POLSKO-UKRAIŃSKIE "POJEDNANIE". TRAGICZNA ZAGRYWKA PAWŁOKOMĄ

Jan Lucjan Wyciślak


"W Pawłokomie spoczywa 366 Ukraińców zabitych w 1945 r. przez oddział AK Józefa Bissa "Wacława" w odwecie za uprowadzenie i zamordowanie 11 Polaków". Tej treści informacje podawane są coraz częściej przez polskie media w oparciu o komunikaty, przygotowane przez organizacje ukraińskie w sprawie upamiętnienia tamtejszych miejsc powojennych tragedii. Obok nich można spotkać podobnie tragiczne w skutkach nieprawdziwe wypowiedzi, dotyczące innych miejsc na terenie Polski. Natomiast już całkowicie przemilczane są masowe zbrodnie ludobójstwa, popełniane przez Ukraińców na Polakach z Wołynia czy też Wschodniej Małopolski.


21 marca 1945 r. 2 Samodzielny Batalion Operacyjny Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego dokonał pacyfikacji wsi Lubliniec Stary, w wyniku której zamordowano co najmniej 58 osób. Ten sam batalion 5 kwietnia dokonał napadu na wieś Gorajec (pow. lubaczowski) i zamordował co najmniej 155 osób, w tym kobiety i dzieci. Wieś obrabowano i spalono. Identycznie wojsko postąpiło 2 marca z mieszkańcami i wsią Zaliski". Pod tymi informacjami widnieją nieraz podpisy autorów z tytułami profesorskimi. Nikt tego nie prostuje - mimo, że jak wykazują dane - jednostek ludowego Wojska Polskiego wtedy w kraju nie było, bo jeszcze walczyły o Berlin i Pragę, były jedynie oddziały Czerwonej Armii.


Ukraińcy od pewnego czasu podają liczbę 365 ofiar w Pawłokomie, ponadto że wśród nich były również kobiety i dzieci. Wykorzystują tu podaną na wyrost w meldunku poakowskim liczbę około 300 rozstrzelanych banderowców, do tego dodali liczbę 65, aby to brzmiało bardziej wiarygodnie. Sprawa jest bardzo prosta do wyjaśnienia. Wystarczyło tylko dokonać ekshumacji z dwu zbiorowych mogił, aby ustalić rzeczywistą liczbę ofiar. W mogile na pewno nie ma zwłok kobiet i dzieci. Nikt tego jednak nie dokonał, ani ówczesne władze polskie ani też Ukraińcy. Na zdjęciu: montaż ukraińskich pomników w Pawłokomie.

Nic się nie zgadza

Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaś nie bardzo był polski. Dopiero próbowano powołać taką formację (wzorowaną na Wojskach Wewnętrznych NKWD) uchwałą Rady Ministrów z 26 marca 1945 r. Z powodu braku odpowiednich działań organizacyjnych, ponownie podjęto tę uchwałę 24 maja 1945 r. i rozpoczęto formowanie 15 pułków wojsk bezpieczeństwa. Wojska nadal nie było, a milicja (w jej skład na tym terenie w początkowym okresie masowo wchodzili żołnierze AK i innych organizacji niepodległościowych) całkowicie nie panowała nad sytuacją i nie zapewniała ochrony polskiej ludności cywilnej. 19 kwietnia 1945 r. rozkazem organizacyjnym Dowództwa KBW (wg Etatu nr. 0012/1-7) powołano: samodzielny batalion (późniejszy 2 batalion 1 Brygady KBW) w Górnym koło Sokołowa (woj. rzeszowskie) oraz 2 samodzielny batalion operacyjny w Lubaczowie. 16 października 1946 r. rozkazem organizacyjnym 028/E/Org. Dowódcy KBW utworzono w Rzeszowie 4 Brygadę, powołując do niej 2394 poborowych (rozpoczęto szkolenie ich przy ul. Langiewicza i Dąbrowskiego), wydzielono z nich w ramach Grupy Operacyjnej KBW "Wisła" grupy: GO "Dynów", GO "Sanok", GO "Sieniawa" i GO "Przemyśl". Od 25 maja 1945 r. do 15 maja 1947 r. oddziały KBW przeprowadziły na terenie kraju 6358 akcji przeciwko podziemnym formacjom, głównie polskiej konspiracji niepodległościowej.
12 kwietnia 1947 r. do działań przeciwko UPA sformowano w Rzeszowie Dywizję KBW, którą dowodził ppłk Wincenty Rożkowski, a od maja płk Edward Kuźmicz. Dodatkowo utworzono 3 Brygadę (d-ca ppłk Piotr Raługin), która liczyła ogółem 4528 żołnierzy. Od 24 kwietnia 1947 r. postanowiono przeznaczyć oddziały KBW do działań przeciwko UPA: 1 Brygada - Cisna, 2 Brygada - Berehy Górne, 3 Brygada -Ustrzyki Górne. (Berehy Górne i Ustrzyki Górne były wtedy na terenie ZSSR). Tak rozpoczęto akcję "Wisła".
A więc mamy zupełnie inne daty i działania, ale propagandziści z Ukrainy wszystko wiedzą lepiej. Podobnie jest również z komunikatami o Pawłokomie.

Droga do Pawłokomy

Gdy w połowie 1942 r. zaczęto tworzyć (przy współudziale Niemców) oddziały UPA na terenach okupowanej Małopolski Wschodniej, a po tamtejszych wsiach zaczęły rozchodzić się jej rozkazy, typu: "Będziemy prowadzić śmiertelną walkę z Polakami i bolszewikami, aż do wyzwolenia się z niewoli", wkrótce rozpoczęła się rzeź ludności polskiej na niespotykaną we współczesnej historii skalę. W polskich wsiach jednorazowo mordowano setki, a często i tysiące osób (Huta Stepańska, Wola Ostrowska itp.). Polskie wsie, zaskoczone tymi wydarzeniami, nie miały jeszcze zorganizowanej samoobrony. Oddziały AK były zbyt słabe, aby skutecznie walczyć z Niemcami i UPA. Na terenach nad Sanem aktywne od początku wojny elementy nacjonalistów ukraińskich nasiliły denuncjacje i donosy do niemieckich władz okupacyjnych, by ich rękami rozpocząć likwidację swoich dotychczasowych sąsiadów - Polaków. Wkrótce zaczęto obserwować, że również na terenach nad Sanem i Bugiem zaczyna powstawać UPA. Zbliżający się szybkimi krokami front sowiecko-niemiecki przyniósł częściowe uspokojenie sytuacji, bo większość oddziałów UPA przeszła w rejony środkowych Karpat, chcąc tam się schować i doczekać swobodnej możliwości działania na terenach opanowanych przez Sowietów.
Wkrótce też wraz z przesuwającym się frontem zaczęły się ich powroty. UPA - niszczone na terenach Wschodniej Małopolski przez sowiecką partyzantkę i oddziały NKWD - szukały spokoju na ziemiach "Zakierzońskiego Kraju". Fala mordów przesuwała się w kierunku obecnych granic Polski, by już wkrótce je przekroczyć. W latach 1939-1946 zginęło z rąk UPA około 160.000 ludzi, z tego 120.000 Polaków i 40.000 Ukraińców, przeciwnych polityce Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Dodać do tych strat należy mordy popełnione na Polakach przez pulki policyjne SS Galizien (byli to Ukraińcy w służbie niemieckiej) oraz sporadyczne akty zemsty Polaków na Ukraińcach.
Przy licznych tego typu wcześniejszych akcjach w marcu 1943 r. policja ukraińska złożyła kolejny donos do Gestapo. W jego wyniku czterech mieszkańców tej wsi zostało aresztowanych i osadzonych w Oświęcimiu, gdzie zginęli: Franciszek Guc, Jan Kosztowski, Andrzej Łach, oraz Anna Szpak - Ukrainka, sympatyzująca z Polakami.
Dowodzący rejonem UPA "Zachód" Mirosław Onyszkiewicz "Orest" wydał obwieszczenie, by do 6 kwietnia 1944 r. wszyscy Polacy bez wyjątków opuścili opanowane przez UPA części województw: rzeszowskiego i lubelskiego w myśl haseł: "Ukraina bude no bez Lachiw". Meldunki polskich oddziałów partyzanckich mówiły o tragicznym losie kolejnych polskich wsi, palonych zarówno nocami jak i we dnie.
W kwietniu 1944 r. policja ukraińska z Jawornika Ruskiego aresztowała pięciu mieszkańców Pawłokomy pod zarzutem przynależności do AK i posiadania broni. Aresztowanymi byli: Jan Kuś, Jan Radon, Jan Ulanowski, Maria Ulanowska i Katarzyna Kocyło oraz jeden mieszkaniec z Dylągowej. 25 kwietnia próby odbicia aresztowanych dokonał oddział AK, dowodzony przez ppor. Aleksandra Grubę ps. "Sęp". Podczas ataku na posterunek w Jaworniku Ruskim, został on spalony wraz kilkoma sąsiednimi budynkami. Zabito jednego i raniono dwu policjantów oraz zabito kilku stawiających opór Ukraińców, mieszkańców wsi, w tym sołtysa. Aresztowanych Polaków jednak nie uwolniono, ponieważ na posterunku już ich nie było. Zaginęli bez wieści. Terenowe kierownictwo AK podjęło decyzję o karaniu nacjonalistów ukraińskich współpracujących z okupantem niemieckim i podejrzanych o donosy do gestapo. W latach 1943 - 1944 wydano i wykonano wyroki śmierci na Ukraińcach: Mikołaju Lewickim, Iwanie Karpie, Iwanie Szpaku i Eugeniuszu Trojanie.
25 kwietnia 1944 r. w południe, w rewanżu za Pawłokomę, policja ukraińska i cywile z bronią otoczyli wieś Dylągową, zganiali ludność z pól do domów, zabili mężczyznę z Górnej Dylągowej a drugi został ranny. Pozostałych mężczyzn zgromadzili na Karasiówce - łącznie 150 ludzi. Udało się ich uratować jedynie dzięki interwencji oficera Wehrmachtu, sprzyjającego Polakom. Na terenach wsi nad Sanem polska ludność zaczynała tworzyć oddziały samoobrony.
W pierwszych dniach września 1944 r. przybyli ze Lwowa do Jarosławia ppłk Franciszek Rekucki "Topór", Komendant Okręgu Lwów organizacji "Nie" oraz mjr Bolesław Tomaszewski "Warta", szef sztabu Okręgu. Zaczęli organizować zgrupowanie lwowskich oddziałów leśnych "Warta" na Rzeszowszczyźnie, które miały służyć pomocą terroryzowanym mieszkańcom tych ziem i czekać z odsieczą dla Lwowa, gdyby udało się odzyskać od Sowietów tereny wschodnie. Wraz z nimi nadeszły szczegółowe wieści o krwawych poczynaniach ukraińskich nacjonalistów na Kresach.
Tymczasem oprócz mordowanej ludności zaczęli też ginąć polscy księża katoliccy. Zamordowani przez UPA zostali:
Ks. Franciszek Stańko 29 czerwca 1941 Równe (pracował w Tarnawce Piątkowej)
ks. Marcin Kędzierski - 12 czerwca 1943 Jarocin
ks. Michał Kucab - 9 luty 1944 Zarzecze
ks. Józef Chmurowicz - 19 luty 1944 (Lesko więzienie)
ks. Albin Harnaś - 21 luty 1944 Szutowa
ks. Jan Mazur - 11 lipca 1944 Tarnawka
ks. Józef Kopeć - 12 lipca 1944 Borowica
ks. Marceli Zmora - 13 lipca 1944 Husaków
ks. Franciszek Pasiak (który był poszukiwany przez UPA) - uszedł z życiem.
Ks. Józef Zuba - 16 lipca 1948 Wielowieś (zginął z rąk nacjonalistów ukraińskich).
W styczniu 1945 r. oddział UPA w sile około 60 ludzi i uprowadził ze wsi 12 mieszkańców Pawłokomy, a byli to: Stanisław Banaś, Marek Diablik, Edmund Dzióbczyński, Andrzej Łańczak, Jan Marszałek, Kacper Radon (sołtys), Antoni Trojan, Ignacy Wilk (delegat do Gminnej Rady Narodowej), Katarzyna Kosztowska (29 lat, Ukrainka sprzyjająca Polakom), dwaj nieznani milicjanci pełniący służbę w Dynowie, nieznana kobieta ok. 45 lat (przebywała w tym czasie u Antoniego Trojana). A także 3 z Dynowa - Jan Gąsecki i dwaj bracia Gierul. Wszyscy oni, 15 osób przepadło bez śladu.
W 1945 r. UPA zaczęła rozgłaszać, że będzie dążyć wszelkimi sposobami do całkowitego wypędzenia ludności polskiej także z tych terenów. Likwidowano posterunki milicji, coraz częstsze były mordy. Tereny nad Sanem, w tym teren wokół wsi Pawłokoma - gdzie w okresie międzywojennym lokalne statystyki wykazywały, że zamieszkuje ją 1.253 osoby, w tym 898 deklarowało zdecydowanie narodowość ukraińską a 273 zdecydowanie polską - zaczęły się szczególnie aktywizować. Nie tylko ukraińscy sąsiedzi wstępują do nowych formacji UPA, ale po wsiach zaczęto tworzyć zaplecze techniczne tej formacji: magazyny, fabryczki sprzętu, broni, bunkry itp.

