KOCHAŃSKI Władysław, ps. Bomba, Wujek    ?-1979)
kapitan WP; cichociemny, 1942 zrzucony z Anglii; 1943 objął odcinek AK Kostopol-Sarny; VII 1943 wyprowadził kilkunastotysięczny tabor z atakowanych przez UPA Huty Stepańskiej i Starej Huty w okolice Kowla; wspólnie z partyzantami sowieckimi zniszczył oddział UPA Maksyma Borowca "Tarasa Bulby", ocalił od UPA 24 wioski; XII 1943 podstępnie aresztowany przez Sowietów, do Polski wrócił po śmierci Stalina.
 


Warszawa - Spotkanie Klubu poświęcone dziejom 27. Wołyńskiej Dyw. AK

Wygłoszone referaty:

Andrzej Żupański

Jak rozpoczęliśmy walkę o prawdę Wołynia

Gdy w 1980 roku rygory cenzury i kagańca na działalności kombatanckiej zelżały, żyjący wówczas starsi oficerowie 27 Dywizji zalegalizowali Środowisko Wołyńskie, które skupiło żołnierzy Okręgu Wołyń Armii Krajowej. Wszyscy oni byli świadkami zbrodni nacjonalistów ukraińskich. Szybko się jednak okazało, że w Polsce nie ma żadnych pisanych dowodów tej zbrodni, W 1984 roku Środowisko przystąpiło do zbierania relacji i wspomnień, których w krótkim czasie nadeszło ponad 350. Wynikało niezbicie z nich, że na Wołyniu zginęło w 1943 i 1944 co najmniej 50 tysięcy polskich mieszkańców wsi i miasteczek wołyńskich. Te prace były pierwszą próbą dokumentowania tej zbrodni, albowiem jak wiadomo, w okresie władzy komunistów temat był objęty ścisłym zakazem cenzury.
Po uzyskaniu niepodległości cenzura zniknęła, ale dobrowolne już tabu dla tych tragicznych wydarzeń pozostało. Nikt nie chciał z nami rozmawiać na temat dowodów przez nas zebranych, traktując je jako niewiarygodne, stronnicze i antyukraińskie. Mówiono nam też, szczególnie partie polityczne do których zwracaliśmy się, że to sprawa historyków. Ale żadna uczelnia nie zabierała się do tej białej plamy.
W 1994 roku podjął inicjatywę w tej sprawie Ośrodek KARTA, zwołując trzydniową konferencję do Leśnej Podkowy. Historycy polscy i ukraińscy poddali dyskusji 21 tematów a nawet uchwalili protokół zestawiający sprawy, co do których była zgodność poglądów i sprawy, co do których między historykami polskimi i ukraińskimi tej zgodności nie było. Uważaliśmy inicjatywę Karty za właściwy krok i czekaliśmy na ciąg dalszy. Niestety KARTA nie mogła iść dalej tą drogą. Jak nam później prezes KARTY p. Zbigniew Gluza powiedział, spotkała ją całkowita obojętność mediów, ośrodków historycznych, działaczy społecznych i polityków. Nikt KARTY nie zachęcił, nikt nie zganił, nikt się nie odezwał, a media solidarnie milczały. Taka obojętność nie pozwalała liczyć KARCIE na dalszą pomoc sponsorów.
W 1995 roku przedstawiciele Okręgu Wołyńskiego ŚZŻAK odwiedzili wszystkie ważniejsze uniwersytety polskie, aby dowiedzieć się, czy nie ma tam jakichś zamiarów zajęcia się nie zbadanym dotąd konfliktem polsko-ukraińskim w czasie wojny. Niestety żadna z uczelni takiego zamiaru nie miała. Wówczas w naszym gronie powstało przekonanie, że jeżeli nasz Związek nie przystąpi do organizowani takich badań, śmierć dziesiątków tysięcy niewinnych, bezbronnych Polaków, pozostanie zapomniana.
Wiedzieliśmy, że muszą to być badania profesjonalne, prowadzone przez historyków a nie kombatantów, świadków czy działaczy kresowych, gdyż tylko takie badania miały szansę być uznane za wiarygodne. Wiedzieliśmy też, że muszą to być prace prowadzone wspólnie przez historyków polskich i ukraińskich. Tylko taki układ mógł skłonić sponsorów do udzielenia nam niezbędnej pomocy finansowej. Konieczny był też nadzór naukowy nad pracami, gdyż rola taka nie mogła być wypełniana przez nas. Tą rolę przez cały okres pięcioletni wypełniały Wojskowy Instytut Historyczny w Warszawie i Uniwersytet im. Łesi Ukrainki w Łucku. Zaś partnerami w organizowaniu seminariów został po nieudanych próbach w Kijowie, Związek Ukraińców w Polsce, z którym zawarto stosowne porozumienie o wspólnym stwarzaniu warunków do pracy historykom obu krajów. Porozumienie to podpisali prezes ŚZŻAKu Stanisław Karolkiewicz i prezes ZUwP Jerzy Rejt.
Od 1996 roku do 2001 odbyło się dziewięć trzydniowych seminariów, a ostatnie trwało nawet pięć dni. Seminaria te przemiennie organizowane na Ukrainie i w Warszawie gromadziły przeciętnie po 20 historyków z obu krajów. Przedyskutowano na nich 30 zreferowanych przez obie strony tematów, obejmujących tereny II RP zamieszkałe przez obie narodowości i okres od zakończenia wojny polsko-bolszewickiej do zakończenia operacji “Wisła” w 1947 roku. Materiały tych spotkań: referaty polskie i ukraińskie, pełna dyskusja i tzw. protokoły zgodności i rozbieżności zostały wydrukowane w tomach pn. “Polska-Ukraina: trudne pytania”.
Co można powiedzieć o tej ponad pięcioletniej pracyω
Początkowe trudności w skompletowaniu ekipy polskiej na kolejne spotkania, szybko zostały usunięte w miarę jak wchodzili nowi badacze, zainteresowani tematem, a wycofywali się historycy, którzy nie wykazywali chęci pogłębiania swojej wiedzy. Fakt, że w Polsce egzystuje obecnie duża grupa historyków znawców tematu i wiążących z nim dalszą karierę zawodową, według nas należy do ważnego osiągnięcia. Taka grupa specjalistów przed 1996 rokiem w Polsce nie istniała.. Dziś mamy też Uniwersytet, który wpisał do swego stałego zainteresowania, problemy stosunków polsko-ukraińskich. Jest to Uniwersytet Wrocławski.
Sprawa współpracy ze stroną ukraińską była oczywiście trudniejsza, gdyż tam nie było wówczas żadnych specjalistów tego tematu, a historiografia egzystowała włącznie sowiecka. Powoli jednak z czasem rosła wiedza historyków ukraińskich w skutek zapoznawania się z wiedzą Polaków i historiografią polską i wskutek własnych badań poszczególnych badaczy ukraińskich. Część początkowego składu ekipy ukraińskiego powoli wycofywała się i dochodzili nowi. Największy problem dla nich stanowiła prawda o działaniach OUN-UPA objawiająca się w referatach historyków polskich i z ich własnych badań. Nikt nie lubi dowiadywać się o niegodziwościach swoich rodaków. Ten opór przed przyjęciem ujawnianej prawdy można wyczytać w zapisanej dyskusji w poszczególnych tomach “Trudnych Pytań”.
Zaproponowana przez polskich organizatorów w oparciu o precedens stworzony przez KARTĘ, zasada sporządzania dla każdego tematu tzw. protokołów zgodności i rozbieżności, była początkowo przyjmowana ze zdziwieniem przez historyków obu krajów, potem jednak szybko została zaakceptowana i stosowana do końca trwania cyklu. Uniwersytet Wrocławski, realizujący, jak wspomniałem, dalsze prace ma ułatwioną możliwość znalezienia tematyki, którą trzeba się teraz zajmować. Natomiast my organizatorzy, mamy tak ważne dla nas protokoły zgodności i rozbieżności o wielkości strat i ich sprawcach.
Wydawane przez Ośrodek KARTA tomy “Polska Ukraina: trudne pytania” są według nas wzorem takiej pracy wydawniczej. Redaktor tej serii, p. Romuald Niedzielko, wykazał wysoką zawodową sprawność i opanowanie specyficznych problemów nazewnictwa kresowego. Wydawanie co pół roku kolejnego tomu w jakimś cyklu badawczym należy raczej do rzadkości, zwłaszcza że jakościowo wydawane tomy znajdują powszechne uznanie. Do tej pory wydano osiem tomów w języku polskim i 4 tomy w ukraińskim. Zapóźnienie wydawania ukraińskojęzycznych tomów wynikło z braku możliwości wydatkowania jakichkolwiek sum przez partnerów ukraińskich, a nam pieniędzy na więcej nie wystarczyło.
Należy podkreślić stałe istnienie tabu na temat stosunków polsko-ukraińskich. Cały czas stykaliśmy się z pełnym brakiem zainteresowania tą wieloletnią pracą . Na zwoływanych konferencjach prasowych nikt się nie zjawiał. Na ostatnią konferencję zjawił się tylko p. Andrzej Kaczyński z Rzeczypospolitej. Nikt nie informował o seminariach, ich przebiegu i wynikach. Nie ma też do dzisiaj żadnych recenzji wydanych tomów “Polska-Ukraina”. Od ostatniego seminarium w listopadzie ub. roku, tylko p. Jan Nowak-Jeziorański napisał pozytywny artykuł w grudniowej Gazecie Wyborczej.
Bez sponsorów tej pracy by nie było. Przez cały czas wspomagał nas Komitet Badań Naukowych, Fundacja Batorego i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Okresowo otrzymywaliśmy środki od Urzędu d/s. Kombatantów, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Wspólnoty Polskiej i Ministerstwa Obrony Narodowej. Otrzymaliśmy też pomoc od trzech sponsorów prywatnych, banków prowadzących interesy z Ukrainą. Wielką pomoc rzeczową otrzymywaliśmy od Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie, gdzie odbywały się cztery kolejne seminaria.
Jakie są rezultaty tej wieloletniej pracyω
Okręg Wołyński ŚZŻAK występując z inicjatywą organizowania prac historyków, miał oczywiście główny cel na uwadze: wykazanie przez obiektywne badania faktu dokonania eksterminacji ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich, nie ujawnionego przez pół wieku po jej zaistnieniu. Oczywiście mogło to wykazanie mieć miejsce tylko przy kompleksowym przebadaniu wszelkich wydarzeń, które miały wpływ, które sprzyjały, lub które umożliwiały zrealizowanie takiego zamiaru. Dlatego trzeba było przebadać aż 30 tematów poświęcając na to ponad pięć lat.
W naszym przekonaniu wszystko to zostało osiągnięte. Na ostatnim seminarium w listopadzie ub. roku przedyskutowano kluczowe tematy o przyczynach, sprawcach, ilości ofiar, przebiegu i skutkach tej krwawej eksterminacji. Uchwalono też protokół zawierający wspólne stanowisko w tych najważniejszych sprawach. Cyfra zabitych Polaków tylko dla tego, że byli Polakami, została wspólnie oszacowana na od 75 do 90 tysięcy, zaś liczba strat ukraińskich “szła w tysiące”. To określenie było spowodowane brakiem jakichkolwiek badań w tej sprawie tak ukraińskich jak i polskich historyków.
Do dnia dzisiejszego, w ciągu 6 miesięcy od zakończenia prac, żadnej dostępnej informacji przeciętny Polak nigdzie nie przeczyta, ani nie usłyszy. Także Instytucje Państwowe, szanowane przecież przez nas, powołane do “zachowania pamięci: Instytut Pamięci Narodowej i Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nie ustosunkowały się do wyników uzyskanych przez te wielkie grona historyków polskich i ukraińskich. Nie wiadomo właściwie, czy milczenie tych instytucji wynika z przyczyn politycznych, merytorycznych, czy też innych.
Sprawa powszechnego, można powiedzieć solidarnego milczenia w tej jedynej nie rozliczonej dotąd śmierci kilkudziesięciu tysięcy Polaków, wielokrotnie była przedmiotem naszych rozmyślań. Dlaczego w żadnej innej sprawie nie ma takiej zgody wśród elit polskichω
Nie umieliśmy sobie na to pytania odpowiedzieć. Natomiast przytoczę wypowiedź jednego z naszych głównych partnerów, prof. Michała Klimeckiego, który na nasze żale powiedział nam: Nie niecierpliwcie się panowie. Żadna prawda ukrywana przez dziesięciolecia nie przebija się łatwo. Przebije się, tylko wymaga to czasu.
Dzisiejsze spotkanie jest jedynym publicznym spotkaniem do jakiego do tej pory na ten temat doszło.
Teraz przed naszym Związkiem stoją już zupełnie inne zadania. Dążyć będziemy, aby wymienione wyżej “Instytucje powołane do zachowania pamięci” zechciały zająć jednoznaczne stanowisko odnośnie do zdefiniowanej przez badania historyczne, trzeciej zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Dążyć będziemy by Władze polskie zechciały pomóc Ośrodkowi KARTA dokończyć rozpoczęty indywidualny komputerowy program rejestracji strat polskich i ukraińskich w czasie tego konfliktu. O taką pomoc do obu prezydentów apelowali w czasie ostatniego seminarium historycy. Ten program pozwoli na uściślenie ilości zabitych po obu stronach dziś określanych z dużą rozpiętością. Stawiamy sobie też zadanie zdobycia funduszy na wydanie pozostałych tomów “Polska-Ukraina: trudne pytania” w obu językach. Wreszcie będziemy dążyć, aby Państwo Polskie powołało Państwowy Komitet Obchodów 60-tej rocznicy Eksterminacji Ludności Polskiej na Kresach Południowo-wschodnich II RP.
Nie mamy wątpliwości, że ujawnienie zbrodni dokonanej przed sześćdziesięciu laty przez nacjonalistów ukraińskich, wpłynie na zmniejszenie istniejących dzisiaj przeszkód na drodze zbliżenia Polaków z Ukraińcami.

