jakimi się kierował. Przypuszczam jednak, że Piłsudski dał Józewskiemu co najwyżej jakieś ogólne wskazówki. Że należy wykorzystać to, iż na Wołyniu są jeszcze Ukraińcy, którzy nie są nacjonalistami, tak jak ci z Galicji. To, co Józewski robił u siebie w województwie, było jednak jego autorską polityką. Wątpię, żeby działał w myśl ścisłych rozkazów Piłsudskiego.

Czy Józewski był federalistą?

W takim samym stopniu jak Piłsudski. Uważał, że jeżeli byłoby możliwe stworzenie jakiegoś wspólnego, wielonarodowego tworu - to bardzo dobrze. A jeżeli nie, to lepiej, żeby kwestie narodowościowe pracowały na korzyść Polski, a nie Sowietów. Przecież jego polityka na Wołyniu była nie tylko polityką krajową, ale również zagraniczną. W dużej mierze stanowiła część większego przedsięwzięcia politycznego, mającego na celu osłabienie Związku Sowieckiego i jego wpływów.

Pytam o Piłsudskiego, bo jego polityka wobec Ukraińców w Galicji nie była specjalnie delikatna.

Myślę, że on zdecydowanie oddzielał Galicję od Wołynia. Na tym ostatnim terytorium usiłował zbudować społeczność Ukraińców, przyjaźnie nastawionych do Polski i dzięki temu oddziałujących pozytywnie na mieszkańców Ukrainy sowieckiej. Jeżeli zaś chodzi o Galicję, zarówno Józewski, jak i Piłsudski uważali, że nie ma co się trudzić. Interesy państwowe Polski - tak jak rozumieli je Józewski i Piłsudski - leżały w Kijowie. A kluczem do Kijowa był właśnie Wołyń. Chodziło o możliwość stworzenia wielkiego, niezależnego państwa ukraińskiego sprzymierzonego, bardziej lub mniej ścisłymi więzami, z Polską.

Czy Józewski nie przekładał na ukraiński grunt słynnej koncepcji Adolfa Bocheńskiego? Że tak jak Polska jest wtłoczona między Niemcy a Rosję, Ukraina jest wtłoczona między Polskę a Rosję (lub Sowiety) i musi się z jednym z tych państw porozumieć?

Wydaje mi się, że Józewski nie myślał jednak w kategoriach geopolitycznych. Rozumował raczej na poziomie idei. Był antykomunistą. W bolszewizmie widział śmiertelne niebezpieczeństwo zarówno dla Ukraińców, jak i Polaków, a nawet dla Rosjan. To było coś straszliwego; uniwersalne zagrożenie, któremu trzeba wspólnie dać odpór. Przekonanie to pogłębione zostało przez to, co działo się w latach 30. po drugiej stronie granicy. Koszmar Wielkiego Głodu nie był jednak dla Józewskiego niespodzianką. Utwierdził tylko jego przekonania.

Czy nie ma pan jednak wrażenia, że Józewski był niepoprawnym, naiwnym romantykiem? Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że zaledwie pięć lat po jego ustąpieniu ze stanowiska wojewody doszło do masowych mordów polskiej ludności. Czy to nie dowód na bankructwo jego liberalnej polityki?

Powiem coś jeszcze brutalniejszego. Powstanie UPA na tych terenach w pewnym sensie było sukcesem działalności Józewskiego. Chciał zbudować na Wołyniu antysowiecki naród ukraiński i to mu się w pełni udało. Bo to przecież UPA najdłużej walczyła przeciw Sowietom. To, że te same jednostki wymordowały tylu Polaków, było zaś oczywiście jego klęską.

Więc może pułkownicy mieli rację, gdy w 1938 roku wyrzucili go z Wołynia?

Sytuacja była już wówczas bez wyjścia. Myślę więc, że lepiej było go zostawić. Ostry kurs podjęty po jego odejściu - na czele z bezmyślnym paleniem cerkwi - był strasznym błędem. Zaczęto Ukraińcom wbijać do głowy, że ich największym wrogiem nie są Sowiety, ale właśnie Polska. To również jest bardzo ważne dla zrozumienia genezy rzezi na Wołyniu.

Nie jest to jedyna kwestia, w której następcy Piłsudskiego realizowali program endecji.

Problem polega jednak na tym, że piłsudczycy nie mieli w sobie narodowego optymizmu endeckiego. Nie wierzyli, że polski naród w konkurencji z innymi ma szansę i jest w stanie je zasymilować. Dlatego postanowili wzmacniać na Wschodzie państwo nie przez pozyskiwanie dla niego Ukraińców, ale poprzez polską kolonizację, uprzemysłowienie.