Rozpaczliwe próby samoobrony

Polscy mieszkańcy Pawłokomy widzieli, że ani wojsko ani milicja nie stara się zapewnić im bezpieczeństwa. Wystraszeni mieszkańcy niedalekich wsi Kalwaria Pacławska i Nowosiółki Dydyńskie zaczęli pisać do "władzy" petycje, by ta przysłała wojsko, a ich samych ewakuowała za San. Wojska jednak nadal nie było a terror narastał. Komitet Wojewódzki PZPR w Rzeszowie skarżył się władzom, że nie ma wojska ani amunicji, aby chronić masowo likwidowane posterunki milicji. W ściśle tajnej instrukcji KC PPR nr 1/26/45-Z z 1945 r. zalecono: "Broń Ukraińców jest skierowana wyłącznie przeciw faszystom z AK. W porozumieniu z NKWD nie dopuszczać, aby wojsko lub milicja interweniowały w tym kierunku. Działać przy tym bardzo OSTROŻNIE".
Tymczasem 19 stycznia 1945 r. rozkazem komendanta głównego Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego nastąpiło rozwiązanie AK. Żołnierze tych oddziałów zaczęli stopniowo opuszczać szeregi leśnych oddziałów. Broniąca dotychczas ludności formacja przestawała istnieć.
Na prośbę okolicznej ludności polskiej w nocy z 1 na 2 marca 1945 r. w rejonie plebani w Dylągowej dokonano koncentracji członków polskiej samoobrony z Dynowa, Bartkówki i innych miejscowości oraz resztek poakowskiego oddziału por. Józefa Bissa "Wacława", liczącego wtedy już tylko około 40 osób.
3 marca 1945 r. przybyłe do Pawłokomy oddziały starały się uzyskać od przebywających tam mieszkańców członków UPA wiadomości, gdzie znajdują się uprowadzeni ostatnio Polacy. Okrążający wieś oddział "Wacława" osłaniał jedynie stronę wschodnią - na wypadek, gdyby Ukraińcom z Pawłokomy przyszła odsiecz UPA - ponadto mieli też za zadanie blokować ewentualną ucieczkę upowców ze wsi. Było kilka takich prób przebicia się upowców. Jednego uciekającego z bronią na pewno zastrzelono, a drugiego prawdopodobnie, kilku zaś złapano z bronią. Byli to dawni policjanci ukraińscy w służbie niemieckiej, a obecnie w służbie UPA. Kilkuosobowa grupa z oddziału "Wacława" dokonała rewizji na wieży cerkiewnej, gdzie znaleziono łuski od naboi i metalową taśmę od CKM. Przypadkowe podpalenie dwu domów ukraińskich w pobliżu cerkwi pozwoliło stwierdzić, że broń - a szczególnie amunicję i granaty - mieli Ukraińcy ukrytą w budynkach mieszkalnych. Podczas pożaru tych dwu domów kanonada rozrywających się pocisków karabinowych i granatów wskazywała, że było ich tam sporo. Podczas rozmów z Ukrainkami dowiedziano się, że UPA posiada bunkry "gdzieś na wzgórzach niedaleko Pawłokomy. Tam mają się ukrywać upowcy, tam mają magazyny żywności, broni i amunicji". Tę informację potwierdził również zatrzymany w Dylągowej Ukrainiec z dokumentami na nazwisko Teofil Szpak. Ale nie potrafił dokładnie określić, gdzie te bunkry są.
Nie mogąc otrzymać informacji o zabranych ze wsi w styczniu Polakach, oddzielono wszystkich mężczyzn, którzy byli lokalnymi członkami i współpracownikami UPA w wieku od 17 do 75 lat. Wszystkie kobiety z dziećmi pod eskortą wyprowadzono ze wsi w kierunku Piątkowej, tam zwolniono i kazano im iść na Ukrainę. Wypędzone ukraińskie kobiety z dziećmi udały się ze skargą do sowieckiego komendanta wojennego w Sanoku. Wkrótce wysłany został oddział NKWD, który dokonał w połowie kwietnia 1945 r. w Dynowie i jego rejonie aresztowania 282 Polaków, podejrzanych o udział w akcji odwetowej w Pawłokomie.
Z tej grupy 82 skazano na więzienia i łagry i zesłano w głąb ZSSR. Władze Polski Ludowej również dokonały aresztowań kilkunastu Polaków, podejrzanych o udział w akcji odwetowej w Pawłokomie. Część z nich skazano na więzienia do 6 lat. Tymczasem zatrzymanych we wsi Ukraińców - mężczyzn poddano przesłuchaniu, które sprowadzało się do dwu pytań: "Kto uprowadził Polaków - mieszkańców Pawłokomy? Jeżeli zostali zastrzeleni, to gdzie są zakopane ich zwłoki?"
Brak odpowiedzi na zadane pytania i próby pogróżek ze strony zatrzymanych sprawiły, że podjęto decyzję o rozstrzelaniu wszystkich zatrzymanych mężczyzn pochodzenia ukraińskiego. Wydzielona grupa samoobrony wyprowadziła ich na cmentarz, gdzie wykopano dwa doły. W czasie późniejszych przesłuchań na UB zeznawano, że rozstrzelano od 120 do 150 Ukraińców. Żyjący do dziś świadkowie tragedii mówią, że było ich około 80. Zwłoki zasypano ziemią. Obie te mogiły istnieją po dziś dzień. Nikt nie podjął się dotychczas ekshumacji grobów, aby dokładnie ustalić liczbę ofiar. Nikt nie słucha żyjących jeszcze polskich świadków wydarzeń, liczą się natomiast tylko informacje ukraińskie.

Dalsze mordy ukraińskie na Polakach

W czerwcu 1945 r. powstał w Rzeszowie Wojewódzki Komitet do Walki z Bandytyzmem, w składzie: przewodniczący - wojewoda podkarpacki, członkowie - zastępca d-cy 9 DP, Jan Mirek - członek PPS, Piotr Świetlik -członek SL, Stefania Romaniuk - sekretarz KW PPR, szef WUBP - Władysław Sobczyński. To głównie od nich pochodzi informacja o zastrzeleniu "300 mieszkańców Pawłokomy". Polskich ofiar pogromów nie zdążono jeszcze policzyć. 21 kwietnia 1945 r. w odwecie za udział mieszkańców w napadzie na Pawłokomę została spalona przez oddziały ukraińskie wieś Borownica. Zabito tam co najmniej 27 osób.
18 maja oddziały UPA napadły na wsie Radków, Jachowce, Rzeplin i Posadów, w których spalono większość zabudowań i zabito około 60 osób.
7 lipca 1945 roku została zamordowana przez miejscowych "striłciw" z SKW "Smicha" i "Jastruba" Polka Karolina Kaszycka, powracająca z przymusowych robót z Niemiec.
3 października 1945 r. sotnie UPA "Hromenki" i "Buriaki" spaliły wsie: Dylągowa, Bartkówka, Jączki, Sielnicę.
W nocy z 4 na 5 października 1945 r. bojówki UPA dokonały napadu na Pawłokomę, zasiedloną po likwidacji Ukraińców Polakami. Spaliły większość budynków polskich i poukraińskich oraz zamordowały 5 napotkanych Polaków.
W dniu 12 lutego 1946 r. w nocy banda UPA uprowadziła z Pawłokomy 13 osób. Z grupy tej zwolniła - z nieustalonych przyczyn - czteroosobową rodzinę Fedzugów, a jednej osobie Emilowi Michalikowi udało się uciec i dzięki temu ocalał. Pozostałych 8 osób zostało zamordowanych w rejonie Woli Wołodzkiej. Byli to: Jan Marszałek 37 lat, Józef Pantol 25 lat, Władysław Ulanowski 24 lata, Andrzej Żańczak 45 lat.
W marcu 1946 roku zostało zamordowanych trzech mieszkańców Pawłokomy, (którzy mieszkali czasowo po zachodniej stronie Sanu).
23 października 1946 roku podczas napadu bojówki UPA został zastrzelony w czasie ucieczki Ludwik Potoczny. Natomiast Józefa Łach (12 lat) i Zbigniew Biela (około 11 lat) - utopili się w Sanie podczas ucieczki.
Strona polska przystąpiła jednak do kontruderzeń i 15 kwietnia oddział Batalionów Chłopskich przeprowadził antyupowską akcję w Małkowie, 17 kwietnia połączone oddziały Narodowej Organizacji Wojskowej "Mewy" i "Wołyniaka" zastrzeliły - według źródeł ukraińskich - co najmniej 358 mieszkańców wsi Piskorowice. Polskie źródła podają liczbę 140 osób, w tym 10 Polaków. 6 czerwca oddziały Narodowych Sił Zbrojnych "Szarego", "Sokoła", "Zemsty", "Romana" i "Jacka" dokonały pacyfikacji wsi Wierzchowiny. Do dziś nie można ustalić tam prawdziwej liczby ofiar i przebiegu wypadków, ale po tym UPA poczuła strach. Likwidowano jej zaplecze, więc organizacja przestała czuć się bezpiecznie.
W miesiącach kwiecień - maj 1945 r. w Siedliskach i Rudzie Różanieckiej UPA (zmuszona tymi wydarzeniami) rozpoczęła rozmowy z przedstawicielami WiN i resztkami poakowskiego zgrupowania "Warta". Ich efektem było polsko-ukraińskie zawieszenie broni. Do wielu wsi, za wyjątkiem Pawłokomy, bardzo powoli zaczęło powracać poczucie bezpieczeństwa.

Efekty "pojednania"

Polityczny cel, zamierzony przez współczesne organizacje ukraińskie, kultywujące dzieje UPA, zostaje powoli osiągany. Liczne komunikaty o rzekomych zbrodniach AK wykazują, że Armia Krajowa to bandyci, pacyfikujący ukraińskie wsie i ludność cywilną. W ten sposób stawia się w Polsce znak równości między Armią Krajową, którą alianci uznali za formację kombatancką a zbrodniczą UPA. Strona polska przystępująca do porozumienia dotychczas nawet nie chciała policzyć i określić imiennie polskich ofiar upowskich mordów. To tylko w II Rzeczpospolitej za obrażanie honoru polskiej armii karano więzieniem. Dziś można to robić bezkarnie.
W wyniku obecnego "pojednania" polsko-ukraińskiego postanowiono na żądanie strony ukraińskiej upamiętnić nie tylko ofiary w Pawłokomie. Organizacje ukraińskie w kolejności dążą do dalszych tego typu pomników podając dowolnie duże, przez nikogo nie udokumentowane liczby ofiar w kolejnych miejscach. Podczas obecności w polskim rządzie Janusza Onyszkiewicza i Jacka Kuronia zawieszono uchwalanie przygotowanej już ustawy, potępiającej zbrodnie Ukraińskiej Powstańczej Armii.