Prof. Władysław Filar

27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej -
Fenomen Polskiego Państwa Podziemnego

W planach powstania powszechnego Okręgowi Wołyńskiemu AK przydzielono drugorzędne zadania. Negatywnie oceniono możliwości powstańcze na ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej. Uwzględniono fakt, że ludność polska na tych terenach została zdziesiątkowana okupacją sowiecką oraz niemiecką i nie może stanowić rezerwuaru ludzi w takim stopniu jak baza powstańcza. Oprócz tego dochodziły tu jeszcze problemy narodowościowe. W planach powyższych Okręg Wołyński AK przewidywany był do osłony powstania od wschodu. Zadanie Okręgu polegało na podjęciu akcji dywersyjnej i partyzanckiej na terenie Wołynia, w wyniku której miało nastąpić przerwanie ruchu transportów kolejowych oraz kołowych i ograniczenie w ten sposób dopływu wojsk niemieckich do obszaru objętego powstaniem. Bieg wydarzeń przyniósł inne rozwiązanie.

W 1942 r. rozpoczęły się antypolskie akcje nacjonalistów ukraińskich. Od stycznia 1943 r. akcje te przybrały na sile, a eksterminacja ludności polskiej stopniowo objęła wszystkie powiaty Wołynia. Na Wołyniu zapanowała zupełna anarchia. Oprócz oddziałów UPA przeprowadzających krwawą „czystkę etniczną” ludności polskiej, na terenie Wołynia pojawiły się liczne sowieckie oddziały partyzanckie realizujące swoje zadania, a także bandy składające się z Kozaków zbiegłych ze służby niemieckiej, dezerterów z jednostek niemieckich i z różnych formacji pomocniczych. W meldunku Komendanta Głównego AK za okres od 8 - 14 maja 1943 r., znajdujemy następujący zapis: „(...) Stan panujący obecnie na Wołyniu, przypomina zupełnie „dzikie pola”. Administracja niemiecka jest bezsilna i przygląda się wszystkiemu biernie”. W takich warunkach komendant Okręgu zmuszony był do podjęcia działań mających na celu zorganizowanie obrony zagrożonej ludności polskiej, a jednocześnie w związku ze zbliżającym się frontem wschodnim, prowadzić przygotowania do realizacji planu „Burza”.
Pod koniec 1943 r. wschodni front w szybkim tempie zbliżał się do granic II RP. 4 stycznia 1944 r. wojska sowieckie przekroczyły byłą granicę polsko-sowiecką w rejonie Rokitna. Wołyń stał się bezpośrednim zapleczem frontu niemieckiego, przybywało tu coraz więcej wojsk i jednostek logistycznych, rozpoczęła się ewakuacja administracji niemieckiej. W tej sytuacji komendant Okręgu AK Wołyń zdecydował się na rozpoczęcie realizacji planu ,3urza”. 15 stycznia 1944 roku Inspektorom rejonowym wydany został rozkaz nakazujący mobilizację oddziałów konspiracyjnych AK i skierowanie ich do rejonu koncentracji w zachodniej części Wołynia. Na miejsca zbiórki oddziałów wyznaczono rejon samoobrony polskiej w Zasmykach, położony na południe od Kowla oraz rejon samoobrony w Bielinie, położony na północ od Włodzimierza Wołyńskiego. W rejonach tych już od połowy 1943 r. istniała samoobrona oraz działały lotne oddziały partyzanckie „Jastrzębia”, „Sokoła”, „Piotrusia” i „Korda”. Ze zmobilizowanych żołnierzy konspiracji i członków samoobrony formowano oddziały wojskowe i łączono je z oddziałami partyzanckimi, które działały już w terenie. W wyniku mobilizacji w rejonach koncentracji sił zbrojnych Okręgu AK Wołyń, postawiono pod bronią ponad 6,5 tyś. żołnierzy, gotowych do podjęcia działań bojowych przeciwko Niemcom, co stanowiło 21% ogólnego stanu sił Okręgu.
Zgodnie z planem odtwarzania sił zbrojnych w Kraju według Ordre de Bataille pokojowego i dyslokacji sprzed mobilizacji 1939 r., w dniu 28 stycznia 1944 r. na odprawie oficerów sztabu w miejscowości Suszybaba podjęto decyzję powołania do życia przedwojennej 27 Dywizji Piechoty, którą wkrótce nazwano 27 Wołyńską Dywizją Piechoty AK. W organizacji dywizji nawiązano do przedwojennych tradycji 27 Dywizji Piechoty, 13 Dywizji Piechoty oraz Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Zachowano przy tym dawną numerację pułków.
Wychodząc z powyższych przesłanek zorganizowano dwa zgrupowania pułkowe: kowelskie p.k. „Gromada” i włodzimierskie p.k. „Osnowa”.
Dowódcą zgrupowania „Gromada” i jednocześnie 50 pp został mjr Szatowski „Kowal”, „Zagończyk”. Przy sztabie zgrupowania utworzono: pluton żandarmerii i ochrony sztabu, pluton saperów, pluton rozpoznawczy, drużynę przeciwpancerną oraz kwatermistrzostwo. W skład zgrupowania weszły następujące bataliony: 1/50 pp „Sokoła”, 11/50 pp .Jastrzębia”, III/50 pp „Trzaska”, 1/43 pp „Korda”, 11/43 pp „Siwego” oraz I szwadron 20 pułku ułanów nadwiślańskich „Hińczy”. Ogółem zgrupowanie liczyło 3074 ludzi, w tym 56 oficerów, 314 podoficerów i 2704 szeregowych. Oprócz batalionów liniowych w rejonie zgrupowania zorganizowano oddziały obrony ludności cywilnej i ochrony zaplecza kwatermistrzowskiego liczące około 250 ludzi.
Na dowódcę zgrupowania „Osnowa” i jednocześnie 23 pp wyznaczono kpt. Kazimierza Rzaniaka „Gardę”. Przy sztabie zgrupowania utworzono: pluton żandarmerii i ochrony sztabu, pluton saperów, pluton łączności, pluton zwiadu oraz kwatermistrzostwo. W skład zgrupowania weszły następujące bataliony: 1/23 pp „Bogorii” (a od 8.4.1944 „Zająca”, 11/23 pp „Lecha”, 1/24 pp „Łuna”, samodzielna kompania „Sokoła II” (szkieletowy III/23 pp) oraz 19 pułk ułanów , Jarosława”. Zgrupowanie liczyło ogółem 1946 ludzi, w tym 31 oficerów, 229 podoficerów i 1686 szeregowych. W rejonie zgrupowania stacjonowały odziały obrony ludności cywilnej i ochrony zaplecza kwatermistrzowskiego liczące około 250 ludzi.
W ten sposób w wyniku mobilizacji sił zbrojnych Okręgu postawiono pod bronią ponad 6,5 tysiąca ludzi zorganizowanych w 9 batalionach, 2 szwadronach i l samodzielnej kompanii oraz oddziałach specjalnych i logistycznych obejmujących łączność, saperów, rozpoznanie, służbę zdrowia (dwa szpitale), służby kwatermistrzowskie i inne, gotowych do podjęcia działań bojowych przeciwko Niemcom. Na placówkach samoobrony pozostało około 600 żołnierzy AK, a około 2500-3500 żołnierzy konspiracyjnych z różnych przyczyn nie dotarło do rejonu koncentracji.
Mobilizacja i koncentracja oddziałów konspiracyjnych AK na Wołyniu odbywała się w specyficznych warunkach. Zmobilizowane oddziały narażone były nie tylko na atak ze strony jednostek wojsk niemieckich, zagrożenie występowało również ze strony oddziałów UPA, której duże zgrupowania znajdowały się w wielkich kompleksach lasów świnarzyńskich i mosurskich oraz w lasach położonych na lewym brzegu rz. Stochód.
W celu poszerzenia bazy operacyjnej do działań przeciwko Niemcom podjęto szereg akcji zaczepnych przeciw oddziałom UPA. W okresie od stycznia do marca 1944 r. w ramach działań o poszerzenie bazy operacyjnej, oddziały zgrupowań „Gromada” i „Osnowa” przeprowadziły 16 większych akcji bojowych przeciw zgrupowaniom UPA. W ten sposób odsunięto zagrożenie ludności polskiej zgromadzonej w zachodniej części Wołynia, stworzono warunki do formowania oddziałów zbrojnych i rozwinięcia ich w nowej strukturze
organizacyjnej dywizji oraz rozszerzono znacznie obszar bazy operacyjnej, przez co dywizja uzyskała swobodę manewru i zaplecze do walki z Niemcami. W tym okresie oddziały dywizji prowadziły jednocześnie szereg działań przeciwko Niemcom o charakterze taktycznym i rozpoznawczym.
Wiosną 1944 r. wojska niemieckie cofały się na zachód podejmując próby obrony wybranych obiektów strategicznych. Wojska sowieckie, po krótkiej przerwie po operacji rówieńsko-łuckiej, rozpoczęły aktywne działania na kierunku kowelskim. 18 marca 1944 r. wojska 47 i 70 armii sowieckiej zablokowały Kowel. O ten ważny węzeł komunikacyjny rozgorzały uporczywe walki. W wyniku tych działań oddziały 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej znalazły się bezpośrednio w strefie przyfrontowej. 4 marca w rejonie Dąbrowa -Zasmyki doszło do spotkania oddziału rozpoznawczego kawalerii sowieckiej (dowódca kpt. Gusiew) z pododdziałami dywizji. Był to pierwszy kontakt z regularnymi oddziałami Armii Czerwonej. Dowództwo dywizji nawiązało współdziałanie taktyczne z jednostkami sowieckimi.
