SS Galizien - patrioci czy zbrodniarze? 


Fragmenty książki  Prof. Edwarda Prusa

BEZ WYRZUTU SUMIENIA

Po cięgach otrzymanych przez siły zbrojne III Rzeszy pod Moskwą, Stalingradem i Kurskiem, wystraszona "międzynarodówka" faszystowska postanowiła przyjść fuhrerowi Niemiec, Adolfowi Hitlerowi ze skuteczną pomocą. Ruszyli hurmem nazisci z Norwegii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Chorwacji, Danii, Holandii. Belgii. Do tej plejady "faszystowiskich gwiazd" postanowili także dołączyć kolaborujący z Niemcami skrajni nacjonaliści ukraińscy, a ścisłej wschodniomałopolscy (galicyjscy) proweniencji melnykowskiej, ale nie tylko: czas pokazał, że również banderowców wśród "ratowników hitleryzmu" nie brakowało. Zresztą nie było różnicy doktrynalnej między banderowcami (Stepana Bandery), a melnykowcami (Andrija Melnyka). Wywodziły się przecież oba nurty polityczne z tego samego faszystowskiego źródła - Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (powstałej w 1929 roku pod wodzą Jewhena Konowalca), przeto obie frakcje posługiwały się (i posługują) tym samym skrótem -OUN. Obie też w życiu praktycznym wyznawały faszystowską ideologię opracowaną przez Dmytra Doncowa, który ukraińskim nacjonalistom wskazywał drogę, którą winni dążyć i wzorzec. Wzorcem były hitlerowskie Niemcy, a droga, którą należało kroczyć, to droga przez nich wytyczona. Doncow pisze wprost, że "wyłożona (przez niego) ideologia nie jest fantazją, ani też rozumową teorią - jest ona praktycznym wyznaniem wiary wszystkich zdrowych i szlachetnych ras". Natomiast "wyśmiewana przez filistrów filozofia... niemieckiego nacjonalizmu Deutschland uber Alles powinna stać się - mutatis mutandis - również naszym hasłem". Wreszcie: "Siłę tę możemy zdobyć wówczas, gdy przejmiemy się nowym duchem, nową ideologią. Przed każdym narodem staje dylemat: albo przemoc, albo zginąć" (D.Doncow, Nacjonalizm, Żółkiew 1926). Przypomniał o tym wszystkim światu historyczny reportaż filmowy Juliana Heydy'ego wyemitowany 7 stycznia 2001 roku przez londyńską niezależną telewizję ITV pt. SS in Brittain (SS w Wielkiej Brytanii). Film dosłownie zbulwersował świat, zwłaszcza flegmatycznych Brytyjczyków, którzy się dowiedzieli, ku swojemu zdziwieniu i zaskoczeniu, że wraz z nimi żyją "przemieszani" od ponad pół wieku, groźni zbrodniarze wojenni, a także pospolici mordercy mający ręce po łokcie zbroczone krwią polską, żydowską, słowacką i in. Dowiedzieli się wreszcie prawdy, że władze Zjednoczonego Królestwa nigdy nie ujawniły materiałów dotyczących osiedlonych na Wyspach ukraińskich grenadierów SS. Teraz już wiedzą dlaczego: w dobie zimnej wojny wojacy 14 Dywizji stanowili zbyt cenny materiał dla brytyjskich służb specjalnych; wielu ukraińskich esesmanów było przez te służby zwerbowanych. Zatem nie było na Wyspach klimatu, ani dobrej woli wszczęcia śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych w Polsce, Słowacji czy Jugosławii. Nie było też takiego klimatu (i nadal nie ma) w Polsce. Na ten właśnie ważny szczegół zwrócili uwagę dwaj angielscy publicyści Nicolas Hellen i Edin Hamzic w artykule War crimes hunt for SS division sent to Britain ("The Times", 24.12.2000). Nie ukrywają, iż mają do czynienia ze zbrodniarzami wojennymi, których zbrodnie w Wielkiej Brytanii zostały utajnione, a ich sprawcy nadal są bezkarni, choć