** ** **
Setki postawionych dotychczas nielegalnie w Polsce wschodniej pomników upamiętniających "bohaterów" z UPA mają pozostać nienaruszone. Wystąpiono oficjalnie z pismem o likwidację wszystkich pomników, postawionych polskim milicjantom poległym w walkach z UPA, jako "upamiętnieniom okresu komunistycznego niegodnym dalszego zachowania". Efektem propozycji porozumieniowych polsko-ukraińskich jest pismo domagające się budowy w Rzeszowie cerkwi prawosławnej (autokefalicznej) w okolicach dawnej Ruskiej Wsi, jako miejscowości zamieszkałej podobno niegdyś (w XV wieku!)  przez Ukraińców. Postanowiono również, że w XVIII-wiecznym katolickim dotychczas kościółku pod wezwaniem św. Trójcy w Rzeszowie, obecny wiekowy ołtarz zostanie zastąpiony ikonostasem. Zapadły już takie decyzje.
W przygotowaniu są dalsze propozycje. Tymczasem nie został nawet dokończony Cmentarz Lwowskich Orląt (którego wygląd i tak rażąco odbiega od stanu przedwojennego - usunięto na skutek żądań ukraińskich część polskich symboli i zmieniono treść napisów), mimo to został pośpiesznie otwarty na skutek starań Andrzeja Przewoźnika i Aleksandra Kwaśniewskiego. O reszcie nawet się nie wspomina. Biedne polskie stowarzyszenia, jak choćby "Pamięć" z Nadwórnej na Ukrainie, porządkujące dawne polskie kresowe cmentarze - na próżno zabiegają o jakiekolwiek środki finansowe na swoją działalność. Jak na razie takie są realne dotychczasowe efekty fałszywego "pojednania".

Źródło: http://www.polskiejutro.com/





Pojednanie – emocje i fakty
Jerzy HAWRYLUK



13 maja prezydenci Polski i Ukrainy dokonali uroczystego otwarcia pomnika poświęconego 366 zamordowanym w 1945 roku ukraińskim mieszkańcom Pawłokomy – wsi nad Sanem, położonej około 40 km na zachód od Przemyśla. Wydarzenie to, określone na stronie internetowej prezydenta Lecha Kaczyńskiego jako “polsko-ukraiński gest pojednania”, zakończyło podjęte jesienią 1989 roku, zaraz po zmianie władzy w Polsce, starania byłych ukraińskich mieszkańców wsi o godne upamiętnienie ofiar mordu. Przez długi czas rozbijały się one o nieprzychylną, a nawet wrogą postawę mieszkających tu obecnie Polaków i władz samorządowych (ówczesną atmosferę przedstawił Paweł Smoleński w reportażu “Cichaj Dionizy!”, opublikowanym 28.02.1998 r. w “Gazecie Wyborczej”, a w 2001 r. w jego zbiorze “Pochówek dla rezuna”). Jedynym, co udało się wówczas osiągnąć było uporządkowanie i ogrodzenie cmentarza, na którym dokonywano egzekucji i w trzech zbiorowych grobach pochowano większość zabitych. Zmianę sytuacji przyniosły dopiero ostatnie lata. Zaczęło się właściwie od listu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do uczestników zorganizowanej przez Instytut Pamięci Narodowej konferencji naukowej poświęconej 55-leciu Akcji “Wisła” (kwiecień 2002 r.), w którym w imieniu Rzeczypospolitej wyraził on ubolewanie wszystkim tym, którzy ucierpieli w wyniku haniebnych działań ówczesnych władz polskich. Po nim przyszły kolejne gesty z udziałem prezydentów obu państw, odzwierciedlające złożoność ukraińsko-polskich stosunków w pierwszej połowie XX w. – uroczystości w Pawliwce-Porycku, upamiętniające polskie ofiary tzw. rzezi wołyńskiej (lipiec 2003 r.) oraz otwarcie odnowionego Cmentarza Orląt i pomnika żołnierzy Ukraińskiej Armii Halickiej we Lwowie (czerwiec 2005). Trzeba tu też wspomnieć o liście skierowanym przez prezydenta A. Kwaśniewskiego do uczestników, raczej nie nagłośnionej przez media, kanonizacji przez Cerkiew prawosławną duchownych-Ukraińców, którzy zginęli z rąk polskiego podziemia na Chełmszczyźnie w latach 1943-1945 (Chełm, czerwiec 2003 r.). Kolejnym ogniwem w łańcuchu symbolicznych gestów pojednania stały się uroczystości w Pawłokomie. Korespondent kijowskiego dziennika “Ukrajina Mołoda” w relacji z Pawłokomy podkreślał: To był wielki dzień. Polska uznała zbrodnię w Pawłokomie i uczciła z Ukraińcami jej ofiary – ofiary polskiego oręża... Stało się to po raz pierwszy w historii. Do tego problemu odwołują się też dziennikarze krakowskiego “Tygodnika Powszechnego”, pisząc: Dla Polaków Pawłokoma to kolejna po Jedwabnem trudna lekcja historii. Tym razem odbyła się bez wielkiej dyskusji w mediach. Może tamta debata uświadomiła nam, że nie warto kłócić się o fakty. (...) W pewnym sensie Polakom trud przyznania się do odpowiedzialności ułatwiał fakt, że w Pawłokomie wcześniej zginęli Polacy. Obustronne przyznanie się do winy i proszenie o wybaczenie jest łatwiejsze. Rzeczywiście, “znieczulający” wątek, że to “nacjonaliści ukraińscy” swoimi działaniami sprowokowali nieszczęście, powtarzał się w różnych wariantach. W niemal wszystkich relacjach prasowych można bowiem napotkać stwierdzenia w rodzaju: Wiadomo, że był to odwet za uprowadzenie i zamordowanie przez ukraińskich nacjonalistów dziewięciu Polaków, czy: W polsko-ukraińskich walkach zginęło wówczas 366 Ukraińców, zabitych w odwecie za uprowadzenie i zamordowanie 11 Polaków. Motyw ten utrwalony też został na krzyżu postawionym z inicjatywy miejscowej społeczności przy pawłokomskim kościele, który opatrzono inskrypcją: Pamięci Polaków, mieszkańców wsi Pawłokoma, którzy w latach 1939-1945 ponieśli śmierć z rąk ukraińskich nacjonalistów oraz zmarli na “nieludzkiej ziemi” (w wywiadach udzielonych prasie sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa sugeruje, że zaakceptowanie tak właśnie zredagowanego napisu było ceną za zgodę mieszkańców wsi na postawienie ukraińskiego pomnika). Możliwe, że gdy rozgrywały się te tragiczne wydarzenia, polscy mieszkańcy Pawłokomy rzeczywiście byli przekonani, że to oddział UPA uprowadził i zamordował kilkoro ich rodaków (a do tego jeszcze jedną Ukrainkę). Jednak fakty przedstawione przez Eugeniusza Misiłę, historyka specjalizującego się w dziejach stosunków polsko-ukraińskich w latach 40. podważają twierdzenie, że sprawcami było rzeczywiście ukraińskie podziemie (patrz jego artykuł “Pawłokoma 3 III 1945”). Poza tym zrozumieniu istoty ówczesnych wydarzeń nie służy przedstawianie tragedii Pawłokomy jako incydentalnego odwetu za domniemane przewiny UPA, a nie jednego z pierwszych aktów swego rodzaju ofensywy polskiego podziemia antykomunistycznego, które terrorem wsparło prowadzoną przez rząd komunistyczny “repatriację”, a w rzeczywistości deportację nadsańskich Ukraińców za nową wschodnią granicę Polski (ten sam oddział, który napadł na Pawłokomę, 4 dni później zaatakował inną wieś w okolicy, a jeden z jego członków zeznał później, że po to, aby wypędzić zamieszkałych tam Ukraińców, którzy nie chcieli sami wyjechać na wschód). Bez wszelkiej wątpliwości UPA na scenie pawłokomskiej tragedii pojawiła się jesienią 1945 r. – paląc pozbawione swoich ukraińskich właścicieli gospodarstwa, a także, w odwecie, gospodarstwa Polaków, z których wielu, znanych z imienia, brało aktywny udział w mordowaniu swoich sąsiadów i grabieży. W publikacjach prasowych o tym się nie wspomina, może dlatego, że taka forma represji za masowy mord nijak nie pasuje do stereotypowego obrazu “banderowca” – krwawego mordercy? Ale, wracając do współczesności, wydaje się, że gdyby nawet okazało się, że napis na krzyżu odpowiada prawdzie historycznej, to i tak, przez swoje sformułowanie, a tym bardziej w zestawieniu z inskrypcją na pomniku poświęconym zamordowanym Ukraińcom (Вічная пам’ять 366 жертвам трагічно загиблим 1-3 березня 1945 року в селі Пaвлокомі – Wieczna pamięć 366 ofiarom, które tragicznie zginęły we wsi Pawłokomie 1-3 marca 1945), pozostawałby on w jaskrawej sprzeczności nie tylko z ideą wzajemnego pojednania, ale i zwykłego taktu. Złośliwi mogliby powiedzieć, że jest to kolejny sukces tych, którzy polsko-ukraińskie pojednanie widzą wg schematu “Wy nas przeproście, a my wam wybaczymy!”. Napis ten, chociaż w chwili składania pod krzyżem wieńców przez obu prezydentów był wstydliwie zasłonięty biało-czerwoną wstęgą, nie uszedł uwadze obecnych tam Ukraińców z obu stron granicy (patrz komentarz dra A. Kolańczuka z przemyskiego Południowo-Wschodniego Instytutu Naukowego). Widzieli go też oczywiście dziennikarze prasy i serwisów internetowych z Ukrainy, w większości ze Lwowa, określając w swych komentarzach jako obraźliwy i skandaliczny, godzący w samą ideę pojednania. Swoją dezaprobatę wyrazili również deputowani Rady Miejskiej Lwowa, w tym należący do największych frakcji – “Naszej Ukrainy” i Bloku Julii Tymoszenko. Także niektórzy polscy publicyści zwrócili uwagę nie tylko na kwestię napisów, ale i na inne “słabe strony” uroczystości w Pawłokomie. I tak felietonista “Gazety Wyborczej”, podkreślając, że prezydentowi Kaczyńskiemu należą się słowa uznania za dobre wystąpienie i wolę dalszego pogłębiania stosunków z Ukrainą, stwierdził, że zabrakło niezbędnego w takich okoliczności patosu i czasu na chwilę zadumy, program okrojono do minimum i zrealizowano w pośpiechu, nie pozwalając nawet na zabranie głosu przedstawicielowi niegdysiejszych ukraińskich mieszkańców wsi (w 2003 r. w Pawliwce takie polskie wystąpienie było). Cóż, wychodzi na to, że pięknie wyglądające w telewizyjnych relacjach “jabłko pojednania”, przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się nieco robaczywe. Właściwie nie powinno to dziwić, bo przecież gesty pojednania, do których należy i odsłonięcie pomnika w Pawłokomie, są w jakiejś mierze odpowiedzią na żądania tych polskich środowisk, które zimą-wiosną 2003 roku chciały wymusić na prezydencie Ukrainy jednostronne przeprosiny za śmierć Polaków na Wołyniu w 1943 r. Nadal więc, obok rzeczywistego pragnienia do zrozumienia błędów przeszłości i wynikających z nich wzajemnych krzywd i win, wiele jest prób “pojednania – ale po naszemu, bo...”. Wszystko to nie zmienia oczywiście faktu, że prezydenckie spotkania przy ukraińskich i polskich pomnikach są potrzebne – przede wszystkim po to, aby uświadomić ogółowi po obu stronach “linii Curzona”, że pewnych spraw z przeszłości nie da się “zamieść pod dywan”, usprawiedliwiając okolicznościami walki o wolność. Jednak w budowaniu powszechnej świadomości potrzebna jest także, a może nawet bardziej, solidna i uczciwa praca historyków, którzy powinni jak najdokładniej ustalić nie tylko rzeczywisty przebieg konkretnych wydarzeń, ale i całe dziejowe tło, które do nich doprowadziło. W przypadku Pawłokomy pracę taką podjął m.in. wspomniany już E. Misiło, wydając w br. dwie publikacje – tom wspomnień byłych mieszkańców Pawłokomy, którzy uszli życiem “Даровано життя, щоб правду розказати” (“Darowano życie, żeby opowiedzieć prawdę”, wspólnie z Marią Pańkiw) oraz zbiór archiwaliów “Pawłokoma 3 III 1945”. Śmierć 366 mieszkańców Pawłokomy stała się jednym z tragicznych symboli w powojennych stosunkach polsko-ukraińskich – pisze historyk we wstępie do drugiej z publikacji. – Symbolem, który pomimo całego tragizmu może stać się ważnym etapem na drodze pojednania. Dlatego też dyskusja wokół pawłokomskiej zbrodni, która tak naprawdę dopiero się zaczyna, wymaga dużej rozwagi i odpowiedzialności za słowa, a przede wszystkim poszukiwania dokumentów, które w sposób rzetelny pokazują racje obu stron, podejmują próbę poszukiwania odpowiedzi na cały szereg pytań i wątpliwości, jakie pojawiają się w tej sprawie. W innym zaś miejscu dodaje, że każde pojednanie winno poprzedzić powiedzenie sobie prawdy, nawet jeśli będzie ona bolesna dla którejś ze stron. Obserwując dyskusje wokół wydarzeń z lat 40. widać wyraźnie, że prawda, bolesna dla obu stron – ofiary i oprawcy byli bowiem i tu, i tu – do dzisiaj wywołuje emocje. Tym bardziej ważne są rzetelnie przedstawione fakty, bo tylko one pozwolą zrozumieć zawikłaną historię pierwszej połowy minionego już stulecia. Jest też potrzebna wola zrozumienia drugiej strony – motywów działania niegdyś i odczuć dzisiaj. Albowiem bez tego zrozumienia tak potrzebne pojednanie okaże się tylko zbiorem gestów przy pomnikach. Jerzy HAWRYLUK