Pierwszą walką, stoczoną we współdziałaniu z oddziałami armii sowieckiej było uderzenie na Turzysk 20 marca 1944 r. Wydarzenie to zostało odnotowane w depeszy radiowej przesłanej przez dowódcę AK do Naczelnego Wodza w Londynie: „W dniu 20. III nasze oddziały partyzanckie zdobyły Turzysk (południowy zachód Kowla), osłaniając jednocześnie południowe skrzydło oddziałów sowieckich, zdobywając stację kolejową Turzysk. Zdobyto 3 kb ppanc., ckm, broń ręczną i 30 tysięcy amunicji.” Kolejną akcją, przeprowadzoną w ramach uzgodnień z sowietami było opanowanie miejscowości i stacji kolejowej Turopin oraz mostu kolejowego na Turii między Turopinem i Owadnem.
Uderzenie na Turzysk i Turopin zapoczątkowało otwartą walkę oddziałów 27 WDP AK przeciwko okupantowi niemieckiemu. Zdobycie Turzyska i Turopina przerywało połączenie kolejowe Kowla z Włodzimierzem i zabezpieczało południowe skrzydło wojsk sowieckich nacierających na Kowel. Dla dywizji stwarzało możliwość ruchu oddziałów w kierunku zachodnim, a ruch ten był nieunikniony ze względu na zbliżający się front.
Na szczególną uwagę zasługuje udział 27 WDP AK w operacji kowelskiej. Zgodnie z ustalonymi z dowództwem wojsk sowieckich warunkami współdziałania, dywizja w końcu marca 1944 r. przegrupowała się na zachodni brzeg Turii do rejonu ograniczonego od wschodu rz. Turią, od zachodu rz. Bug, od północy linią kolejową Dorohusk - Kowel i od południa szosą Uściług - Włodzimierz Wołyński. Powierzchnia obszaru, do którego przegrupowały się oddziały dywizji, wynosiła około 800 km kw. Dowódca dywizji utworzył tu dwa zgrupowania: północne na kierunku Lubomla i południowe na kierunku Włodzimierza Wołyńskiego.
Zadanie 27 WDP AK polegało na: wiązaniu sił niemieckich na południowy zachód od Kowla w rejonie Turzysk, Olesk, Lubomi, Zamłynie, Uściług, Włodzimierz Wołyński; utrzymaniu łączności i przepraw przez Bug; prowadzeniu rozpoznania ruchu wojsk niemieckich (szczególnie na linii kolejowej Lublin - Lubomi - Kowel). Przewidziano też działania zaczepne, polegające na wykonaniu uderzeń na linię komunikacyjną Lubomi -Kowel, a w sprzyjających warunkach także na kierunku południowym dla zablokowania szosy Włodzimierz Wołyński - Uściług.
Po przegrupowaniu dywizja znalazła się na pozycjach najbardziej wysuniętych na zachód, w strefie bezpośrednich działań wojsk sowieckich, biorących udział w operacji kowelskiej. Oddziały dywizji głębokim klinem weszły na teren przyszłych walk o ważny węzeł komunikacyjny - Kowel. Miasto to zostało przekształcone w rejon umocniony, broniony w początkowej fazie przez oddziały SS oraz cofające się z frontu jednostki niemieckie. Na linii kolejowej Chełm - Kowel, w miejscowościach: Jagodzin, Rymacze, Lubomi, Maciejów utworzono silne punkty oporu. Na południu znajdowało się umocnione miasto Włodzimierz Wołyński i szosa Włodzimierz - Uściług z punktami oporu w Piatydniach i Uściługu, obsadzone przez niemieckie jednostki etapowe. Od zachodu, w rejonach przyległych do lewego brzegu Bugu, ściśle - od Dorohuska do Uściługa, znajdowały się siły niemieckie, ubezpieczające Bug.
2 kwietnia 1944 r. rozpoczęły się walki dywizji z regularnymi jednostkami niemieckimi od boju pod Sztumem i Zamłyniem. Działania dywizji w tej operacji miały charakter działań frontowych, chociaż nie była ona związkiem taktycznym regularnej armii. W początkowej fazie walk jej oddziały z powodzeniem prowadziły działania obronno-zaczepne przeciwko liczniejszym i lepiej uzbrojonym regularnym jednostkom niemieckim, stosując manewr na skrzydła i tyły. Końcowym akcentem tych działań było podjęcie 12 kwietnia próby przejęcia inicjatywy przez wykonanie zwrotu zaczepnego jednocześnie na dwóch kierunkach: północnym i południowym. W wyniku niepomyślnego przebiegu walk zarówno na kierunku Lubomla jak i Włodzimierza dywizji groziło okrążenie. Dowództwo sowieckie nie wyraziło zgody na wycofanie oddziałów 27 WDP AK na linię Turii i zajęcia tam obrony. Dywizja, pozostawiona w masywie lasów mosurskich, ziemlickich i stęzarzyckich bez żadnego wsparcia ze strony regularnej armii sowieckiej, prowadziła w dniach 13-19 kwietnia 1944 roku ciężkie walki obronne w okrążeniu.
Sytuacja okrążonych wojsk była trudna. 18 kwietnia 1944 r. w rejonie chutoru Dobry Kraj poległ ppłk Jan Wojciech Kiwerski „Oliwa” dowódca 27 WDP AK. Żołnierze, wyczerpani ponad dwutygodniowymi działaniami pod Lubomłem i Włodzimierzem Wołyńskim, nie byli w stanie prowadzić walki przez dłuższy czas przeciwko oddziałom przeciwnika, które miały przewagę techniczną i liczebną. Jedynym wyjściem było przebicie się poza pierścień okrążenia. Po wnikliwej analizie sytuacji i rozważeniu różnych wariantów wyjścia z okrążenia uznano, że kierunkiem stwarzającym największą szansę przebicia się jest kierunek północny przez Zamłynie, Jagodzin, wyprowadzający na tyły wojsk niemieckich. Przejście za Bug nie mogło być brane pod uwagę ze względu na rozkaz Komendy Głównej AK nakazujący pozostanie na Wołyniu.
W dniach 20-22 kwietnia 1944 r. dywizja przebiła się z okrążenia wychodząc na północ do lasów położonych nad górną Prypecią. W rejonie okrążenia pozostawiono cały tabor, ciężki sprzęt oraz szpital z rannymi. Była to trudna ale konieczna decyzja. W walkach prowadzonych w ramach operacji kowelskiej dywizja poniosła duże straty: poległo 349 żołnierzy, 160 odniosło rany, 170 dostało się do niewoli, około 1600 uległo rozproszeniu.6 Mimo tych strat dywizja nie została rozbita. Po wyjściu z okrążenia jej zasadniczy trzon liczył około 3600 ludzi pod bronią. Około 500 żołnierzy, którzy nie zdołali przebić się z okrążenia, podjęło walkę i dołączyło do dywizji już na Lubelszczyźnie.
Po stoczeniu boju obronnego pod Sokołem i Holadynem dywizja w nocy z 25 na 26 kwietnia 1944 r. rozpoczęła marsz w kierunku wschodnim i 28 kwietnia osiągnęła kompleks lasów szackich. Tu postanowiono pozostać dłużej, aby dać odpoczynek wyczerpanym oddziałom.
Losy 27 WDP AK, po jej przebiciu się z okrążenia, były w centrum zainteresowania Komendanta Głównego AK gen. Bora-Komorowskiego. Zadanie dywizji nie zostało zmienione. W rozkazie do Komendanta AK Okręgu Lublin stwierdza się, że po przebiciu się z okrążenia, „zadaniem tych oddziałów będzie wykonywanie w dalszym ciągu akcji B [„Burza”] na wschód od Bugu, tak długo, jak to będzie możliwe.” Jednocześnie Komendant Główny AK przewidywał podporządkowanie oddziałów 27 WDP AK pod rozkazy Komendanta Okręgu AK Lublin, gdyby oddziały te nie miały możliwości pozostawania na Wołyniu, przekroczyły Bug i weszły na teren Okręgu.
Wyjście z okrążenia oddziałów 27 WDP AK i ich przejście do lasów szackich nie było tajemnicą dla Niemców. 8 Dywizja znalazła się na bezpośrednim zapleczu frontu między pierwszą linią obrony niemieckiej przebiegającą od Wyżwy Nowej, wzdłuż rz. Wyżewka do Ratna i dalej wzdłuż Prypeci, a drugą linią biegnącą od Szacka przez miejscowości: Piszczą, Ołtusz do Małoryty. Obecność dużej jednostki partyzanckiej w tym rejonie, liczącej prawie 4000 ludzi, nie była wygodna dla Niemców. Od pierwszych dni maja aktywnie działało lotnictwo rozpoznawcze, które patrolowało lasy szackie. Zaobserwowano również ożywioną działalność patroli niemieckich i węgierskich, które wychodząc z Szacka, Zabłocia i Huty Ratneńskiej, penetrowały teren w dzień, zbliżając się do lasów szackich. Polskie patrole wysyłane w teren po żywność miały częste potyczki z patrolami nieprzyjaciela. Wszystko wskazywało na to, iż Niemcy mogą w najbliższym czasie podjąć szerszą akcję przeciwko oddziałom dywizji w lasach szackich.
Od połowy maja pierścień niemiecki wokół lasów szackich, w których stacjonowała 27 WDP AK i zgrupowania sowieckich oddziałów partyzanckich, coraz bardziej zacieśniał się. 9 Lotnictwo niemieckie nieustannie prowadziło loty rozpoznawcze nad kompleksem leśnym, ostrzeliwując z broni pokładowej i bombardując zauważone rejony rozmieszczenia oddziałów. O świcie 21 maja, wspierane czołgami i ogniem artylerii, ruszyło niemieckie natarcie na lasy szackie jednocześnie z kilku kierunków: od strony Miernik, z Szacka, z Kropiwnik, Zabłocia i Huty Ratneńskiej. W wyniku przeprowadzonej operacji, w której użyto znaczne siły piechoty, artylerii, czołgów i lotnictwa Niemcy zepchnęli oddziały 27 WDP AK i oddziały sowieckiej partyzantki do północnej części lasów na obszar o powierzchni około 4 km kw. Wieczorem 21 maja, na odprawie u dowódcy 27 WDP AK oceniono, że dalsze prowadzenie walki przez tak dużą jednostkę na bezpośrednim zapleczu frontu niemieckiego, przy braku zaopatrzenia, jest niemożliwe. Ponieważ nie było zezwolenia na opuszczenie Wołynia, postanowiono przejść za front na stronę sowiecką. Zdecydowano przebijać się z okrążenia w kierunku północno-wschodnim do rejonu Dywina, skąd miało nastąpić sforsowanie Prypeci (wzdłuż której biegła linia frontu niemiecko-sowieckiego), a następnie odskok do rejonu Police położonego na południowy wschód od Kamienia Koszyrskiego. Dywizja miała przebijać się w trzech kolumnach i na trzech kierunkach.