Ostatecznym pogrzebaniem idei Józewskiego była chyba jednak II wojna światowa.

Tak, choć - znowu paradoksalnie - inwazja Niemiec i Sowietów na Polskę była dla niego ratunkiem. Wiosną 1939 roku umarła mu bowiem żona i Józewski po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co robić. Teraz mógł rzucić się w wir życia podziemnego, znalazł nowy cel. Był urodzonym konspiratorem. Tak jak duża część polskiej młodzieży w Kijowie spiskował przeciwko caratowi, a podczas I wojny światowej w naturalny sposób wszedł do Polskiej Organizacji Wojskowej. Dwie dekady później zajął wysokie stanowisko w ZWZ.

Z jego publikowanych w "Zeszytach Historycznych" wspomnień widać wyraźnie, że patrzył z góry na swoich "początkujących kolegów z AK".

Co więcej, wcale się nie palił, aby wejść do organizacji. Wydaje się, że nie potrafił mieć nad sobą nikogo oprócz Piłsudskiego. Kiedy więc z szeregów Armii Krajowej pozbywano się sanatorów i musiał ją opuścić, nie był specjalnie zmartwiony. Wolał pracować na własną rękę.

Mówi pan, że Józewski nie był typowym Polakiem. Jego doświadczenia z dwoma totalitaryzmami są jednak bardzo charakterystyczne dla ówczesnych losów Polski i jej mieszkańców.

Ale on wcale nie sądził, że polski naród - i tu myślał podobnie jak Piłsudski - jest jakiś nadzwyczajny. Uważał, że to, czego Polacy zaznali od totalitarnych systemów, jest straszne. Ale nie dlatego, że wydarzyło się to "nam", lecz w wymiarze uniwersalnym, ludzkim. On patrzył na okropieństwa XX wieku z perspektywy człowieka, a nie w kategoriach polskiej martyrologii. Porównując oba zbrodnicze systemy, za znacznie bardziej niebezpieczny uważał bolszewizm. Rozumiał, że o ile Niemcy byli w stanie zniszczyć co najwyżej ciało, komunizm niszczył ludzką duszę. A dla niego jako dla artysty dusza była najważniejsza.

Czy to właśnie dlatego, w przeciwieństwie do wielu innych byłych PPS-owców, po wojnie nie poszedł na kompromis i nie włączył się w proces budowania "bądź co bądź socjalistycznej" Polski?

Józewski nie był zdolny do dzielenia włosa na czworo. Nie rozróżniał od siebie leninizmu, stalinizmu czy systemu wprowadzonego w PRL. Dla niego istniał tylko komunizm jako taki. Istotą tego systemu było zło, pierwiastek antyludzki. To było bardzo proste i dlatego po wojnie po raz kolejny znalazł się w szeregach konspiracji. Tym razem antykomunistycznej. W końcu trafił do więzienia, skąd wypuszczono go po 1956 roku. I tu rzecz charakterystyczna: on wcale nie chciał wyjść na wolność! Uważał bowiem, że ani prawnie, ani moralnie nie ma czegoś takiego jak reżim komunistyczny w Polsce. Nie mógł więc uznać otrzymanego od niego ułaskawienia. Przetrwał tylko dlatego, że aresztowano go na krótko przed śmiercią Stalina. Gdyby stało się to kilka miesięcy wcześniej, na pewno zostałby zamordowany.

Komunistom udało się jednak na długi czas wymazać go ze zbiorowej pamięci.

To prawda. Przez lata nie można było o nim pisać. Postać Józewskiego była bowiem nierozerwalnie powiązana z utraconymi przez Polskę terenami, z Ukrainą, z antysowieckim ruchem prometejskim. Rola, jaką odegrał, formacja, którą reprezentował, jest jednak czymś niezwykle ciekawym, wartościowym i godnym przypomnienia. Nazwałbym ją nurtem państwowo-liberalnym. Nie mieści się on w klasycznym podziale na lewicę i prawicę. To jest wiara w państwo, przy jednoczesnych wątpliwościach dotyczących narodu. Czyli wiara, że pojęcia te niekoniecznie muszą się ze sobą pokrywać.

Co by Józewski doradził nam dzisiaj?

Abyśmy robili wszystko, żeby pomóc w budowaniu ukraińskich elit i okrzepnięciu ukraińskiej państwowości.

W opozycji do Rosji?