№3(85) травень-червень (maj-czerwiec), 2006

Artykuł dostępny pod adresem:Ukraińskie Pismo Podlasia "Nad Buhom i Narwoju"




Pawłokoma 3 III 1945
Eugeniusz MISIŁO



Sądny dzień W nocy z 2 na 3 marca 1945 r. ukraińską wieś Pawłokoma w powiecie brzozowskim otoczyło kilkuset uzbrojonych żołnierzy Armii Krajowej pod dowództwem Józefa Bissa ps. “Wacław”. O świcie, na umówiony sygnał, ruszyli do ataku. Na ich widok większość mieszkańców opuściła w popłochu swoje domostwa, szukając schronienia w pawłokomskiej cerkwi, w nadziei, że jej mury i sacrum obronią ich przed złem. Część zaś, głównie mężczyźni i starzy ludzie, pozostała w domach lub próbowała kryć się w prowizorycznych kryjówkach, urządzonych w budynkach gospodarczych. Żołnierze AK, zaciskając coraz szczelniej pierścień wokół Pawłokomy, zbliżali się do jej centrum. Wedle relacji świadków, niemalże wszystkie osoby napotykane po drodze zabijano na miejscu. W tej fazie akcji zastrzelono co najmniej 50 osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Zamordowano wtedy również niemalże wszystkich Ukraińców mieszkających na tzw. przysiółkach. Ich ciała leżały nie pochowane jeszcze przez wiele tygodni. Gdy wieś została już opanowana przez żołnierzy AK, do Pawłokomy zaczęły podążać kolumny wozów, którymi jechali Polacy z Dynowa oraz sąsiednich wsi: Dylągowej, Bartkówki i Sielnicy. Jechali na rabunek. Ukraińców znalezionych w kryjówkach zabijano lub pędzono do cerkwi albo Narodnioho Domu, w którym mieściła się czytelnia i świetlica Towarzystwa “Proswita” im. Tarasa Szewczenki. Tam poddawano ich selekcji: mężczyzn, kobiety i dzieci w wieku powyżej siedmiu, wg innych źródeł – 10 lat, wyprowadzano na zewnątrz i pędzono na stary, nieczynny już, cmentarz greckokatolicki, ustawiano na wykopanymi dołami i rozstrzeliwano. Jedynie matki z małymi dziećmi, łącznie około 40 osób, pod konwojem kilku uzbrojonych mężczyzn doprowadzono do najbliższej ukraińskiej wsi Siedliska. Dalej, pod groźbą śmierci, mieli iść już sami – “na Ukrainę, za Zbrucz”. Przyczyna czy pretekst Jako bezpośrednią przyczynę przeprowadzenia akcji na Pawłokomę podaje się uprowadzenie w dniu 21 stycznia 1945 r. (wg innych relacji było to na początku lutego) siedmiu Polaków przez nieznany oddział UPA. Jednak Ukraińcy, mieszkańcy wsi, twierdzą, że był to oddział sowiecki, na co, ich zdaniem, miało wskazywać jednolite umundurowanie i uzbrojenie, typowe dla żołnierzy formacji NKWD (wcześniej podobny liczebnie oddział Armii Czerwonej stacjonował w Pawłokomie przez kilka miesięcy). Historia z oddziałem UPA, który miałby przybyć do Pawłokomy, by uprowadzić siedmiu Polaków, wymagać będzie rzetelnych badań, głównie w oparciu o źródła UPA i NKWD. Niemniej już dziś można pokusić się o stwierdzenie, że ta wersja uprowadzenia Polaków może okazać się trudna do obronienia. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w styczniu-marcu 1945 r. na tym terenie nie było żadnego zwartego oddziału UPA, a już z całą pewnością takiego, który liczyłby 60 żołnierzy, na dodatek jednolicie uzbrojonych i umundurowanych. Wszystkie sotnie UPA, które sformowano latem 1944 r., z uwagi na ogromną koncentrację wojsk radzieckich przed styczniową ofensywą, po powrocie z zimowego rajdu karpackiego przebywały w tym czasie jeszcze daleko w masywach górskich Beskidu lub zostały rozformowane. W okolicznych wsiach ukraińskich istniały wyłącznie nieliczne i słabo uzbrojone oddziały samoobrony. Oddziały UPA zapuściły się w rejon Pawłokomy po raz pierwszy i ostatni dopiero w październiku 1945 r. i tylko po to, by ją spalić i wypędzić Polaków, którzy zdążyli zasiedlić domy po wymordowanych Ukraińcach. I kwestia najistotniejsza: jaki cel – militarny lub propagandowy – miała wyprawa UPA do Pawłokomy, zakończona uprowadzeniem siedmiu Polaków i jednej kobiety – Ukrainki, z których najważniejszą funkcję pełnił sołtys, a dwóch mieszkańców Dynowa znalazło się w tej wsi zupełnie przypadkowo, wioząc mąkę na wesele? Wystarczy spojrzeć na mapę, by stwierdzić, że upowcy musieliby pokonać kilkanaście kilometrów przez teren, na którym znajdowały się wsie zamieszkałe wyłącznie przez ludność polską, w których stacjonowały silne miejscowe oddziały AK. Uprowadzenia dokonał najprawdopodobniej oddział NKWD stacjonujący w Sanoku, który wielokrotnie zapuszczał się w ten teren, stanowiący do niedawna bezpośrednie zaplecze frontu. W dwa tygodnie po ataku na Pawłokomę prawdopodobnie ten sam oddział pojawił się w rejonie Dynowa. Wzięty przez pomyłkę za UPA został zaatakowany przez kompanię “Wacława”. Pomyłka wyszła na jaw dopiero po kilkugodzinnym boju. Zatem był to pretekst. Odwet za uprowadzenie Polaków z Pawłokomy wzięto już wcześniej i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, kiedy 22 lutego 1945 r. milicja z Brzozowa aresztowała jako zakładników 11 mężczyzn – Ukraińców z Pawłokomy. Poddani brutalnemu śledztwu, celem ustalenia miejsca pobytu uprowadzonych Polaków, nigdy już nie powrócili do rodzinnej wsi, najprawdopodobniej zamordowani w drodze powrotnej. W tym samym czasie dowództwo rzeszowskiej organizacji AK wydało rozkaz zlikwidowania w odwecie zamożnej ukraińskiej rodziny Prokopów z Dynowa. Zastrzelono 8 osób, a więc dokładnie tyle, ile uprowadzono w Pawłokomie, w tym troje dzieci, z których najstarsze miało 4 lata. Ich ciała wrzucono do nieczynnej studni na rynku w Dynowie i do Sanu. W egzekucji brali udział m.in. bracia uprowadzonych dynowian. Był to więc rodzaj rodzinnej wendetty. Wszystko wskazuje na to, że atak na Pawłokomę, podobnie jak i dokonane w tym samym czasie akcje na szereg innych ukraińskich wsi położonych nad Sanem, miał bezpośredni związek z rozpoczętą właśnie na tym terenie akcją przesiedlania zamieszkałej tu ludności ukraińskiej na Radziecką Ukrainę, a tajemnicze zniknięcie kilku Polaków wykorzystano jako znakomity pretekst do oczyszczenia tego terenu z Ukraińców. Los, jaki spotkał mieszkańców Pawłokomy, wsi otoczonej ze wszystkich stron miejscowościami zamieszkałymi przez ludność polską, trwającej tam od stuleci wbrew logice, jakby na przekór historii, miał być bolesnym ostrzeżeniem dla tych, którzy jeszcze wahali się przed podjęciem decyzji o zbiorowym wyjeździe do USRR. Ataki trwały przez cały marzec aż do kwietnia, kiedy to doszło do podpisania porozumienia między podziemiem polskim i ukraińskim, które na pewien czas powstrzymało dalsze walki. Nie chodziło zatem tylko o Pawłokomę, ale o zaplanowaną wcześniej i dobrze zorganizowaną akcję ataków na cały szereg wsie ukraińskich położonych w kilku sąsiednich powiatach. Tragiczny los, jaki spotkał Ukraińców Pawłokomy, a w kilka dni później sąsiedniej Łubny i dziesiątków innych wsi Nadsania, oraz przymusowe, czasami wręcz brutalne wysiedlanie ludności ukraińskiej w latach 1944-1946, zapoczątkowały proces ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej w Polsce. Jej finałem miała być już tylko Akcja “Wisła”. To właśnie w tym kontekście należy rozpatrywać sprawę genezy ataku oddziałów Armii Krajowej na Pawłokomę. Przygotowania Kulisy tajnych przygotowań do akcji na Pawłokomę oraz narad z udziałem delegatów ludności polskiej z Pawłokomy i okolicznych wsi ujawnił podczas procesu por. Józef Biss ps. “Wacław”, dowódca kompanii AK, która w 1944 r. przybyła na ten teren z rejonu Lwowa: Przy opracowywaniu projektu akcji było nas pięciu lub sześciu ludzi. Byłem ja, d-ca placówki AK Dynów, dwóch delegatów z O.B. 5 [chodzi o dowództwo Obwodu Rzeszowskiego AK] i jeszcze ktoś. (...) O akcji w Pawłokomie nie mogłem sam decydować, chociażby z tego względu, że znajdowałem się z oddziałem w obcym terenie. Musiałem więc uzgadniać wszystko z przedstawicielami miejscowymi. (...) Oprócz mojego oddziału miała brać udział w tej akcji miejscowa samoobrona i samoobrona z Dynowa. Łącznie miało brać udział około 250 ludzi, w tym mój oddział liczący 60 ludzi. Jak ma przebiegać akcja i jaki jest jej cel, tego wyraźnie nie omawiano. Było powiedziane tylko, że jest to akcja odwetowa polegająca na tym, aby wszystkich mężczyzn Ukraińców w gromadzie Pawłokoma zatrzymać, a następnie zlikwidować. Zaznaczono przy tym, że należy złapać wszystkich mężczyzn począwszy od lat piętnastu w górę za wyjątkiem niedołężnych starców. (...) W przeddzień akcji na Pawłokomę odbyła się odprawa wszystkich członków miejscowych organizacji AK oraz samoobrony. Narada odbyła się w świetlicy w Dynowie. Z Dylągowej i Sielnicy mogło być na tej odprawie około 200 osób. Na tej odprawie była mowa, że w Pawłokomie stacjonuje oddział UPA. Rozkaz przeprowadzenia akcji był przedstawiony w tym świetle, że w Pawłokomie są banderowcy, których należy schwytać. Mowy o masowej akcji eksterminacyjnej nie było, ale “doły” o tym nie wiedziały. Na stosowne pytanie przewodniczącego: czy była wydana konkretna decyzja na odprawie, co należy zrobić w Pawłokomie? – świadek zeznaje: na odprawie miejscowi członkowie AK domagali się zlikwidowania nie tylko samych członków bandy UPA, ale wszystkich Ukraińców, aby w ten sposób usunąć niebezpieczeństwo. W trakcie procesu Biss próbował zrzucić odpowiedzialność za masowy mord w Pawłokomie na członków dynowskiej organizacji AK i, jak się wyraził, “doły”, czyli ludność polską z okolicznych wsi. Była to jednak obrona nieudolna. Zeznania jego byłych podkomendnych świadczą o tym, że to wyłącznie on dowodził akcją, a jego dwa plutony odegrały w niej kluczową rolę: pierwszy przeprowadzał selekcję schwytanej ludności, a drugi dokonywał egzekucji. On też osobiście od samego początku akcji nadzorował zarówno selekcję, jak i egzekucję na cmentarzu. Na podstawie wspomnień mieszkańców wsi i odnalezionych materiałów śledczych można dziś już dość szczegółowo odtworzyć przebieg wydarzeń, które nastąpiły w Pawłokomie. Wynika z nich jednoznacznie, że akcję w dniu 3 marca 1945 r. poprzedziło kilka wcześniejszych ataków, które był czymś w rodzaju rozpoznania bojem, pozwalającym sprawdzić czy Ukraińcy w Pawłokomie posiadają broń i będą stawiać opór. Do pierwszego większego napadu doszło prawdopodobnie 28 lutego. Zamordowano wówczas około 13 osób. 1 marca zaatakowano górną część wsi zwaną “Zahora” i przysiółki. Tego dnia zastrzelono kolejnych kilkanaście osób, a według innych relacji nawet kilkadziesiąt. W międzyczasie, zgodnie z decyzją podjętą na naradzie w Dynowie, Pawłokomę opuściły wszystkie rodziny polskie. Ten ostatni atak utwierdził Polaków, że w Pawłokomie, wbrew rozsiewanym plotkom, nie ma żadnego oddziału UPA. Wieś była bezbronna. Egzekucja Główna akcja rozpoczęła się 3 marca o godz. 4 nad ranem. Kiedy okazało się, że we wsi, wbrew oczekiwaniom, nie napotkano żadnego zbrojnego oporu i nie ma tu żadnej “bandy UPA”, rozpoczęły się przygotowania do największej i najbardziej brutalnej zbiorowej egzekucji, jakiej dokonano po wojnie na terenie Polski. Zabijać miano systematycznie, bez zbędnego pośpiechu, z wyraźnym podziałem zadań i ról między tych, którzy dokonywali planowej selekcji, sprawdzali narodowość, wyznanie, badali metryki chrztu, i tych, którzy dokonywali egzekucji. Miejscem, w którym dokonywano selekcji przyszłych ofiar przed ich egzekucją, była pawłokomska cerkiew. Tu również ludzi przesłuchiwano, poddawano brutalnym torturom i niestety zabijano. W sposób szczególnie drastyczny zamordowano greckokatolickiego proboszcza Pawłokomy, ks. Łemcio. Jak zeznają świadkowie najpierw włóczono go wokół cerkwi za koniem, później okręcono kolczastym drutem i, jak zeznała mieszkanka Pawłokomy Anna Radoń, “bito cepami młócąc jak snopek zboża” tak długo, póki nie skonał. Podłoga i ściany cerkwi były zbryzgane krwią. Potem wójt Dynowa polecił zmyć krew w związku z zapowiadanym przyjazdem do Pawłokomy jakiejś komisji. W 1963 r. cerkiew zburzono, równając ją ziemią. Na miejsce straceń wybrano nieczynny już cmentarz greckokatolicki. Egzekucji dokonywali żołnierze AK z plutonu Tadeusza Kowala ps. “Szary”. Ofiary zabijano przeważnie strzałem w tył głowy. Kiedy skończyli już ze starymi – pisze w swoich wspomnieniach Włodzimierz Fedak, jedyny naoczny świadek egzekucji, który ją przeżył – wzięli się za nas, za dzieci. Brali pojedynczo. Kiedy dziecko miało ładne ubranko albo buty, kazali wszystko zrzucić z siebie. Potem stawiali takie dziecko na brzegu jamy, po obu bokach której stało dwóch bandytów z automatami – pepeszami. I oni po kolei, raz jeden, raz drugi, pojedynczymi strzałami posyłali kolejną ofiarę do tej jamy. Wszystko to działo się na naszych oczach. Słyszeliśmy i widzieliśmy, jak po każdym strzale kolejna ofiara wpadała do jamy. W zależności od źródeł podaje się, że w Pawłokomie zamordowano od 366 do 500 osób. Pełnej liczby ofiar być może nie poznamy już nigdy. Przede wszystkim dlatego, że w dniu pacyfikacji Pawłokomy nikt ich nie liczył. Profesor Petro Poticznyj podaje w swojej książce 366 nazwisk zamordowanych, ale w tej liczbie są zarówno osoby, które zginęły podczas wcześniejszych napadów w lutym i marcu, jak i kilka osób zastrzelonych po 3 marca 1945 r., głównie ci, którzy przybyli do Pawłokomy w kilka dni po masakrze, nie wiedząc o niej, nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa. Z kolei zarówno sam por. Józef Biss, jak i jego podkomendni przyznawali się początkowo do zastrzelenia co najwyżej 80 osób i to wyłącznie mężczyzn. W trakcie procesu J. Biss zeznał, że osobiście dopilnował, by wszystkie kobiety i dzieci mogły bezpiecznie opuścić wieś. Fakt zwolnienia grupy kobiet i małych dzieci potwierdzają również sami Ukraińcy. Według ich relacji takich osób było jednak nie więcej niż 40. Ponadto dwie kobiety i małe dziecko z tej grupy zostały po drodze zastrzelone przez eskortę. Ich ciała porzucono w przydrożnym rowie. Biss zapomniał też powiedzieć o jednym drobnym szczególe, a mianowicie, że wszystkie kobiety i dzieci wypędzono z Pawłokomy niemalże nagie i bose. Tego dnia spadł obfity śnieg, a droga była jeszcze oblodzona. Kilka kobiet z najcięższymi odmrożeniami trafiło do szpitala w Przemyślu. Epilog Na początku września 1945 r. większość z tych, którzy ocaleli z masakry, została wysiedlona przymusowo przez wojsko do USRR, głównie do obwodu tarnopolskiego. Kilkanaście rodzin, które uniknęły wywózki na Wschód, w maju 1947 r. deportowano w ramach Akcji “Wisła” na poniemieckie ziemie północnej Polski. Dwie osoby trafiły za druty obozu koncentracyjnego w Jaworznie. Dokładnie siedem miesięcy po mordzie, 3 października 1945 r., Pawłokomę otoczyła sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem “Barona”. Miejscowych Polaków i tych, którzy w międzyczasie zasiedlili poukraińskie gospodarstwa, wypędzono przez San do Dynowa, a wieś spalono. Tak oto dobiegła kresu 500-letnia historia istnienia Pawłokomy, jednej z setek ukraińskich wsi Zakerzonia. Przez następne lata jedynym niemym świadkiem tragedii, jaka się tutaj rozegrała, była cerkiew i porastające trawą mogiły. Jednak w 1963 r. cerkiew zburzono po sam fundament, a zaniedbany cmentarz zaczął z czasem popadać w ruinę. Na wiele lat wokół pawłokomskiej tragedii zaległo milczenie. Eugeniusz MISIŁO * * * Czy ponad pół wieku, jakie upłynęło od tragicznych wydarzeń, które rozegrały się na terenach południowo-wschodniej Polski, to wystarczająco dużo czasu, by Polacy i Ukraińcy mogli podać sobie wreszcie ręce w geście pojednania ponad mogiłami, jakimi usiane są nasze ziemie? Czy są gotowi wybaczyć wzajemne krzywdy, zbrodnie i prosić o wybaczenie!? Przykład Pawłokomy rodzi nadzieję, że jest ku temu wielka szansa. I nawet jeśli dziś nie staniemy się świadkami pojednania, takiego, jak nauczał Chrystus, zamykającego wzajemne swary i licytowanie się winami z przeszłości, powinniśmy uczynić wszystko, by dialog o zgodną przyszłość obu narodów był kontynuowany przez najmłodsze pokolenie Polaków i Ukraińców. Takim też przesłaniem kierowałem się przygotowując do druku dwie książki poświęcone Pawłokomie. Uznałem bowiem, że każde pojednanie winno poprzedzić powiedzenie sobie prawdy, nawet jeśli będzie ona bolesna dla którejś ze stron. E. Misiło, Z Przedmowy do książki “Pawłokoma 3 III 1945 r.” Obie książki można zamówić w Oficynie Wydawniczej “UKAR”, tel./fax 022-841-87-56, ukar@medianet.pl