W ciągu nocy z 21 na 22 maja 1944 r. oddziały 27 WDP AK wyszły poza pierścień okrążenia, pokonując rozległe bagna nie obsadzone przez nieprzyjaciela. Widocznie Niemcy uznali, że teren ten w okresie wiosennych roztopów jest nie do przebycia. W międzyczasie dowódca dywizji otrzymał od Komendanta Głównego AK rozkaz przejścia za Bug. Kolumna sztabowa skierowała się na zachód i 29 maja 1944 roku przekroczyła Bug w rejonie Durycze. Zgrupowania „Kowala” i „Gardy” nie udało się zawrócić. 27 maja 1944 r. próbę przebicia się przez linię frontu na Prypeci podjęło zgrupowanie „Gardy”, ponosząc duże straty wynoszące około 40% stanu. Na Prypeci zginęło około 120 ludzi a rany odniosło 114 żołnierzy.10 Po tej tragedii zgrupowanie „Kowala” zawróciło i skierowało się na zachód w kierunku Bugu. W rejonie Miedna spotkało się z drugą częścią kolumny sztabowej. W nocy z 9 na 10 czerwca 1944 roku oddziały dywizji przekroczyły Bug jednocześnie w czterech punktach przeprawowych i kierując się na południowy zachód forsownym marszem osiągnęły w dniach 17-20 czerwca 1944 roku rejon lasów Parczewskich. Pobyt w tym rejonie wykorzystano przede wszystkim na odpoczynek i uporządkowanie oddziałów oraz szkolenie.
15 lipca 1944 r. Niemcy rozpoczęli wielką akcję pacyfikacyjną p.k. „Wirbelsturm” (cyklon) przeciw oddziałom zgrupowanym w rejonie lasów Parczewskich. W nocy z 17 na 18 lipca 1944 r. dywizja przebiła się przez zacieśniający się pierścień okrążenia i weszła do kompleksu lasów czemiernickich. Tu w ostatniej dekadzie lipca 1944 r. po raz drugi wzięła udział w „Burzy” na Lubelszczyźnie. W dniach 21-22 lipca 1944 r. zajęła Firlej, Kamionkę, Lubartów, Kock, Michów, opanowując obszar o powierzchni około 180 km kw. W ten sposób zablokowany został kierunek ruchu wojsk niemieckich wyprowadzający z Lublina na Łuków. Do opanowanego przez 27 WDP AK obszaru weszły jednostki sowieckie 29 gwardyjskiego Korpusu Piechoty wchodzącego w skład 8 gwardyjskiej armii l Frontu Białoruskiego. Na spotkaniu z dowództwem wojsk sowieckich uzgodniono dalsze działania dywizji, która wspólnie z korpusem sowieckim miała działać w kierunku na Warszawę. Zamiast kontynuowania wspólnej walki przeciwko okupantowi 27 WDP AK została 25 lipca 1944 r. podstępnie rozbrojona pod Skrobowem. 30 lipca taki sam los spotkał batalion zbiorczy dywizji w Szczebrzeszynie.
Działalność polskiego podziemia niepodległościowego na Wołyniu i utworzenie 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK przebiegały w szczególnych warunkach. Motywy zorganizowania dywizji i rolę, jaką spełniła na Wołyniu, trzeba rozpatrywać na tle zarówno ówczesnych uwarunkowań politycznych (stanowiska polskiego rządu na uchodźstwie w sprawie granicy wschodniej, stosunków polsko-sowieckich), jak i ogólnej sytuacji w tym regionie pod okupacją niemiecką, a zwłaszcza tragedii tamtejszej ludności polskiej, zagrożonej unicestwieniem ze strony nacjonalistów ukraińskich. Wydarzenia na Wołyniu przebiegały bowiem w warunkach antagonizmu narodowościowego podsycanego przez okupantów, walki politycznej o te ziemie, dezorganizacji życia gospodarczego i społecznego. Rozwijały się gwałtownie i nieoczekiwanie. Prace organizacyjne związane z tworzeniem dywizji podejmowane były w czasie, kiedy rzezie ludności polskiej przez OUN-UPA przybrały charakter masowy, a dezorganizacja okupacyjnej administracji sięgnęła szczytu.
27 WDP AK pierwsza rozpoczęła realizację planu „Burza”. Miała ona inny wymiar i przebieg niż późniejsze działania oddziałów AK na pozostałych terenach Polski, a to przede wszystkim ze względu na warunki, rozmach i czas trwania. Działania bojowe 27 WDPAK w ramach planu „Burza”, w swej początkowej fazie, objęły obszar czterech powiatów rozciągający się od rz., Styr do rz. Bug a następnie przeniosły się na tereny południowego Polesia i zakończyły na Lubelszczyźnie.
Już w początkowej fazie działań, na początku marca 1944 r., dowództwo dywizji nawiązało łączność z dowództwem regularnej armii sowieckiej. W wyniku pertraktacji z dowództwem armii sowieckiej ustalono zasady współdziałania taktycznego w walce przeciw Niemcom. Dowództwo sowieckie wyraziło zgodę na respektowanie odrębności organizacyjnej oddziałów AK uznając, że jest to dywizja polska, która ma swoje władze w Warszawie i Londynie.
O rozmowach z przedstawicielami armii sowieckiej, przyjętych ustaleniach i warunkach dowódca 27 WDP AK poinformował KG AK i prosił o akceptację porozumienia. Depesza wywołała duże poruszenie w Komendzie Głównej AK, w Sztabie Naczelnego Dowódcy, a nawet w Rządzie RP. W tym okresie bowiem Rząd polski w Londynie nie utrzymywał żadnych stosunków z rządem Związku Sowieckiego. Próby pośredniczenia Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w sprawie nawiązania stosunków dyplomatycznych nie dawały rezultatu a prowadziły jedynie do bezowocnych rozmów. Tu zaś, na Wołyniu, na polu wspólnej walki doszło do porozumienia, które dawało szansę ożywienia stosunków politycznych między Rządem RP a Związkiem Sowieckim. Oczywiście, daleko było jeszcze do rozwiązania podstawowych problemów w stosunkach między RP a Związkiem Sowieckim, ale zarysowała się niewątpliwie szansa na uznanie przez Sowiety Armii Krajowej jako sojusznika w walce z Niemcami.
Udział 27 WDP AK w akcji „Burza” na Wołyniu i Polesiu miał także wymiar polityczny. Działania dywizji w ramach operacji kowelskiej, a później również na terenie Polesia, były demonstracją polityczno-wojskową, która miała dokumentować polskość Wołynia oraz udział żołnierza polskiego w jego wyzwoleniu. Obecność dywizji na Wołyniu i jej walki z okupantem świadczyły o tym, że państwo polskie istnieje, działa i walczy, posiada legalne władze państwowe reprezentujące ciągłość niepodległego bytu państwowego RP oraz siłę zbrojną walczącą w Kraju. Była zatem demonstracją przed światem suwerennych praw RP do ziem Wołynia. Niestety, wysiłek i ofiary żołnierza 27 WDP AK nie miały żadnego wpływu na rozwiązania polityczne. Decyzje w tej sprawie zapadły na konferencji trzech mocarstw: Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego w Teheranie, bez udziału przedstawicieli RP.
Stosunek Sowietów do formacji Armii Krajowej od początku był nieprzyjazny, a właściwie wrogi. Regulowała go dyrektywa Stawki Naczelnego Dowództwa sowieckiego z 14 lipca 1944 r. o rozbrojeniu polskich oddziałów zbrojnych, podległych emigracyjnemu Rządowi polskiemu.12 Zgodnie z powyższą dyrektywą rozbrajano wszystkie napotkane oddziały AK, aresztując i wywożąc do obozów w głąb Związku Sowieckiego kadrę a nawet żołnierzy. Spotkało to także 27 WDP AK. Nie pomogło powoływanie się na wspólne walki stoczone na Wołyniu i Polesiu. 25 lipca 1944 r. 27 WDP AK przestała istnieć jako jednostka wojskowa.
27 WDP AK była największą jednostką partyzancką, która od stycznia 1944 r. do lipca 1944 r. działała nieprzerwanie jako zwarty i zorganizowany związek taktyczny. Zapoczątkowała akcję „Burza” i najdłużej realizowała jej założenia na Wołyniu i Lubelszczyźnie. Była swoistym fenomenem w polskim ruchu partyzanckim. Prowadząc przez sześć i pół miesiąca uporczywe walki pokonała ponad 600 km. Na swoim szlaku bojowym, w sześćdziesięciu stoczonych większych bojach, poniosła znaczne straty wynoszące: 626 poległych, około 400 rannych, 195 wziętych do niewoli i 1320 zaginionych. Stanowi to 42 % strat w stosunku do pierwotnego stanu dywizji. Oddziały dywizji zadały nieprzyjacielowi straty, które szacuje się na 700-750 zabitych, 900-1000 rannych i 348 wziętych do niewoli.
Czyny bojowe 27 WDP AK nie znalazły należnego uznania w powojennym 50-leciu. O walkach dywizji nie mówiło się lub przedstawiano je w nieprawdziwym świetle. Dlatego wracamy dziś do tych wydarzeń, aby ta skromna cząstka historii walk o niepodległość Polski nie została zapomniana.