Nawet nie w opozycji do Rosji. Chodzi o to, żeby pomysł świata bez Ukrainy był dla Ukraińców pomysłem niedopuszczalnym. Żeby dla ukraińskich elit państwowość była czymś oczywistym. Jak ujmował to Jerzy Giedroyc - notabene zarówno przed, jak i po wojnie współpracownik Józewskiego - nie przeciw Rosji, ale dla Rosji. Bo tyko istnienie silnej, niepodległej Ukrainy pomoże Rosji stać się normalnym krajem bez ambicji imperialnych. Józewski tak jak Piłsudski uważał, że największym niebezpieczeństwem jest właśnie imperializm. Bolszewicki, ale także rosyjski i polski.

Wydaje mi się, że Józewski jednak był imperialistą.

Rzeczywiście marzył o imperium, ale miało to być imperium wielonarodowej Rzeczypospolitej. Wierzył bowiem, że państwo jest na tyle elastyczną strukturą, iż można je rozszerzyć na inne narody i rozległe terytoria bez konfrontacji z nimi i próby zdominowania. Dlatego był zdecydowanym przeciwnikiem imperializmu czysto polskiego, nacjonalistycznego. Był imperialistą państwowym. 

Piotr Zychowicz



Henryk Józewski
ADM

Urodził się w 1892 roku w Kijowie. Już w gimnazjum związał się z tajnymi młodzieżowymi organizacjami niepodległościowymi. Pracę w konspiracji - tym razem w ramach związanej z PPS korporacji studenckiej Filarecja - kontynuował na Uniwersytecie Kijowskim (wydział fizyko-matematyczny). Gdy wybuchła wojna, wraz ze swoimi towarzyszami powołał do życia kijowską Komendę Naczelną III Polskiej Organizacji Wojskowej. Szybko jednak został przez władze rosyjskie zmuszony do wyjazdu w głąb Rosji, do Saratowa (ponieważ jego ojciec urodził się w Krakowie, Józewscy byli poddanymi wrogich Austro-Węgier).

Z Saratowa uwolniła go rewolucja. Do Kijowa wrócił w 1917 roku i wkrótce stanął na czele K.N. III. Wkrótce miasto zostało opanowane przez bolszewików i Józewski po raz pierwszy spotkał się wówczas z koszmarem komunizmu. Właśnie w warunkach czerwonego terroru młodzi kijowscy peowiacy zapisali swoje najbardziej heroiczne karty. Podczas wojny 1920 roku Józewski był jednym z inicjatorów porozumienia polsko-ukraińskiego. Wszedł nawet do rządu - jako minister spraw wewnętrznych - sprzymierzonej z Polską Ukraińskiej Republiki Ludowej Semena Petlury. Gdy bolszewicy podeszli pod Warszawę, Józef Piłsudski wyznaczył Józewskiego na szefa polskiej organizacji dywersyjnej, jaka miała powstać po zajęciu stolicy przez wroga. Po wojnie, aż do 1926 roku, podobnie jak wielu innych piłsudczyków, został odsunięty na margines. Poświęcił się wówczas malarstwu.

Do pracy publicznej powrócił po przewrocie majowym. Zajmował szereg wysokich stanowisk rządowych, aż wreszcie w 1928 został mianowany wojewodą wołyńskim. Funkcję tę - z roczną przerwą na objęcie stanowiska szefa MSW - pełnił przez dekadę. W 1938 roku został usunięty ze stanowiska i "zesłany" na stanowisko wojewody łódzkiego. W ten sposób zapłacił za swoją liberalną politykę prowadzoną wobec wołyńskich Ukraińców, tworzenie lokalnego samorządu, szkół i instytucji kulturalnych.

"Chodziło o wydobycie z ukraińskiego Wołynia samoistnej postawy zgodnie z przyrodzoną tradycją rozwojową życia wołyńskiego, tradycją polsko-ukraińskiej wspólnoty i wzajemnego przenikania się kultur" - pisał we wspomnieniach. Aby to osiągnąć, za pomocą tzw. Kordonu Sokalskiego odgrodził Wołyń od zdominowanej przez ukraińskich nacjonalistów Galicji. Gdy wybuchła II wojna światowa, Józewski znalazł się w ZWZ, gdzie był nawet komendantem okręgu warszawskiego. Działalność konspiracyjną kontynuował pod okupacją sowiecką. Przez wiele lat wymykał się z obław poszukującego go UB, aresztowano go dopiero w 1953 roku. Skazany na dożywocie, został jednak zwolniony po październiku 1956 roku. Do końca życia mieszkał w Warszawie, gdzie poświęcił się malarstwu. Umarł w 1981 roku. ¦

Orginal artykuły pod adresem http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070811/plus_minus_a_12.html