Artykuł dostępny pod adresem:Ukraińskie Pismo Podlasia "Nad Buhom i Narwoju"



Pavlokoma - Panaxyda

 



Ukraińcy W Polsce. Pawłokoma
Paweł Smoleński

28.02.98. Stosunki polsko-ukraińskie w Przemyskiem. Walki polsko-ukraińskie 1944-1947. Polskie podziemie w Przemyskiem. Ukraińska Powstańcza Armia. Ludobóstwo

I

Dom z białego suporeksu, oddzielony wąską, błotnistą drogą od żelaznego cmentarnego płotu pomalowanego czarną farbą antykorozyjną. Przed domem starsza kobieta, farbowane włosy, filcowe buty, na ciepły sweter wciągnięty nylonowy fartuch.

- Nazywam się Radoń Danuta. Żona Dionizego jestem, rolniczka.

Powiem, panie, że kiedyś dobrze było, cicho, spokojnie było. Mój na Wszystkich Świętych zawsze światło palił, pacierz zmówił, Wieczne Odpoczywanie, i tak każdego roku. Czemu? Wiem, panie, ale mój lepiej powie, widział wszystko, stara chałupa stała o tu, dziesięć metrów dalej, gdzie nowa, mój dwanaście lat miał, biegał między nimi albo nos o szybę rozpłaszczał. Tam jego dziaduś, jego babcia, wszystkie kuzyni z maminej strony. To on jest w prawie, żeby światło palić i cmentarz sprzątywać.

Aż przyszła demokracja i ta wolność słowa. Ci, co za komuny cicho siedzieli, teraz głos podnieśli. Nastawiają innych, choć innym pewnie wszystko jedno, nie wszystkie ludzie zajadłe i złe. Ale wystarczy, że kilku się zmówi i jeszcze przynapije, to inne za nimi pójdą.

Ciężko, panie, ciężko. Z tej złości, co jej wcześniej nie było. I z tego, że sprawiedliwość od pobitych odpychają. Ciężko. I jakiś strach.

Ciasny pokój z wąskimi piwnicznymi oknami, pod ścianami dwa łóżka, niski stolik, krzesełka, blade światło żarówki, telewizor, święte obrazy, makatki. Na krześle potargany mężczyzna, siwy, z dwudniowym zarostem. Czarny sweter, robocze spodnie i uwalane błotem gumiaki. Język mu się nieco plącze, wrócił do domu po całym dniu pracy w lesie, więc albo jest potwornie zmęczony, albo po drodze zawadził o wiejską gospodę

- Nazywam się Radoń Dionizy. Chłop jestem, z Pawłokomy od urodzenia.

Kiedyś wieś moja inna była niż dziś, mieszana, ilu Polaków, ilu Ukraińców, nikt nie rachował. A na dole, za ukraińskim cmentarzem, tu, gdzie moja chałupa i gdzie stawiają nową szkołę, były polskie kolonie.

Ojciec mój, Polak i rzymski katolik, przyszedł do Pawłokomy obcy i ożenił się z mamusią, Ukrainką i grekokatoliczką. Dom wystawili na kolonii, między Polakami. We wsi było tak, że jak mąż był Polak i rodził się syn, dziecko nieśli na chrzest do kościoła, a jak córka, a matka Ukrainka - chrzcił pop z cerkwi. A na kolonii jednako Polaki i Ukraińce nieśli dziecko do łacińskiego księdza. Ja całe życie na kolonii, więc Polak jestem, w rzymskim kościele chrzczony. I jako Polak robiłem to, com robił. I robić będę. Z szacunku dla pomordowanych.