Michał Klimecki, Zbigniew Palski

Samoobrona ludności polskiej na Wołyniu w 1943 roku

Początki organizowania samoobrony
Tworzenie pierwszych oddziałów samoobrony odbywało się spontanicznie. Organizowali je lokalni przywódcy społeczności polskiej. Należy sądzić, iż pojawiły się one pod koniec 1942 r. lub na przełomie 1942 i 1943 r. Ich działalność początkowo sprowadzała się do organizowania przez ludność wsi i miasteczek punktów obserwacyjnych, wystawiania straży i patrolowania najbliższej okolicy. Członkowie samoobrony ostrzegali miejscową ludność polską o pojawieniu się nieznanych oddziałów zbrojnych. Część posterunków, wart i patroli działała tylko wieczorem i w nocy, przy czym rzadko uzbrojone były w broń palną.
Kiedy wczesną wiosną 1943 r. rozpowszechniły się informacje o masowych morderstwach dokonywanych na Polakach przez Ukraińców, zaczęto obserwować także pobliskie wsie ukraińskie, powiększono liczbę punktów obserwacyjnych i patroli. Głównym zadaniem stało się także zaopatrzenie powstających placówek w broń palną.
Skuteczność działania pierwszych oddziałów samoobrony nie była duża – sprowadzała się do ostrzegania ludności polskiej przed możliwością napadu. W pierwszym okresie brak uzbrojenia nie pozwalał jeszcze na skuteczne odparcie ataku ukraińskiego.
Trzeba podkreślić, iż wczesną wiosną 1943 r. nie wszyscy Polacy na Wołyniu mieli poczucie zagrożenia. Wielu z nich było przekonanych, że antypolskie wystąpienia mają jedynie ograniczony zasięg, tym bardziej, iż liczne wsie polskie miały dobre stosunki z okoliczną ludnością ukraińską. Zdarzały się także przypadki, iż Ukraińcy uspokajali polskich sąsiadów, twierdząc, że nic im nie grozi. Sądzono także, iż możliwa jest wspólna walka Polaków i Ukraińców z Niemcami. Niektórzy historycy polscy sądzą, iż pogłoski takie były celowo rozgłaszane przez Ukraińców i miały na celu uspokojenie ludności polskiej. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż niektóre środowiska polskie obawiały się, iż rozbudowa oddziałów samoobrony i ich uzbrojenie w broń palną może przyczynić się do zaognienia konfliktu polsko-ukraińskiego. Obawiano się także represji ze strony Niemców.
Jeszcze w maju 1943 r. strona polska oceniała, że wydarzeń na Wołyniu nie można nazwać rebelią całej ludności ukraińskiej przeciw Polakom. Podkreślano, że zagładzie ulegają te osiedla, które się nie bronią. Za skutecznie uzbrojenie uważano przy tym siekiery i widły. Dopiero narastanie ukraińskiego terroru i brak reakcji niemieckich władz okupacyjnych przekonały polską ludność Wołynia, że zorganizowanie skutecznej samoobrony może ochronić życie i mienie mieszkańców zagrożonych wsi i miasteczek. Bezpośrednie zagrożenie życia ze strony uzbrojonych i zorganizowanych grup ukraińskich spowodowało rozwój form samoobrony ludności polskiej. Wystawiano już nie tylko patrole i straże, lecz podjęto tworzenie oddziałów, zdolnych do podjęcia walki z napastnikami. Miały one charakter ludowych milicji i nie były jeszcze zdolne do długiej, planowo prowadzonej obrony przed atakiem liczniejszych, znacznie lepiej uzbrojonych i często sprawnie dowodzonych oddziałów ukraińskich.
W kwietniu 1943 r. doszło do próby obrony polskich wsi np. w Rafałówce koło Przebraża, gdzie udało się odeprzeć atak Ukraińców i w Kutach (Kątach) w powiecie krzemienieckim, mimo obrony zginęło 43 Polaków, a pozostali uciekli do Krzemieńca.