naturalną koleją losu, po pół wieku, jest ich coraz mniej. Podniesiono też w całej tej sprawie wątek polski, zbrodni popełnionych na przedwojennych ziemiach kresowych Rzeczypospolitej przez ukraińskich esesmanów legitymujących się polskim obywatelstwem. Autorzy przypominają udział dywizji SS-Galizien (bo to o niej mowa) w zbrodniach dokonanych na ludności cywilnej, na partyzantach polskich i sowieckich, na powstańcach słowackich. Rzecz jasna inne zdanie w tej sprawie, co należy przyjąć ze zrozumieniem, ma Jarosław Hrycak, pracownik naukowy uniwersytetu lwowskiego, noszącego dziś imię Iwana Franki nadane mu przez Sowietów w 1939 roku, tak jakby to on, a nie król polski Jan Kazimierz, był jego założycielem. Hrycak przede wszystkim mówi o filmie: "Hendy znalazł temat, który wydawał mu się ważny, kontrowersyjny, trochę sensacyjny. Reżyser staje w aureoli człowieka walczącego z kolaboracją, zbrodniami wojennymi. Nie przypadkowo w filmie pojawiają się zdjęcia z Kosowa, które z II wojną światową nie mają nic wspólnego. Prawie przez cały czas dźwięczy podniosła wschodnia pieśń (sic!) "Bogurodzica", która w zestawieniu ze zdjęciami przedstawiającymi okrucieństwo wojenne rzeczywiście robi wrażenie. Nie zmienia to jednak faktu, że film jest zmanipulowany, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze zmanipulowany. Człowiek, który nie jest historykiem, całkowicie uwierzy w to, co ma mu do powiedzenia reżyser". Dobrym prawem każdego obywatela jest bronić godności osób, które mogą wejść do tradycji narodowej i służyć za wzór dla młodego pokolenia. Historyk, Jednak musi zapomnieć kim jest i wbrew polityce iść pod prąd głosząc prawdę, U nic mijając się z nią. "Dla mnie jako historyka - mówi dalej Hrycak - film Hendy'ego jest całkiem nieprzekonywujący. Z jednej strony dokument zrobiony jest bardzo profesjonalnie. Z drugiej jednak, gdy autorowi brakuje argumentów historycznych, odwołuje się do emocji. Żaden z ekspertów występujących w filmie nie przedstawia dowodów na to, że SS-Hałyczyna (SS-Galizien - E.P.) popełniła jakieś zbrodnie wojenne. Są tylko sugestie... Zamiast dokumentów mamy relacje świadków... Gdzie są jednak dowody? Jeżeli ich nie ma, to nie ma zbrodni" ("Gazeta Wyborcza", 27-28.01.2001).  Już z tych informacji można wysnuć wniosek, że spośród wielu nie zakończonych jeszcze spraw z czasów ostatniej wojny, żywe reakcje nadal budzi problem udziału Ukraińców w formacjach zbrojnych SS. Sprawę można by pozostawić do rozliczenia samym Ukraińcom, ale zbrodnie, jakich się dopuściła ta formacja, między innymi na Polakach z Kresów, i próby gloryfikacji esesmanów, szczególnie na tzw. Zachodniej Ukrainie, nie pozwalają przejść obojętnie obok całej, nabrzmiałej sprawy. Jak miecz Damoklesa zawisła nad głowami dywizyjników, jak siebie nazywają ukraińscy esesmani, groźba pozbawienia brytyjskiego obywatelstwa, ekstradycji, sądu i odwleczonej kary. Blady strach padł na starych już przecież zbirów. - Dajcie nam spokój -wołają. -Skąd ten sztucznie rozniecony rejwach? Gdzie były władze przez pół wieku? Czemu dopiero teraz się obudziły. Medialny raban tylko niepotrzebnie obudzi dawne animozje i wzajemne urazy między narodami. Drżą także z przestrachu i ci mołojcy, którzy dotąd żyli w Polsce pod fałszywymi nazwiskami, niekiedy nazwiskami swoich ofiar, a już dziś się z tym nie kryją. Fala artykułów