W gabinecie gminnego urzędu: czarny, półokrągły stół, czarne krzesła, na ścianie makatka tkana z barwnej wełny. Za stołem siwiejący mężczyzna; gdy zacznie chodzić po pokoju, okaże się, że kuleje na prawą nogę

- Nazywam się Woźny Stanisław. Jestem z Bieszczad, byłem dyrektorem Spółdzielni Kółek Rolniczych, wielkiej, od Wetliny po Cisną. Teraz społeczeństwo gminy Dynów w województwie przemyskim wybrało mnie na wójta.

Niech pan mi wytłumaczy, dlaczego w Krośnieńskiem, skąd pochodzę, nie ma sporów narodowościowych, a w Przemyskiem są. Ja panu powiem - pewnie komu na tym zależy. Najlepiej więc, żeby pawłokomska sprawa przyschła, żeby ludzie zapomnieli, żeby nie pisać.

Chce pan? Dobrze. To, o czym panu opowiem, dowodzi naszej tolerancji. Bo gdyby tu byli, dajmy na to, Arabowie, to... Kamień na kamieniu.

- Nazywam się Pudysz Tadeusz. Trzydziestkę już podeptałem, rolnik jestem, urodzony w Pawłokomie, gdzie mieszkam. A przewodzę radzie całej gminy Dynów.

Uważam, jak pan wójt, że po co pisać. A jeśli już pisać, to prawdę.

Pokój warszawskiego mieszkania, dużo książek, na ścianach fotografie, pod ścianą komputer, obok stołowej nogi śpi pies. Wysoki, czarnowłosy mężczyzna siedzi za blatem zarzuconym kopiami dokumentów w dwóch językach, po polsku i ukraińsku

- Nazywam się Eugeniusz Misiło. Jestem historykiem i wydawcą.

365 ofiar mordu w Pawłokomie to dla Polaków wstyd, a dla wielu Ukraińców symbol narodowej martyrologii.


II

W początkach 1945 roku, koło Trzech Króli, kilkudziesięcioosobowy oddział zabrał z domów siedmiu mieszkańców Pawłokomy, Polaków. Dlaczego zabrał, jakie były i czy w ogóle były przewiny uprowadzonych, co się z nimi stało - nie wiadomo.

Jedni twierdzą, że porywacze byli w różnorakich mundurach, więc może byli to leśni. Inni - że mieli sowieckie bluzy, a na czapkach granatowe otoki wojsk NKWD. Jedni mówią, że uprowadzoną siódemkę rozstrzelano w pawłokomskich lasach. Inni - że dalej, koło Jawornika. Miejsce kaźni i krój mundurów zależą od tego, kto opowiada o porwaniu - Polak czy Ukrainiec.

Historię pawłokomskiego uprowadzenia powtarzają sobie we wsi pięćdziesiąt lat z okładem.

Tadeusz Pudysz: - Było siedmiu - siedmiu nie ma. Tragedia. A przecież żyją ich dzieci, wnukowie, prawnuki. Mają prawo swoich pochować, ale nie wiedzą, gdzie leżą. Na nowym cmentarzu, na górce, jest tylko jedna tabliczka: takie skromne upamiętnienie, choć należą im się prawdziwe groby.

Kto ich zabrał? Panie, pewnie, że bandy. Jakie bandy? Pewnie, że upowskie. To wie cała Pawłokoma. Po co Polak miał na Polaka nastawać?

Restauracja przemyskiego hotelu, niklowane krzesła i szklane blaty stołów. Wąsacz, ciemne oczy, twarz okrągła

- Nazywam się Mirosław Sydor. Jestem Ukraińcem. No i technikiem budowlanym, mam przedsiębiorstwo turystyczno-transportowe, linie autokarowe do Lwowa i Żytomierza, hotel. W Przemyślu byłem pierwszy, który się o Pawłokomę upomniał.

Powiem panu, jak z tą siódemką było: za okupacji Niemcom służyli, zbierali podatki, kolczykowali bydło na kontyngent. Weszli Sowieci, to się z kolaborantami rozprawili. Polacy się wzburzyli, więc Ruskim dobrze było powiedzieć, że zabili Ukraińcy.

Mówi pan, że Polacy łatwo uwierzyli Ruskim, bo szły wieści o UPA z Lwowskiego i z Wołynia. Jak tam było - ja nie wiem. Za to wiem, jak było tu. Tuśmy potulnie po wsiach siedzieli, aż Polacy zaczęli nas rżnąć. Pawłokoma to nie wyjątek. W Małkowicach zamordowali 156 osób, w Dobrej - 44 w sam Jordan, święto ochrzczenia Jezusa, i jeszcze, i jeszcze... szkoda mówić. Nie było innego wyjścia - żeby przeżyć, trzeba było brać karabin.

Dionizy Radoń: - Siedmiu zginęło - fakt, a kto ich wziął, to ja nie wiem. W okolicy NKWD stało, ruskie i polskie wojsko stało i leśni, co przyszli spod Lwowa. Powiem tylko, że od tamtej pory, jak siedmiu wzięli, ktoś we Wszystkich Świętych, a czasami i latem, światła nagrobne po pawłokomskich lasach pali, kwiaty składa. Światła wszyscy we wsi widzieli, ale tego, co pali, nikt nie zobaczył.

Eugeniusz Misiło: - Dokumenty polskie i ukraińskie wskazują, że pierwszy oddział UPA pojawił się na Rzeszowszczyźnie na przełomie sierpnia i września 1944 roku, z dala od Pogórza Przemyskiego, w głębi Bieszczad. Naciskany przez wojska NKWD i wyniszczony tyfusem przeszedł do Czarnego Lasu na dzisiejszej Ukrainie.

Do końca września '45 powiaty: sanocki, leski, przemyski wolne były od ukraińskich oddziałów partyzanckich. Działała tylko ukraińska samoobrona, zbyt szczupła i słaba, by prowadzić akcje zaczepne. Przemyski kureń UPA dowodzony przez majora Konyka powstał dopiero po napadach na ukraińskie wsie.

Nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że siedmiu polskich mieszkańców Pawłokomy zostało uprowadzonych przez UPA. Jeśli ci Polacy rzeczywiście kolaborowali z Niemcami, mogli ich zabrać Rosjanie, mogło polskie regularne wojsko lub akowskie oddziały partyzanckie. Mogli wreszcie zwykli bandyci.

III

"3 marca 1945 roku o godzinie 4 rano (...) spędzali ludzi do cerkwi, straszliwie bijąc po drodze. W cerkwi zostawiali kobiety w ciąży i z dziećmi do czterech lat, resztę pędzili na cmentarz, stawiali nad wykopanymi w nocy dołami, rozstrzeliwali i od razu zasypywali. Po drodze na cmentarz także niemiłosiernie bili. Jeszcze koło cerkwi owinęli drutem kolczastym gołego Sewerka od Waciaka i bili kołkami tak, że krew ciurkiem leciała (...) Przyszli do cerkwi i krzyczeli do popa błogosławiącego ludzi: >rzuć to, bo to nam i tobie nie jest już potrzebne<. Wyprowadzili go za cerkiew pod lipy, bili tam kołkami i cepami, potem wciągnęli na cmentarz i zastrzelili (...) Moich synów, którzy uciekli do babci, zabrali na cmentarz i tam zastrzelili (...) Męża odstawili pod szopę Waciaka. Tam go obszukali, a mnie, po wyprowadzeniu pozostałych ludzi na cmentarz, zagnali do cerkwi, gdzie już były kobiety z dziećmi. Jeszcze spod cerkwi widziałam, że mego męża dołączono do ostatniej grupy prowadzonej na cmentarz. Na czele tej grupy szedł Iwan Karpa, bez koszuli, z wyciętym krzyżem na piersiach, z którego leciała krew (...) Straciłam męża, matkę, pięciu synów i w ogóle 23 osoby z mojej rodziny."

Tak w Nowym Jorku opowiadała nacjonalistycznemu ukraińskiemu wydawnictwu "Peremyszl - Zachidnyj Bastion Ukrainy" Aleksandra Poticzna, była mieszkanka Pawłokomy.

"Mojemu skatowanemu ojcu wycięto krzyż na piersiach. Zrobiono to w cerkwi. A potem wzięto go za nogi i zawleczono do dołu wykopanego na cmentarzu. Wrzucono go tam razem z innymi ludźmi. Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano jeszcze żywych."

Tak wspomina Pawłokomę Seweryn Karpa, dziś mieszkający na Pomorzu.

"Rankiem 3 marca zbudziła nas mama i kazała się szybko ubrać. Rodzice zebrali pierzyny i zamierzali już wychodzić z domu, kiedy rozległy się strzały, posypało szkło z rozbitych okien. Na ziemię padł śmiertelnie ranny dziadek Majcher (...) Wszystkich nas zapędzili do cerkwi. W cerkwi ksiądz odprawiał nabożeństwo, było dużo ludzi. Wtedy zaczęli nas rozdzielać. Mnie z babcią i młodszym bratem odprowadzili na lewą stronę, a moich dwóch braci na prawą. Nigdy nie zapomnę tego strachu i żalu, jaki widziałam w ich oczach.

Bandyci byli ubrani różnie. Niektórzy byli w mundurach wojskowych, inni po cywilnemu. Były wśród nich dwie kobiety w wojskowych bluzach, uzbrojone, które chodziły po cerkwi i kopały ciężko pobitych mężczyzn, leżących we krwi na podłodze. Jeden z bandytów w wojskowym mundurze wyszedł przed ludzi i powiedział: >Na mój rozkaz wszyscy dzisiaj zginiecie<.

Ludzie zaczęli płakać i modlić się, krzyczeli, że są niewinni. Na bandytach nie robiło to jednak żadnego wrażenia.

Potem zabrali z cerkwi księdza. Była tam również jego żona w ciąży oraz dwóch synów - Andrijko i Lubko, a także mama księdza.

Potem w cerkwi rozpoczęła się ogólna grabież. Z ludzi ściągano ubrania, chustki, buty i wszystko, co przedstawiało jakąś wartość. Wszystkie kobiety i dzieci ustawiono w dwuszeregu. Mężczyzn i starsze dzieci wyprowadzono z cerkwi. Mojej babci udało się uratować jedną dziewczynkę, Darkę Fedak, zakwalifikowaną do rozstrzelania, chowając ją pod spódnicę.


Trzymano nas w cerkwi do wieczora. Było tam 40 osób: kobiet z małymi dziećmi. Pod wieczór wyprowadzono nas i pędzono przez wieś w kierunku lasu. Moja babcia była już staruszka, nie mogła szybko chodzić. Bandyci poganiali ją biciem. Jednego z nich rozpoznała. Był to mężczyzna z sąsiedniej polskiej wsi Dylągowa. Babcia zapytała go o swoją córkę, czyli moją mamę, czy ją może gdzieś widział, lecz on się nie odzywał. Babcia powtórzyła pytanie, mówiąc: >no powiedz, przecież znasz mnie, nieraz poiłeś konie w mojej studni<. Po tych słowach Polak cofnął się i strzelił babci w plecy. Chcieliśmy ją podnieść z młodszym bratem, gdyż babcia nadal trzymała nas za ręce, ale inne kobiety odciągnęły nas od niej. Obok babci zabito na drodze jeszcze dwie inne kobiety. Bandyci pozostawili nas w lesie i dalej już sami doszliśmy do wsi Siedliska (...)

Potem dowiedziałam się, że mój tata kopał grób na cmentarzu i kiedy przyprowadzono tam moich starszych braci: Josyfa (14 lat) i Petra (17 lat), zemdlał i upadł na ziemię. Tam też został zastrzelony wraz ze swoimi synami. Mojego 20-letniego brata Włodzimierza, który nie wiedząc, co się stało, już po tej tragedii wrócił do Pawłokomy z przymusowych robót w Niemczech, Polacy złapali i utopili w studni."

Taką relację złożyła w Toronto Natalia Kuźma, z domu Mudryk, była mieszkanka Pawłokomy.

Dionizy Radoń (międli ciemny sweter, lekko rumiany, już wiadomo, że nim wrócił z lasu, zaszedł do baru): - Powiem, panie, że człowieka zastrzelić - bajka, nożem dźgnąć - bajka. Ale po co tak męczyć, tak okropnie bić, skoro potem i tak ciągli ich na śmierć?