Armia Krajowa wobec wydarzeń na Wołyniu w 1943 roku

Po zajęciu Wołynia przez Niemców w 1941 r. nie udało się stworzyć na tych terenach silnej polskiej organizacji podziemnej. Jak podaje polski historyk W. Filar (…) prace organizacyjne nad rozbudową siatki konspiracyjnej posuwały się zbyt wolno i nie wyszły w zasadzie poza fazę przedwstępną. Przyczyną takiego stanu rzeczy był. m.in. brak na Wołyniu elity i inteligencji, ponieważ zniszczono ją w czasie okupacji sowieckiej, a pozostała na wsi ludność polska była słabo zorganizowana.
W sierpniu 1942 r. Komenda Główna AK wydzieliła Okręg Wołyński z Obszaru nr 3 (Lwów), podporządkowując go bezpośrednio sobie. We wrześniu 1942 r. komendantem Okręgu mianowano płk. Kazimierza Bąbińskiego („Luboń”). Okręgowym Delegatem Rządu został Kazimierz Banach („Jan Linowski”), który przybył na Wołyń 21 listopada 1942 r.
Kiedy wiosną 1943 r. nasiliły się masowe morderstwa na ludności polskiej, okazało się, iż polskie władze podziemne były całkowicie zaskoczone tym faktem. Komendant Główny AK oceniał sytuację na Wołyniu następująco: (…) Ludność polska nękana do ostatnich granic chroni się w większych miastach, w lesie, lub samorzutnie przystępuje do walki z wrogim elementem w obronie życia i dobytku. Taki stan zmusza komendy terytorialne do organizowania czynnej akcji przeciwko wrogim wystąpieniom obcych narodowości. Samoobrona staje się na terenie wschodnim równoległym zagadnieniem co do ważności, jak i przygotowanie się do zadań na okres powstania.
Dopiero wtedy przystąpiono do przeciwdziałania. Komendant Wołyńskiego Okręgu AK 17 maja 1943 r. nakazał zorganizowanie samoobrony w rejonach o przewadze ludności polskiej; utworzenie w rejonach o mniejszym nasileniu ludności polskiej samoobrony w miasteczkach; utworzenie zbrojnych oddziałów dyspozycyjnych i zorganizowanie systemu alarmowego.
W czerwcu skierowano do walki znaczną część kadry dowódczej oraz całość sił wiejskich. Oficerowie z Inspektoratów Łuck i Równe objęli stanowiska dowódcze w ośrodkach samoobrony na północno-wschodnim Wołyniu, uznanym za najbardziej zagrożony.
Doszło jednak do ostrego konfliktu pomiędzy Kazimierzem Banachem a płk Kazimierzem Bąbińskim. Ten pierwszy postulował nawiązanie rozmów z Ukraińcami i znalezienie kompromisu, natomiast dowódca Okręgu AK propozycje te traktował jako „zdradę”. Delegat Rządu chciał także włączenia wszystkich sił AK do samoobrony ludności polskiej, podczas gdy płk „Luboń” zażądał przekazania do swojej dyspozycji mężczyzn w wieku od 18 do 40 lat, aby wykonać plan „Burza”. Energicznie sprzeciwiał się temu Banach, który uważał, że przeprowadzenie „Burzy” na terenie Wołynia znacznie pogorszy stan bezpieczeństwa ludności polskiej.
Próby rozmów z przywódcami ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego zakończyły się tragicznie. W połowie lipca 1943 r. we wsi Kutycze pod Kowlem zostali zamordowani polscy negocjatorzy: przedstawiciel Okręgowej Delegatury Rządu Zygmunt Rumel („Poręba”) i Krzysztof Markiewicz („Czart”, „Boruta”). Wobec klęski koncepcji ugodowej wysuwanej przez K. Banacha, spór między „wojskiem” i „cywilami” został zażegnany i 19 lipca 1943 r. wydano wspólny rozkaz, zapowiadający zespolenie sił wojska (AK) i samoobrony. Już następnego dnia (20 lipca) zadecydowano o utworzeniu oddziałów partyzanckich na Wołyniu. Zgodnie z nią zorganizowano następujące oddziały partyzanckie:
- „Łuna” – pod dowództwem ppor. Jana Rerutko („Drzazga”). Po jego śmierci od 10 listopada 1943 r. oddziałem dowodził por. Zygmunt Kulczycki („Olgierd”). Oddział „Łuna” liczył 107 ludzi i współdziałał z bazą samoobrony w Przebrażu w powiecie łuckim.
- „Jastrząb” – pod dowództwem por. Władysława Czermińskiego („Jastrząb”) liczący około 150 ludzi. Oddział działał w rejonie baz samoobrony w Zasmykach i Kupiczowie w powiecie kowelskim.
- „Bomba” – pod dowództwem kpt. Władysława Kochańskiego („Bomba”, „Wujek”). Oddział liczył około 500 żołnierzy i działał w rejonie bazy samoobrony Stara Huta w powiecie kostopolskim.
- „Strzemię” – pod dowództwem por. Zenona Blachowskiego („Strzemię”). Oddział liczył około 100 partyzantów, działał w rejonie bazy samoobrony Rudnia Lwa w powiecie sarneńskim.
- „Gzyms” – pod dowództwem por. Franciszka Pukackiego („Gzyms”) liczący około 80 żołnierzy. Oddział działał w rejonie ośrodka samoobrony Stójło-Witoldówka w powiecie zdołbunowskim.
- „Ryszard” – dowodzony przez por. Ryszarda Walczaka („Ryszard”). Oddział liczył około 80 ludzi. Działał w obronie ośrodka Lubomirka-Klewań w powiecie rówieńskim.
- „Sokół” – dowodzony przez por. Michała Fijałkę („Sokół”), liczący około 120 żołnierzy. Działał w rejonie samoobrony Zasmyki-Kupiczów w powiecie kowelskim.
- „Kord” – dowodzony przez por. Kazimierza Filipowicza („Kord”). Oddział liczył około 80 partyzantów i współpracował z ośrodkiem samoobrony w Rymaczach-Jagodzinie w powiecie lubomelskim.
- „Piotruś” – dowodzony przez ppor. Władysława Cieślińskiego („Piotruś”), liczący około 80 ludzi. Oddział działał w obronie ośrodka Spaszczyzna-Bielin.