i rozliczeniowych komentarzy przetoczyła się przez prasę, radio i TV świata, nie ominęła także Polski. W Polsce temat podchwyciły niektóre dzienniki i podały informację o ożywionej działalności kombatanckich organizacji ukraińskich w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i USA. Piętnują dowódców i wojaków SS-Galizien. Bodajże tylko raz na łamach poczytnego dziennika znalazł się materiał biorący w obronę ukraińskich esesmanów; poparł go bałamutny reportaż filmowy wyemitowany w lutym 2001 roku przez 3 program TV po ukraińsku (Telenowyny) z wyselekcjonowaną obsadą komentatorów, a do tego mało kompetentnych. Tak naprawdę to na uwagę zasługują tylko dwa nazwiska: Jacek E. Wilczur z łam "Życia Warszawy" i Andrzej Rybicki z "Naszego Dziennika". Czy wieść o pobycie ukraińskich esesmanów na Wyspach jest rzeczywiście odkryciem? I czy wyświetlenie ich sprawy pozwoli zamknąć jeden z najbardziej ponurych epizodów II wojny światowej? Są co do tego wątpliwości. Jeżeli ten ważny problem będzie omawiany w Polsce tak jak obecnie, to zostanie jako nierozstrzygnięty przekazany przyszłym pokoleniom. Rzecz w tym, że obok materiału fachowego znalazły się w polskiej prasie, radiu i TV informacje bałamutne, lub celowo zamazujące omawianą kwestię, służące jakiejś obronie "strasznych dziaduniów". Właśnie im, m.in. pospieszył z pomocą "dyżurny satyryk kraju". Niby się zgadza z rzeczowymi opiniami nadchodzącymi znad Tamizy, ale jednocześnie ma zastrzeżenia. Ukraińscy esesmani niby mordowali, ale..., niby byli w Hucie Pieniackiej i Podkamieniu, ale... i tak do końca. Przypomina to dowcip o alkoholiku: pije ale z obrzydzeniem. Cały Grzegorz Motyka! O nim bowiem mowa. Właśnie on, jak na zawołanie zabrał głos czterokrotnie, w dużej mierze "terkotnie i kłamliwie", a przede wszystkim mało kompetentnie. Najpierw w TV przekonywał widzów, że jak dotąd, w Polsce na temat SS-Galizien nikt nie pisał, bo polscy historycy myśleli (rzekomo), że dywizja SS-Galizien zakończyła swój żywot pod Brodami w lipcu 1944 roku. Poźniej w pierwszym programie radia zmienił zdanie mówiąc, że owszem polscy historycy wiedzieli "od dawna", że wojacy SS-Galizien znajdują się w Anglii. Natomiast na tamach "Wprost" (14.01. 2001) dał już upust fantazji i lancknechtowską jednostkę nazwał "Hałyczyna", poddając jednocześnie w wątpliwość zbrodnie popełnione przez jej mołojców. Nie należy zatem się dziwić, że czytelnicy londyńskiego pisma "Głos Emigracji'" i "Kwartalnik Kresowy" (nr 8) przyznali G. Motyce "Ośle Uszy". W uzasadnieniu napisano: "Dr Grzegorz Motyka w napisanych przez niego dwu książkach (jedna Pany i rezuny, wspólnie z A. Wnukiem) oraz kilku rozprawach "historycznych", nie zna lub często nie liczy się z faktami historycznymi, nagina je do potrzeb swoich teorii, przemilcza niewygodne mu fakty historyczne, bezkrytycznie daje wiarę propagandzie nacjonalistów ukraińskich i przyjmuje je za fakty, demonstruje duże luki w posiadanych wiadomościach z zakresu interesującej go tematyki i chociaż pisze o stosunkach polsko-ukraińskich, nie zna ani języka ukraińskiego, ani dialektu galicyjskiego, co zamyka mu drogę do wielu źródeł. Wydaje się nam historykiem niedokształconym w tematyce jego zainteresowań i jest raczej publicystą szkodliwych sprawie polskiej teorii. Odnosimy wrażenie, że zamierza robić karierę idąc za popularnym