Mamusi nie ruszyli, bo uczepili my się nóg, a i sąsiedzi bronili: "Hanka dobrze się między Polakami sprawuje, zostawcie, przecież dzieci ma".

Tych bitych brali na ukraiński cmentarz, położyli w dołach, a gdy ziemią zasypali, to mogiła do góry się podnosiła, jakby te trupy na sam koniec jeszcze życia dostały. To przejechali karabinem, ruskim, na kilkadziesiąt kul, aż się w dole ruszać przestało. Raz i jeszcze raz, i jeszcze.

Kto rżnął? Ludzie, panie, ludzie. Pawłokomscy i z drugich wsi. Jeden nawet wuja zamordował, bo on do kościoła, a wuj do cerkwi chodził. I partyzanty, co spod Lwowa przyszły.

Ja na to wszystko patrzyłem, krzyków słuchałem. Cud, że z tego, com oglądał, jeszcze na psychice zupełnie nie szwankuję. Już pamięcią błądzę, zabywam, co rano na śniadanie jem. Ale to, com na pawłokomskim cmentarzu widział, nigdy z serca nie zejdzie.

Dokumenty wskazują, że za masakrę Pawłokomy odpowiedzialny jest oddział AK dowodzony przez Józefa B. "Wacława" (na zdjęciach z tamtego czasu okrągła, lecz szczupła twarz, gładko zaczesane włosy, wąsik).

Był sierotą wychowanym w przytułku, potem wykształcił się na sklepowego subiekta, by wreszcie zostać wiejskim nauczycielem koło Kołomyi. Do konspiracji wstąpił w 1940 roku. W 1944 roku za obronę przed UPA wsi Siemianówka w okręgu lwowskim dostał stopień porucznika. Kilka miesięcy po masakrze ujęty przez NKWD i skazany przez wojskowy sąd rejonowy na pięć lat, odsiedzianych we Wronkach. Tuż po wyjściu z więzienia aresztowany ponownie, zwolniony wraz z gomułkowską odwilżą.

W biografiach porucznika "Wacława" nie ma ani słowa, że uczestniczył w pawłokomskim mordzie. Tylko skromna notka w "Zeszytach Historycznych WiN" (nr 9/91), napisana przez Jerzego Węgierskiego: "Zorganizowane bandy otaczały Pawłokomę, chodziły po chałupach i rabowały, co popadło (...) zaczęto wieś niszczyć, a ludzi rozstrzeliwać. Niestety, akcję tę ubezpieczał oddział por. >Wacława<".

Józef B. "Wacław" zmarł przed 20 laty.

Eugeniusz Misiło: - Pyta pan, czy mord w Pawłokomie był odwetem za Wołyń? Nie sądzę, choć o okrucieństwach popełnianych na Wołyniu wiedzieli wszyscy, to był jeden z głównych tematów prasy podziemnej.

Więc dlaczego? Może dlatego, że w Przemyskiem pełno było repatriantów z Ukrainy, ciągle krążyły pogłoski, że polsko-sowiecka granica cofnie się na wschód, a oni wrócą do siebie. Więc czekali, tymczasem trzeba było dać im dach nad głową, wikt i opierunek. W polskich wsiach brakowało dla nich miejsca.

Z Pawłokomy ocalała garść ukraińskich dzieci i kobiet. Według ich zgodnych relacji w masakrze uczestniczyli pospołu partyzanci i cywile z pobliskich wsi, często znajomi ofiar. Ich nazwiska kobiety przekazały oddziałom UPA. W październiku '45, w ramach odwetu, UPA rozstrzelała we wsi Dylągowa znanych z nazwiska uczestników masakry. W marcu '46, uznając odpowiedzialność zbiorową, spalono Dylągową, Bartkówkę, Borownicę.


Na Pogórzu nastały straszne czasy. Jeśli w poniedziałek polskie wojsko spaliło ukraińską wieś, we wtorek i środę UPA puszczała z dymem polską, w czwartek palili Polacy, w piątek - Ukraińcy. Nakręcał się krwawy, fanatyczny kołowrót, śmierć za śmierć.

Dionizy Radoń (błotnista droga przed sklepem; ludzie coś ładują na półciężarówkę;): - Cerkiew pawłokomska stała ponad PKS-em, naprzeciw sklepu, piękna, z czerwonej cegły, w środku wymalowana. A pawłokomski pop miał monstrancję wartą tyle, co dwie cerkwie. Przepadła. Mówią ludzie, że gdzieś jest we wsiach, ale przerobiona. U grekokatolików Ciało chowają w wyciętym w monstrancji kwadracie, a u łacinników - w kółku. Więc kwadrat na kółko przerobili.

A cegła z cerkwi poszła na dom kultury. Ostała się jeno dzwonnica.

IV

Mirosław Sydor: - Przez pół wieku nikt nie czcił ofiar pawłokomskiego mordu, bo nie można było. Ale jak nastąpiła demokracja, tośmy chcieli wspomnieć, panychydy odprawiać. W ukraińskim środowisku wszyscy wiedzieli o Pawłokomie. Zbieraliśmy się jechać, nie tak od razu, dopiero ze trzy lata temu. Chodziło o to, żeby konkretne miejsce kaźni odnaleźć.

Dionizy Radoń: - W '45 świateł na mogiłach nie zapaliłem, bo bałem się. Jak z mamunią zjechali my do Dynowa, chcieli ją od razu zabić, alem ucapił spódnicę, mnie walnęli, przytomność żem stracił, alem mamuni nie puścił. No i tatuś z armii generała Andersa dał znać przez Czerwony Krzyż, więc się pomiarkowali. Ale od '46 to ja palił rok w rok.

Przez bywsze lata tragedię chcieli przepomnieć. Nawet gadali, że na cmentarzu boisko zrobią.

Jak pan Sydor przyjechał, taki duch z niego bił, żem mu zawierzył i pomyślał: co robię, to mało robię. Jak z panem Sydorem gadałem, to wstyd mnie zdjął, że tylko światło palę, a na cmentarzu śmietnisko, szmaty, blaszaki, ścieżka przez mogiły ciągnie, krowy, świniaki chodzą, trawa nie wykoszona. Wstyd, panie, przed Bogiem i ludźmi, którzy czasem aż z Kanady, z Ameryki zjeżdżali.

Tom sobie postanowił, że wezmę cmentarz w jeszcze większą opiekę. Od pana Sydora pieniędzy żem dostał na światła i na kwiaty, ale swojego też dołożył i wcale mi nie żal.

Stanisław Woźny: - Kilka lat temu przyszła prośba od Ukraińców z Przemyśla, żeby na starym cmentarzu (ja nim administruję, bo to własność komunalna) odprawić panychydy. Nie zwróciłem na to uwagi. Wtedy jeden z nich przyjechał tu prywatnie, umówił się z tym Radoniem, pewnie mu i co zapłacił. I zaraz dostałem doniesienie, że Radoń na gminnym gruncie, znaczy na cmentarzu, ścina drzewa. Musiałem wszcząć z urzędu postępowanie wyjaśniające. A i społeczeństwo włączyło się ostro.

Ja jestem za cmentarzem. Na zebraniu wsi Pawłokoma powiedziałem: "Ludzie, nie wstyd wam, że pośrodku wsi, zaraz koło kościoła, takie śmietnisko?". A oni: "Panie wójcie, tam chodzą świnie tego, co dziś się Ukraińcem mieni".

Ale że temat cmentarza poruszyłem, padło na mnie podejrzenie, że jestem rezunem, znaczy - Ukraińcem, jak to się mówi, mam czarne podniebienie. A że do Dynowa przyjechałem z Bieszczad - bajka była gotowa. Aż się musiałem tłumaczyć.

Lecz niech pan sobie czegoś nie pomyśli. Dla mnie człowiek to człowiek - bez żadnej różnicy. Nawet Ukrainiec.

Dziś wygodnie być Ukraińcem. Niech pan sobie wyobrazi, że synalek tego Radonia zamówił dotowane przez gminę kwalifikowane sadzeniaki. I nie odebrał ani worka, nie zapłacił, choć wzywałem do odebrania!

Dionizy Radoń: - Pan Sydor pytał mnie, gdzie pobite leżą. Tom powiedział. Stąd u ludzi na mnie największa złość. Nie o panychydy, o światła. Ale za to, żem prawdziwe miejsce wskazał. A jak jest miejsce, nie ma dalej co się wypierać - w Pawłokomie zbrodnia na Ukraińcach była.

V

Pawłokomski cmentarz greckokatolicki ma kształt kwadratu. Bramę związano sznurkiem, żeby nie telepała na wietrze. Jest kilka przedwojennych nagrobków, dwa nowe pomniki z szarego lastryka (pod listą imion z rodziny Fedaków i Karpów napis: "Zmarli tragicznie"). Zaraz przy drodze, która oddziela cmentarz od obejścia Radonia, trzy kopczyki obsadzone barwinkiem i trzy brzozowe krzyże.

Ani tablicy, ani daty, ani nazwisk. Ani słowa o tym, co się tu stało.

Dionizy Radoń: - Śmieci uprzątłem, trawy wykosił, a że w miejscu, gdzie zakopali pomordowanych, porobiły się dolinki, tom ziemi nawiózł, kopczyki usypał, krzyże brzozowe wbił. Wójt mówi, że nielegalnie. Panie, każdy grób legalny, nawet największego zbrodniarza, a pawłokomskie niewinne.

Więc żem kopczyki usypał, a tu ludzie idą, całe rodziny, młode i stare, a każdy łopatę trzyma, motykę. Nawet ta, co do ziemi przygięta, dobra kobieta, przez chorobę z chałupy nie wychodzi, też motyką kopczyki rozrzuca. To mówię: "Ty też taka głupia, że w mogiłach grzebiesz". A ona: "Przestanę, jak powiesz, gdzie twoi mojego tatusia zabrali".


Danuta Radoń: - Tak żem się bała, że tymi łopatami mojego zatłuką. Stali dokoła niego i krzyczeli: "Powiesz, gdzie nasze Polaki". Jak mój ma wiedzieć, gdzie Polaki? Dzieciak był wtedy.

Stanisław Woźny: - Radoń nieformalnie usypał kopczyki, społeczeństwo zrównało. Nie ma się co dziwić; ta siódemka zabrana ze wsi też kopców nie ma. Te kopce to w moim przekonaniu była próba trwałego upamiętnienia. Na trwałe upamiętnienie nigdy się nie zgodzę. Dość w Przemyskiem mamy już bandyckich pomników.

Mówi pan, że tu leżą cywile, że zabili ich Polacy. A wie pan, że byli u mnie kombatanci z Przemyśla i powiedzieli, że Pawłokomę spacyfikowały bandy UPA? Nieprawda? Jak pan może rozstrzygać, kto zabijał, skoro historycy nie wiedzą?

A dlaczego Ukraińcy tak zabiegają właśnie o ten cmentarz? Po lasach jest wiele cmentarzy greckokatolickich - zapuszczone, że bój się Boga, krzyże poprzewracane. Czy to nie dziwne, że im chodzi właśnie o Pawłokomę?

Niech mi pan powie, z jakiej racji ja, wójt całej gminy Dynów, mam szczególnie dbać o ten właśnie cmentarz. Jak taki ważny - niech dbają Ukraińcy.

A wie pan, że ten Radoń wchodził na pawłokomski cmentarz z papierosem i pijany? Kiedyś musiałem go nawet wyrzucić.

VI

Stanisław Woźny: - Z tego wszystkiego dobrze się stało, że sprawą zainteresowali się Kanadyjczycy. Ani z Sydorem, ani z Radoniem nie mają nic wspólnego. Czyż to nie symptomatyczne? Kanadyjczycy chcieli, żeby cmentarz ogrodzić. Powiedziałem - zgoda, ale za wasze, bo ja złotówki nie dam. Wysupłali 350 milionów, w ratach, niektóre nierówno spływały.

Kanadyjczycy chcieli płytę z tryzubem. Ja - nie. Chcieli tablicę po ukraińsku. Ja - nie. Sytuacja jest taka, że muszą respektować moje decyzje.

Zgodziłbym się na tablicę po polsku, gdyby napisali "Tu leżą zmarli tragicznie mieszkańcy wsi Pawłokoma". Mówi pan, że zostali zamordowani. Na taki napis nigdy się nie zgodzę. Dlaczego? Bo od razu rodzi się pytanie: "Zamordowani przez kogo?". Po co takie pytania stawiać?