Należy podkreślić, iż decyzje o zorganizowaniu oddziałów partyzanckich wspomagających samoobrony zapadły bardzo późno – w drugiej połowie lipca 1943 r., a więc w okresie szczytowej fali masowych morderstw na ludności polskiej. Były to więc działania spóźnione o kilka miesięcy, co nie świadczy dobrze o orientacji polskich władz podziemnych w sytuacji na Wołyniu. Należy przytoczyć opinię polskiego znawcy tych zagadnień:
Z porównania przebiegu antypolskiej akcji nacjonalistów ukraińskich oraz przeciwdziałania ze strony kierownictwa Okręgu Wołyńskiego i Okręgowej Delegatury Rządu wynika, że radykalne środki w obronie zagrożonej ludności polskiej podjęte zostały z dużym opóźnieniem. Ujęcie w ramy organizacyjne samoobrony, a także utworzenie lotnych oddziałów partyzanckich nastąpiło bowiem już po ostatnich masowych mordach ludności polskiej w zachodnich powiatach Wołynia.
Także 20 lipca ukazała się „Instrukcja w sprawie formowania baz samoobrony i organizacji oddziałów P[artyzanckich]”. Zawierała następującą definicję: bazy oporu to są większe skupiska ludności polskiej (2 wsie), do których w razie zagrożenia winni chronić się mieszkańcy mniejszych osiedli polskich (kolonie) wraz z rodzinami, mieniem ruchomym, inwentarzem i zapasami żywności. Celem bazy winno być organizowanie zbrojnego oporu w wypadku nadejścia band morderczo-rabunkowych, zorganizowanie życia wewnętrznego, służby samoobrony i jej uzbrojenie, wzmocnienie okopami lub zasiekami, a także służenie jako punkt oparcia, zaopatrzenia i rekrutacji do polskich państwowych oddziałów partyzanckich.
Polityczny nadzór nad organizacją samoobrony zachowały organa Delegatury Rządu, ale w praktyce jej rozwój i skuteczność zależała przede wszystkim od pomocy Armii Krajowej.
Dnia 28 lipca 1943 r., a więc już po największej fali rzezi ukraińskich, Wołyński Okręgowy Delegat Rządu Rzeczypospolitej Polskiej K. Banach wydał odezwę do „Obywateli Rzeczypospolitej – Ukraińców Wołynia”. Wezwał społeczność ukraińską do przeciwstawienia się zbrodniczej akcji mordowania bratniego […] narodu i nurzania wszystkich […] ludzkich i narodowych uczuć w strumieniach niewinnej krwi. Polaków natomiast wezwał do tworzenia „samodzielnej polskiej samoobrony”. Jednocześnie przestrzegał, iż pod żadnym pozorem nie wolno współpracować z Niemcem. Wstępowanie do milicji i żandarmerii niemieckiej jest najcięższym przestępstwem wobec Narodu Polskiego. Milicjanci – Polacy, którzy by wzięli udział w niszczeniu zagród oraz w mordowaniu kobiet i dzieci ukraińskich wykreśleni zostaną z szeregów Narodu Polskiego i będą ciężko ukarani. (…) Współdziałanie z bolszewikiem jest takim samym przestępstwem, jak współdziałanie z Niemcem. Wstąpienie do oddziałów partyzantów sowieckich jest zbrodnią. Żaden Polak nie może się tam znaleźć. (…) Polacy szanują niepodległościowe dążenia Ukraińców. Nie chcą i nie mają powodów dążeń tych atakować i osłabiać. Z uczciwymi organizacjami ukraińskimi jesteśmy gotowi zawsze nawiązać jak najbardziej ścisłą i braterską współpracę.
Występujemy przeciwko Ukraińcom tylko we własnej samoobronie, tylko wtedy, kiedy jesteśmy przez nich z ich własnej woli lub na skutek podszeptów wspólnych naszych wrogów atakowani.
Jak widać, Delegat Rządu nawet wtedy nie wyzbył się złudzeń, co do rzeczywistej postawy ludności ukraińskiej wobec Polaków. Nic nie wiadomo, aby ta odezwa odniosła jakiś dostrzegalny skutek.
Dotychczasowe doświadczenia wskazywały na małą skuteczność obrony mniejszych skupisk polskich. Dlatego też dążono do tworzenia silnych baz obronnych z kilkunastu wsi o dużych skupiskach ludności polskiej. Takie bazy miały być bronione przez oddziały miejscowe, wykorzystujące umocnienia polowe, między innymi rowy strzeleckie, bunkry drewniano-ziemne i różnego rodzaju zasieki.
Jednym z największych problemów było zdobycie odpowiedniej ilości broni, zarówno przez samoobrony, jak i wspomagające je oddziały partyzanckie. Pozyskiwano ją przede wszystkim od Niemców, którzy w niektórych przypadkach, głównie w powiatach łuckim, horochowskirn i krzernieniecki, sami zaopatrywali w nią Polaków. Broń otrzymywano także od radzieckich oddziałów partyzanckich m.in. za żywność i informacje wywiadowcze. Korzystano także z broni ukrytej na pobojowiskach z 1939 i 1941 r. Mimo różnych źródeł zaopatrzenia, zawsze brakowało odpowiedniej ilości broni, a jej stan techniczny był często bardzo zły. Wobec takiego stanu rzeczy część członków samoobrony wyposażona była jedynie w pałki, siekiery, widły, a nawet wykonane w warsztatach piki.
Pierwszy większy ośrodek polskiej samoobrony zorganizowano na początku maja 1943 r. w Pańskiej Dolinie w powiecie dubieńskim. Ośrodek ten stoczył ciężkie walki, odpierając trzy napady UPA: 22 czerwca, 27 lipca i 15 sierpnia, 1943 r . Następną ważną bazą samoobrony było miasteczko Bożyszcze (powiat łucki), położone nad Styrem. W Bożyszczach i okolicznych miejscowościach schroniło się około 15.000 Polaków. Dnia 27 czerwca nacjonaliści ukraińscy dokonali napadu na Wasylówkę i Retnówkę, wsie będące częścią systemu obronnego rejonu Bożyszcz.
Jedną z największych, a jednocześnie najbardziej znaną bazą samoobrony było Przebraże w (powiat sarneński). Na początku czerwca zgromadziło się w tej wsi około 18.000 ludzi. Dnia 5 lipca oddziały banderowskie zaatakowały Przebraże, zostały jednak odparte. Poniosło jednak śmierć kilkuset Polaków z okolicznych wsi, dziesięć pobliskich miejscowości polskich zostało spalonych przez banderowców. Do największych walk o tę bazę samoobrony doszło 30 sierpnia. Banderowcy skoncentrowali wówczas ponad 4.000 ludzi. Jednak część sił UPA została związana przez polską bazę w Bożyszczach, która zorganizowała odsiecz. Polacy otrzymali także pomoc od radzieckiego oddziału partyzanckiego, dowodzonego przez Nikołaja Prokopiuka. Te skoordynowane działania zmusiły banderowców do ucieczki. Od tego czasu nacjonaliści ukraińscy i “czerń” nie były w stanie poważnie zagrozić polskiej samoobronie w Przebrażu.
Innym dużym ośrodkiem była Huta Stepańska w powiecie kostopolskim, gdzie schroniło się od 16.000 do 18.000 ludności polskiej. Samoobroną dowodził kpt. Władysław Kochański (“Bomba”). Dnia 7 lipca UPA rozpoczęła koncentrację w tym rejonie, a 16 lipca banderowcy, przygotowując się do ataku, spalili 15 miejscowości przylegających do Huty Stepańskiej. Uderzenie rozpoczęło się tego samego dnia. Dwa dni później, 18 lipca, dowództwo samoobrony, widząc przewagę Ukraińców, zdecydowało się na przerwanie pierścienia okrążenia. Plan ten powiódł się. Ludność cywilną ewakuowano w rejon Wydymaru pod Włodzimiercem, skąd rozjechała się do Kowla, Sarn i Przebraża. W obronie Huty Stepańskiej zginęło około 40 osób. Natomiast ponad 300 zostało wymordowanych przez banderowców, kiedy przed przerwaniem okrążenia doszło do paniki i część ludności próbowała ucieczki z zagrożonej miejscowości.
Zorganizowane ośrodki samoobrony polskiej z powodzeniem walczyły z banderowcami i “czernią” od lipca do grudnia 1943 r. Oddziały samoobrony w większych ośrodkach szkolono wojskowo i formowano w plutony i kompanie. Na wniosek dowódców samoobrony, inspektoraty AK zatwierdzały ich organizację oraz skład kadry dowódczej, wprowadzając te oddziały do planów likwidacji okupacji i przywrócenia polskiej administracji. Do skutecznej obrony doszło m.in. w lipcu: w Antonówce (powiat łucki), gdzie przyszła polska odsiecz z Łucka, w Tuczynie (powiat równieński) - tu pomocy Polakom udzieliły oddziały niemieckie, a także w Bielinie (powiat włodzimierski); w sierpniu: w Chołownicy (powiat równieński); we wrześniu: w Worczynie (powiat włodzimierski); w listopadzie: w Różynie (powiat kowelski); w grudniu: w Ostrówkach (powiat lubomelski), w Rudni Lwiej (powiat sameński), w Dąbrowie (powiat kowelski) i w Witoldówce (powiat zdołbunowski). Ludność polska musiała się ewakuować tylko z Różyny. Oddziały samoobrony w większych ośrodkach po przeszkoleniu formowano w plutony i kompanie. Na wniosek dowódców samoobrony inspektoraty AK zatwierdzały ich organizację oraz skład kadry dowódczej, wprowadzając te oddziały do planów likwidacji okupacji i przywrócenia polskiej administracji.
Oddziały partyzanckie AK skutecznie wspierały polskie ośrodki samoobrony. Np. 12 listopada 1943 r. oddziały “Jastrzębia” i “Sokoła”, operujące w rejonie bazy samoobrony w Zasmykach, zdobyły po walkach z UPA miasteczko Kupiczów (powiat kowelski). Przez kilka kolejnych dni odpierano z powodzeniem banderowskie ataki, zmierzające do odbicia miejscowości. Dnia 16 listopada UPA zaatakowała, także bezskutecznie, bazę polskiej samoobrony w Starej Hucie (powiat kostopolski), wspieraną przez oddział AK kpt. “Bomby” i partyzantki radzieckiej kpt. Kotlarzewa. Oddziały AK w 1943 r. stoczyły na terenie Wołynia około 150 walk.
Silne ośrodki samoobrony nie tylko broniły znajdującej się w nich ludności cywilnej, ale także starały się udzielać pomocy innym polskim skupiskom zagrożonym lub już zaatakowanym przez ukraińskie oddziały nacjonalistyczne. Zwiększenie szans przetrwania dla polskich ośrodków zapewniały uderzenia na sąsiednie wioski ukraińskie, stanowiące bazę dla oddziałów UPA. Np. Polacy z Przebraża zaatakowali Hawczyce, będące ostoją dla banderowców usiłujących opanować polską wieś Rafałówka. Dokonali także dwóch wypadów na Trościaniec, gdzie znajdowała się podoficerska szkoła UPA. W pierwszym z nich po walce zabrano z apteki lekarstwa, w drugim zaś spalono część wsi i zabito kilkudziesięciu Ukraińców. Na początku lipca oddziały samoobrony z Huty Stepańskiej zniszczyły oddział banderowców w Melnicy, a w nocy z 11 na 12 lipca we wsi Butejki. Dnia 31 sierpnia oddział “Jastrzębia” z Zasmyk zaatakował Groszówkę, gdzie rozpędził koncentrujących się tam kilkuset ukraińskich chłopów, przygotowujących się do mordowania Polaków. W październiku dwustuosobowy oddział samoobrony z Przebraża uderzył na wieś Omelno, niszcząc znajdujący się tam ośrodek banderowski. Przebrażanie wykonali także wypad na Sławatycze (27 października), w których zabito ponad 20 banderowców.
Ponieważ w ośrodkach samoobrony skoncentrowane było niejednokrotnie kilkanaście tysięcy ludności, bardzo ważną sprawą stało się zapewnienie aprowizacji. Z powodu zagrożenia ze strony Ukraińców nie można było zebrać plonów w wielu miejscowościach. W innych żniwa możliwe były tylko pod ochroną silnej, uzbrojonej eskorty. W tej sytuacji podejmowano również wypady na wsie ukraińskie w celu zdobycia zaopatrzenia. Np. pod koniec listopada Polacy z Przebraża uderzyli na Żurawicze i Omelno, zdobywając mąkę, zboże i bydło.
Dokonując wypadów na ośrodki ukraińskie, Polacy także stosowali terror w stosunku do ludności cywilnej. Rozpoczęto stosowanie zasady zbiorowej odpowiedzialności. Na rzezie, rozboje i rabunki odpowiadano zbrojnymi odwetami, zabijaniem, rekwizycjami i rabunkami. Zabijanie poczytywano za cnotę. Młodzieńcy, którzy potracili całe rodziny rylcami na kolbach karabinów rejestrowali swe ofiary . Ludzka sprawiedliwość schodziła na skraj zwierzęcej zemsty. W walkach z UPA jeńców brano tylko w sporadycznych przypadkach, nie oszczędzano również mężczyzn schwytanych bez broni.
Trzeba jednak podkreślić, że akty polskiej zemsty zdarzały się rzadko i nigdy nie osiągnęły takiej skali i okrucieństwa, jak “wyczyny” Ukraińców. Najwyższe jednorazowe straty wśród ludności cywilnej, jakie odnotowano, to 22 Ukraińców zabitych na początku października 1943 r. we wsi Zamoście w powiecie włodzimierskim. Godne uwagi jest także i to, iż polscy badacze, w przeciwieństwie do historyków ukraińskich, nie starają się ukrywać polskich działań antyukraińskich. Np. W. Romanowski podaje, że w odwecie za wymordowanie 24 maja 300 Polaków we wsi Niemila (powiat kostopolski), oddział polski dowodzony przez por. L. Osieckiego, korzystając ze wsparcia partyzantów radzieckich zabił około 400 Ukraińców, mieszkańców wsi Wilia. Także na przełomie listopada i grudnia dokonano kilku pacyfikacji wsi ukraińskich, zagrażających Pańskiej Dolinie w powiecie dubieńskim. Należy zwrócić uwagę na fakt, że niektóre oddziały partyzanckie tworzone były z członków samoobrony ośrodków wcześniej rozbitych przez ukraińskich nacjonalistów lub były zasilane przez mieszkańców zagrożonych wsi. Żołnierze tych oddziałów bardzo często utracili swych najbliższych zamordowanych przez nacjonalistów, bardzo często także oglądali ich zmasakrowane zwłoki i szczątki innych Polaków. Polskie władze podziemne starały się przeciwdziałać niekontrolowanym odruchom odwetu. Np. pchor. Tadeusz Halicz-Korona, który w sierpniu dokonał pacyfikacji Kleczkowicz, Turowicz i Klewiecka został postawiony przed sądem polowym i skazany na karę śmierci. Wyroku nie wykonano na skutek interwencji inspektora rejonu Kowel mjr. Jana Kowala-Szatowskiego. Akcje niektórych oddziałów partyzanckich AK przeciwko ludności ukraińskiej ponownie odnowiły spór między K. Banachem i płk. K. Bąbińskim. Ostatecznie z Wołynia odwołano zarówno Delegata Rządu, jak i Komendanta Okręgu AK.
Obecny stan badań nie pozwala jeszcze na precyzyjne określenie liczby polskich samoobron na Wołyniu. Według Adama Peretiakowicza istniało około 300 takich ośrodków, z których 129 przetrwało do. wejścia wojsk radzieckich. Natomiast 49 ośrodków uległo ukraińskim oddziałom nacjonalistycznym lub ich załogi wycofały się przed rozpoczęciem się ataku, ale w obu przypadkach przynajmniej część polskiej ludności cywilnej uciekła lub została ewakuowana. Według tego badacza dziewięć ośrodków uległo, a chroniona przez nie ludność cywilna została wymordowana, 29 nie podjęło walki i ludność cywilną także wymordowano. Z kolei Władysław Filar i Andrzej Sowa podają, iż na Wołyniu powstało około 100 baz i ośrodków samoobrony. A. Sowa pisze także, iż do czasu. wejścia wojsk sowieckich dotrwało około 60 ośrodków. Reszta miała ulec zniszczeniu lub została, ewakuowana przez obrońców. Jak widać, rozbieżności są bardzo duże.
Według Ewy i Władysława Siemaszków największą rolę w obronie ludności polskiej odegrało 15 ośrodków samoobronnych: Pańska Dolina (powiat dubieński), Zaturce (powiat horochowski), Huta Stara z sąsiednimi wsiami i koloniami (powiat kostopolski), Zasmyki (powiat kowelski), Dąbrowa (powiat kowelski), Rybcza (powiat krzemieniecki), Dederkały (powiat krzemieniecki), Jagodzin i Rymacze z dwiema sąsiednimi koloniami (powiat lubomelski), Antonówka Szepelska (powiat łucki), Rożyszcze (powiat łucki), Przebraże z przyległymi koloniami (powiat łucki), Bielin (powiat włodzimierski), Witoldówka (powiat zdołbunowski), Ostróg (powiat zdołbunowski) .