dziś w niektórych kołach politycznych prądem, przemilczającym lub starającym się zafałszować prawdę, któremu też dla jemu wiadomych powodów być może postanowił służyć". Mały Hryćko jeszcze koszulę w zębach nosił, gdy autor tych zdań na temat SS-Galizien publikował prace w "Wojskowym Przeglądzie Historycznym" w książce Melnykowcy - kolaboracja, czy opór i jeszcze w kilku innych - łącznie z Rycerzami żelaznej ostrogi. Można tych pozycji nie dostrzegać, ale nie można wykręcać się nieznajomością osiągnięć badawczych Jacka E. Wilczura, czy tak podstawowego dzieła, jak pozycja Aleksandra Kormana Nieukarane zbrodnie SS-Galizien (Londyn 1990). W sukurs Motyce przyszedł Paweł Smoleński z łam "Gazety Wyborczej" - i właśnie on już wiele razy (obok J. Hugo-Badera) dowiódł, że ta gazeta z polskością ma związek bardzo luźny. Już na wstępie swojego artykułu Nie wszystkie koty są czarne ("G.W." 10.01.2001) stwierdza oczywiście jako publicysta, nie zaś historyk: "Z oskarżeniami Ukraińców o zbrodnie wojenne trzeba uważać. SS-Galizien. to nie było to samo SS. Dla Ukraińców to była najpierw szansa walki z Sowietami, a pod koniec wojny ocalenie przed nimi". Teraz akapit, zdaje się dla Smoleńskiego bardzo istotny, choć to najważniejsze zachował na koniec: "Dla Polaków członkostwo w SS to wyrok, hańba, niesława. Jednak SS-Galizien to nie było zwykłe, niemieckie SS, ani nawet oddziały Waffen SS złożone z fanatycznych nazistów: Norwegów, Holendrów, Brytyjczyków (chyba Bretończyków -E.P.), Francuzów (sic!). Dla wielu Ukraińców -jakkolwiek naiwnie by to zabrzmiało - walka w Waffen SS była jedyną możliwością bicia się z bolszewikami, a pod koniec wojny jedyną drogą ucieczki przed Armią Czerwoną. SS-Galizien, podobnie jak oddziały Waffen SS utworzone w krajach bałtyckich, nie zostały uznane za formację zbrodniczą (?), choć przeciwko jej żołnierzom prowadzono szereg śledztw, w tym kilka polskich, m.in. zorganizowane przez polski rząd w Londynie". Najważniejsze dla publicysty "G.W" są niewątpliwie zdania końcowe: "Ostatnie kilkadziesiąt lat walki o niepodległą Ukrainę, w tym epizod z SS-Galizien, to nieustanne pasmo dramatów. Trzeba wielkiego wyczulenia na historyczny szczegół, kontekst, melodię, by nikogo nie skrzywdzić. Nie wolno mówić - jak powiedział "Życiu"  prof. Leon Kieres z Instytutu Pamięci Narodowej - że nie można wykluczyć, iż Polska poprosi o ekstradycję 1,5 tys. weteranów SS-Galizien...   Brytyjski film, wsparty polskimi relacjami i komentarzami, może obudzić upiory, które - wielu miało taką nadzieję - zostały uśpione na zawsze".   Ja bym tych "upiorów" się nie bał - przeciwnie właśnie bym je obudził. Jestem zwolennikiem, jak Żeromski, rozdrapywania ran żeby się nie zabliźniły błoną podłości. Nie było upiorów gdy rozdrapywano rany Oświęcimia, nic się nie stało nadzwyczajnego, jak ujawniono prawdę o Katyniu, także nic się nie wydarzy wyjątkowego (a tylko cos pięknego i wielkiego), gdy zostaną ujawnione zbrodnie SS-Galizien, a "przy okazji" także zbrodnie jej siostrzanej UPA popełnione na Polakach, Żydach, Cyganach, Ukraińcach. Oczyszczona zostanie atmosfera, zniknie nieufność między naszymi narodami, zatriumfuje Prawda, która leszcze nikomu nie zaszkodziła, kłamstwo zaś, które trwało ponad 50 lat, jest wciąż bardzo niebezpieczne. Czas najwyższy przerwać tę męczącą oba narody zmowę milczenia!