Tu niepotrzebna żadna tablica upamiętniająca, ale plan zagospodarowania cmentarza. Kopce splantować, przedwojenne krzyże odciągnąć w bok, brzozowe usunąć, za to porządne alejki wytyczyć. Sami Ukraińcy muszą sobie zrobić.

Dionizy Radoń: - Bój pan się Boga, ile oni milionów na te ogrodzenie wydali. Dostałby ja - i lepiej, i taniej by zrobił. Ale gdy wójt był akurat na urlopie, a majster ekipy, co murowała ogrodzenie, wziął wolne, przyniosłem butelkę wódki, pięćdziesiąt złotych, to mi robotniki pomogli. Pokleiliśmy betonem stare pomniki, ten krzyż drewniany jeszcze z przedwojnia wsadził ja w żelazną obejmę.

Teraz wójt chce, żebym usunął, com zrobił, ale ja ręki na krzyż nigdy nie podniosę, choćby zrobili mi nie wiem co.

Danuta Radoń: - Foliowy tunel nożami pocięli, pięć psów bez rok struli, stodołę spalili. W stracie wielkiej żyjemy, bo ubezpieczenie było na 30 miliony, a samych maszyn poszło z dymem na 60. Jeszcze drzewo na boazerię, eternit, słoma i siano. Wójt z gminnej pomocy grosza nie dał.

Tadeusz Pudysz: - Akurat był pogrzeb, gdy stodoła się zajęła. Cała wieś w kościele stała, tylko nie Radoń. Zresztą policja powiedziała, że nie ma świadków, żeby ktoś podpalił.

Danuta Radoń: - Bili mojego między PKS-em a sklepem, pośrodku wsi, drugie patrzyły, a oni lali i lali.

Tadeusz Pudysz: - Eee tam.

Stanisław Woźny: - Zgodzi się pan ze mną, że w takiej ogólnej atmosferze najlepiej byłoby, gdyby na cmentarzu postawić tabliczkę z nazwiskami kanadyjskich darczyńców.

VII

W zimnej, białej, wielkiej sali parafialnej przy przemyskiej katedrze greckokatolickiej, pod łukowym, gotyckim sklepieniem. Pośrodku stół, za nim młody, czarnowłosy mężczyzna, pod kołnierzykiem biała koloratka


- Nazywam się Bogdan Stepan. Jestem księdzem, sprawuję posługę w kilku ukraińskich parafiach.

Wiem z doświadczenia, że między ludźmi jest dobrze, gdy do zgody zachęcają autorytety, a więc lokalna władza i proboszcz. Gdy jest inaczej - zgody nie ma.

Pierwszy raz przyjechałem do Pawłokomy w 1996 roku, w rocznicę rzezi. Weszliśmy na cmentarz, pomodlili. Nikt się nie zorientował. Drugi raz zjechaliśmy w Wielkanoc - w cerkwi greckokatolickiej to święto wspominania zmarłych. Odprawialiśmy szybko: krótka homilia, ani słowa o Ukrainie, kilka pieśni, tylko kościelne, żeby, Boże broń, nikogo nie sprowokować. A dookoła cmentarza szum jak w ulu. Policja z psami, a za nią urągający tłum. Rok później już było spokojniej.

Dionizy Radoń: - Naszego proboszcza, co mieszka w Dylągowej, prosili na panychydy. Nie przyszedł, choć pobite pod samym kościołem leżą. A w kazaniach mówił, że mamy teraz w Pawłokomie ruski cmentarz. Tom poszedł do niego i pytam: "Księże proboszczu, czy na tym świecie są dwa Bogi, nasz i ukraiński?". A proboszcz: "Cicho bądź". To jeszcze mówię, że chyba dobrze, że pobite krzyże mają. A on: "Cicho bądź".

Proboszcz z Dylągowej: - Na te ich święto nie poszedłem, bo jak to tak - przyszli i powiedzieli "Niech ksiądz idzie"... Trzeba było uprzedzić, a nie stawiać w sytuacji podbramkowej. A panu Radoniowi powiedziałem, co o tym myślę, więc teraz pewnie na mnie obrażony. Co mówiłem z ambony, to mówiłem. Przeze mnie ludzie nic nie mają przeciw ogrodzeniu, no, może niektórzy.

Na tę sprawę trzeba patrzeć ogólnie, jak ja, a nie z jednej albo z drugiej strony. Bo co się na tym cmentarzu przez lata działo? Krowy, kury chodziły. To skąd nagle pan Radoń taki ukraiński patriota?

Z okolicy pochodzę, u mnie dwa takie cmentarze. I problemu nie ma. A w Pawłokomie jest, bo krzywda ludzi podzieliła.

Za młody jestem, by takie sprawy rozstrzygać. Szczęść Boże.

Stanisław Woźny (łokcie oparte o czarny blat, uśmiecha się, zawiesza głos, jakby mówił oczywistości): - W czasie panychydy podeszła do Ukraińców jedna mieszkanka. Oni się modlą, a ona: "Gdzieście mojego ojca wywlekli?". Niech pan się tak nie patrzy, to trzeba rozumieć. Ludzie w Pawłokomie są tolerancyjni. Nie wiedzą tylko, co się stało z siedmioma mieszkańcami.

To nie my, Polacy, dopominamy się sprawiedliwości. To oni, Ukraińcy, zrobią wszystko, żeby udowodnić, że są skrzywdzeni. To nie w nas, Polakach, jest poczucie nacjonalizmu. To oni zrobią wszystko, żeby ich było na wierzchu.

Tadeusz Pudysz (patrzy na wójta, szuka potwierdzenia): - W '80 byłem w internacie przy zawodówce, po czterech w pokoju nas mieszkało. Jeden zawsze po ciszy nocnej wychodził. Gdzie szedł, po co, nie wiem, bom z nim nigdy nie był, ale na pewno na tajne spotkania, bo gdy wracał, to pytał, którego nauczyciela ma zarżnąć. Albo ciął ręce i mówił: "Patrzcie na moją ukraińską krew". Ileśmy się namęczyli, żeby mu krew tamować, bo co by w internacie było, gdyby się wydało?

Stanisław Woźny: - Organizacja ukraińska była, jest i będzie, a my jedynie możemy uważać. Jeszcze mieszkałem w Bieszczadach, gdy na pogrzeb jednego Ukraińca przyjechała taka z Ameryki. Trumnę do dołu złożyli, a ona na bok odeszła, z torebki wyciągnęła telefon, w sam raz taki jak pana, komórkowy. Ale 20 lat temu komórkowców nie było! Były za to radiostacje wielkiej mocy i ona z taką radiostacją rozmawiała. Albo w listach słanych do mojej wsi pytali, kto w jakiej zagrodzie mieszka, gdzie posterunek milicji czy wojsko jeszcze stoi. Proszę pana, toż to prawdziwe pytania wywiadowcze!

A da pan wiarę, że mój ojciec był na ukraińskiej liście proskrypcyjnej jeszcze w latach 70.? Za polskość! Nie wierzy pan! Jak można w takie rzeczy nie wierzyć?

My, proszę pana, wiemy, jak było. Piłami cięli, topili w studniach, pasy darli, a potem solili. Taki naród. Dlatego póki ja tu jestem, żadnego upamiętnienia Ukraińców nie będzie.

Tadeusz Pudysz: - W Dynowie jeden starał się o pozwolenie na rzeźnictwo. To mu powiedzieliśmy: "Po co się chcesz uczyć rzeźniczenia, przecież ty na Polakach ćwiczył się w szlachtunku".

Albo ten Fedak z Pawłokomy, co jego rodzina ma mogiłę na ukraińskim cmentarzu. Po wojnie dziesięć lat dostał, a przecież dziesiątki za darmo nie dawali. Mówi pan, że dawali nawet karę śmierci. Jemu darmo nie dali - ciotka moja była świadkiem na procesie.

Albo jednego roku, wcale niedawno, spaliło się siedem pawłokomskich stodół, choć mokre lato było. To kto je podpalił, jak nie oni?

VIII

Stanisław Woźny (opowiada już drugą godzinę, za oknami zmrok): - Jeśli pan musi pisać, to na koniec powiem, że ten Radoń to burzyciel i pieniacz. A co to, że on się teraz takim Ukraińcem zrobił? Tu takich jak on nie ma. Jeśli już Ukraińcy są, to zupełnie zasymilowani, grzeczni. Zresztą myślę, że Ukraińcy są na Ukrainie, a ci nasi... to jakieś przechrzty.


To, proszę pana, jest Polska, a Polska jest dla Polaków. Tylko proszę mnie dobrze zrozumieć: ja wszystkie mniejszości szanuję, nikogo nie przeganiam. Już mówiłem, że dla mnie człowiek jest człowiek. Ale Polska jest dla Polaków, Niemcy dla Niemców, Francja dla Francuzów.

Temat cmentarza w Pawłokomie to wielki sukces władz gminy. Potrafiliśmy dogadać się z Kanadyjczykami? Potrafiliśmy. Uniknęliśmy konfliktów? Uniknęliśmy. Społeczeństwo pokazało naszą polską tolerancję? Pokazało.

Wszystko dzięki temu, że nie dopuściliśmy Ukraińców do głosu.

Tadeusz Pudysz (wyprostowany, zaplata dłonie, jakby chciał wyłamać palce): - Kontrola nad cmentarzem musi być gminna, z zewnątrz nikogo nie wolno dopuszczać. Dlaczego? Wystarczy na chwilę przymknąć oczy, a coś postawią, wkopią, wymurują - i potem trudno będzie rozebrać.

Dionizy Radoń (stoimy na pagórkach, gdzie kiedyś stała cerkiew; strugą płynie brudna woda, pod nogami wala się butelka po wódce Woda ognista): - Panie, ale ta ziemia przepłakana, przepłakana, aż w dołku boli. Czym one różne od nas, a my od nich, że taka nienawiść powstała? Ale zbrodnia nie będzie uciszona. Żebym kłamał - Bóg już by skarał. A że prawda komu w gminie niewygodna, to ja nie winien.

Dawniej myślał, że gdy stare pomrą, młode złość porzucą. Ale póki ludzie dzieci będą chować jak w Pawłokomie - zgody nie będzie.

Kiedyś wójt mnie wygnał z cmentarza - ustąpiłem, bo cmentarz jego własność. Alem powiedział, że sprzątywać będę, kosić będę, światła palić będę i nikt mi nie zbroni. Jak krzyż się zwali, to postawię, zasadzę kwiaty. Bo kwiat na cmentarzu to nie upamiętnienie, ale szacunek i przyroda.

Napisali mi w anonimie, że przez okno wyciągną i łeb ukręcą albo załatwią, jak będę szedł do Dylągowej czy gdzie indziej. Boję się, bo już dwa razy obili... Ale czasem nic się nie boję, bo Pan Bóg widzi, żem źle nie zrobił.

Patrz pan na ten dąb, ten tu, bliziutko, co za rogiem cmentarza stoi. Chcieli go ściąć, ja nie dałem, bo to przedostatni świadek w Pawłokomie. A ostatni ja. A jak świadków zbraknie, to i tak ludzie będą wiedzieć. Nawet wnuki tych, co cepami biły, bo sumienie nad taką zbrodnią nie zaśpi.

Danuta Radoń (przed domem na betonowym chodniku, zapada zmrok, w oknach pawłokomskich chałup palą się żarówki, wielki księżyc oświetla bryłę nowego kościoła, przy drewnianej budzie szarpie się pies): - Jak tu teraz żyjemy? Człowiek idzie przez wieś, spotka kogo, powie "dzień dobry", ale żeby więcej, to nic. Z wieczora, jak tylko zmroczy, już nie wychodzi, w domu siedzi. Syn mówi, że wieś pośrodku, pół przeciw mojemu, połowie wszystko jedno, więc jakby byli za nim. Ale jaka prawda, to ja nie wiem.

A ty cichaj, Dionizy. No, cicho bądź. Wypiją, zmówią się, zrobią nam co. Cichaj, Dionizy. Głos wieczorem niesie daleko.

Pełny tekst artykułów dostępny pod adresem: tutaj

Piskorowice

Akcja Wisla - pawłokoma

Sahryń