Podsumowując działalność polskich samoobron na Wołyniu w 1943 r. należy stwierdzić, iż do największych, obejmujących kilka wsi, chronionych przez stosunkowo zdyscyplinowane i przynajmniej pobieżnie wyszkolone oddziały, dysponujących polowymi fortyfikacjami należały: najbardziej znane Przebraże oraz Huta Stepańska, Pańska Dolina, Rożyszcze, Żytyń, Rybcza, Młynów, Szumsk, Stara Huta, Bielin i Zasmyki. Chroniło się w każdym z nich w najgorętszym okresie lata 1943 r. od kilku do kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Największe bazy polskiej samoobrony były niemal niezależne od okupanta, miały własną cywilną administrację, siłę zbrojną i milicję, wywiad oraz zawiązki niektórych służb publicznych. Ochrona akcji żniwnej oraz zdobywanie żywności we wsiach ukraińskich zapewniła przeludnionym polskim bazom minimum żywności i pozwoliła na przedłużenie ich istnienia na 1944 r. Okrzepnięcie ośrodków samoobrony oraz pojawienie się w drugiej połowie lata 1943 r. oddziałów partyzanckich pozwoliło na rozpoczęcie działań zaczepnych i prewencyjnych przeciwko bazom i wsiom, będącym miejscami postoju lub koncentracji oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii. Aktywność i determinacja oddziałów partyzanckich umożliwiły przetrwanie znacznej, chociaż trudnej do precyzyjnego oszacowania, liczbie ośrodków samoobrony na Wołyniu i stopniowo sparaliżowała w niektórych rejonach aktywność oddziałów UPA.

Działania, ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego (zabójstwa, palenie gospodarstw i zmuszanie do ucieczki) miały przynieść - w stawianych przez inicjatorów celach - usunięcie polskiej ludności z Wołynia. Społeczeństwo polskie i władze podziemia zostały zaskoczone zarówno rozmachem jak i bezwzględnością postępowania ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Słabość polskich organizacji konspiracyjnych oraz spory co do środków, jakie należy przeznaczyć na cele bieżące, a więc przede wszystkim dla samoobrony, spowodowały, iż bardzo późno podjęto decyzję o obronie ludności. W tych warunkach oddolne tworzenie na Wołyniu wiosną 1943 r. placówek samoobrony ograniczyło rozmiary polskich strat. Samoobrona chroniła również cywilizacyjny dorobek pokoleń Polaków, a więc polskie prawa do tego skrawka Europy, wynikające między innymi z wielowiekowej obecności polskiej ludności i jej instytucji.
Tragiczne wydarzenia na Wołyniu w 1943 r. pogłębiły mentalną przepaść pomiędzy obu narodowościami. Polacy nie wyobrażali sobie możliwości dalszego zgodnego współżycia z Ukraińcami na kresach. Według oceny gen. Tadeusza Komorowskiego: “ludność kresowa zajmuje stanowisko bezkompromisowe wobec naszych mniejszości i nie chce uznać ich emancypacyjnych dążeń”.
Polacy zamieszkujący Wołyń uznali Ukraińców za wroga numer jeden, znacznie groźniejszego niż “bolszewicy” czy Niemcy. Oto typowa ocena postaw ukraińskich w tym okresie: “Związawszy się z przegraną sprawą Hitlera, dali się Ukraińcy najpierw użyć jako pachołki katowskie podczas pamiętnego wymordowywania ludności żydowskiej. Później, z własnej woli, choć nie bez obcego podpuszczenia, mordowali Polaków na Wołyniu (...). Niezatartą w historii narodu ukraińskiego hańbą pozostanie fakt, iż bohaterowie z tej “powstańczej armii” woleli mordować bezbronne kobiety i dzieci, niż z daleka choćby zobaczyć sowiecki lub niemiecki czołg”. Winę za zbrodnie na Polakach ponoszą członkowie ukraińskich formacji nacjonalistycznych, przede wszystkim Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów - frakcja Stepana Bandery i Ukraińska Powstańcza Armia. Trzeba jednak podkreślić, iż w eksterminacji ludności polskiej masowo wzięła udział także wiejska ludność ukraińska, przez banderowców nazywana czernią. Trudno jest odgadnąć, z jakich przyczyn popełniała morderstwa - czy pod wpływem idei nacjonalistycznych, czy z chęci zysku. Być może “czerń” kierowała się tymi dwoma motywami naraz. Warto też pamiętać, że pod pozorami walki narodowościowej krył się także zwykły bandytyzm, w okresie okupacji silnie rozpowszechniony na terenie całego kraju. Znamiona bandytyzmu noszą liczne pojedyncze mordy, chętnie we wspomnieniach traktowane jako rezultat konfliktu polsko - ukraińskiego.
Podkreślenia wymaga fakt, że pozostała część społeczeństwa ukraińskiego nie podjęła większych wysiłków, aby powstrzymać lub przeciwstawić się morderstwom i w części, przynajmniej milcząco, akceptowała je. Przyzwolenie na eksterminację Polaków ułatwiało nacjonalistom nadanie podjętym przez nich działaniom wielkiego rozmachu. Z tego powodu w 1943 r. określenie - Ukrainiec stało się dla Polaków - i to nie tylko z Kresów Wschodnich - synonimem zwyrodniałego mordercy.

Tekst za IPN