W omawianym angielskim filmie wystąpiło kilka autorytetów historycznych i świadków zdarzeń. Z reportażu wynika, że na Wyspach mieszka rzeczywiście jeszcze około 1,5 tys. dywizyjników -część z nich to ludzie w podeszłym wieku, ale podejrzani o dokonanie zbrodni ludobójstwa na terenie Polski, Słowacji i Jugosławii. "Nie wolno pozwolić by mordercy spali spokojnie" - powiedział BBC przewodniczący brytyjskiej międzypartyjnej grupy posłów lord Janner. Lord Janner zwrócił się do ministra spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Jacka Strawa o pilne zbadanie sprawy, a także przedstawienie poufnych brytyjskich dokumentów w sprawie losów dywizji SS-Galizien. Zastrzegł, że chodzi mu wyłącznie o podejrzanych ukraińskich wojaków, wobec których można znaleźć dowody winy. Rzecznik Home Office powiedział znów (8.01.2001), że zarzuty, iż w Wielkiej Brytanii przebywać mogą ukraińscy zbrodniarze wojenni, traktowane są z należytą powagą. Wyniki śledztwa zostaną przekazane prokuraturze i opinii publicznej. Reżyser filmu J. Hendy w wywiadzie dla "G.W" (10.01.2001) oświadczył, że cały materiał dokumentalny, w tym listy żołdu esesmanów, którzy brali udział w pacyfikacjach, zostaną przekazane Home Office i policji. Jego zdaniem w rękach brytyjskich władz znajduje się nadal lista ośmiu tysięcy ukraińskich esesmanów, którzy w 1947 roku przybyli z obozu internowania we włoskim Rimini do Wielkiej Brytanii. "Zbadaliśmy około 30 archiwów - mówił dalej reżyser - muzeów i instytutów badawczych na całym świecie. Rozmawialiśmy z wieloma świadkami. Usłyszeliśmy, że obok zwykłych żołnierzy w 1944 r. szeregi zdziesiątkowanej ukraińskiej dywizji galicyjskiej zasilili zbrodniarze wojenni z formacji policyjnych, w tym odpowiedzialni za masakrę ludności żydowskiej we Lwowie, pacyfikację Powstania Warszawskiego, masowe mordy w Hucie Pieniackiej (koło Lwowa), Chłanowie i Skalbimierzu". Nie zgodził się z nim, co jest zrozumiałe, Swiatomir Foston, przewodniczący Stowarzyszenia Ukraińskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii, były członek SS-Galizien. Film Hendy'ego uznaje za tendencyjny. To oczywista prawda, że w 1944 roku do dywizji weszli różni ludzie - przyznaje. Niemcy podjęli decyzję o uzupełnieniu jej składu. Nie byli to patrioci-idealiści, tylko policjanci - bywało różne typy. Huta Pieniacka, na wschód od Lwowa? Tak, tak brali w tym udział ludzie z batalionu. Prawda mogą być podejrzenia o ukraińskie zbrodnie na Wołyniu - żołnierze z tych jednostek weszli potem do SS-Galizien. Historycznym kłamstwem jest natomiast, że Ukraińcy, którzy później weszli do SS-Galizien, brali udział w mordach na Żydach we Lwowie czy w Powstaniu Warszawskim. Jeszcze jeden głos w opisanej sprawie, głos prof. Davida Cesariniego, wybitnego historyka, byłego dyrektora Wiener Library w Londynie, instytucji prowadzącej dokumentację na temat zbrodni wojennych, konsultanta reportażu. "Informacje zaprezentowane w filmie pochodzą w części ze źródeł polskich, m.in. z prokuratury w Krakowie i od byłego prokuratora. Teraz nie powinno się rozmawiać z historykami, tylko z wymiarem sprawiedliwości. Z pewnością wiele dowodów udziału późniejszych członków SS-Galizien w zbrodniach to nowość, nie tylko w Wielkiej Brytanii. Nie wiem, dlaczego władze brytyjskie nie reagowały na śledztwo prowadzone w PRL, rozpoczęte w latach 70. Można tylko spekulować. Była zimna wojna. Dziwią mnie wątpliwości i lekceważenie tez filmu opartego na rzetelnym materiale. W grę może wchodzić chęć odłożenia historii ad acta w szczęśliwym postkomunistycznym świecie. Reakcje takie są pewnie spowodowane naciskami związanymi ze stosunkami z Ukrainą, wymogami polityki zagranicznej. Ale one powinny ustąpić przed racją sprawiedliwości" ("G.W", 10.01.2001). Takie zastrzeżenia są, wyjaśnia je sam twórca filmu: "Mój film nie jest Żadnym atakiem na naród ukraiński, tylko chęcią pokazania nieznanych dotychczas kart historii dywizji SS-Galizien i doprowadzenia do postawienia przed sądem kilku winnych zbrodni, którzy mogli przeżyć na Wyspach. Nie twierdzę ani przez moment, że do grona podejrzanych należą wszyscy żołnierze tej dywizji. Dylematy Ukraińców podczas wojny i cierpienia tego narodu zajęły wiele miejsca w moim filmie. Chodzi o znaczącą mniejszość ludzi, którzy w mundurach SS popełnili zbrodnie ludobójstwa. Zgromadziliśmy materiał z 30 archiwów, instytutów i muzeów na całym świecie. Rozmawialiśmy z wieloma świadkami. Konfrontowaliśmy listy podejrzanych z listami żyjących w Wielkiej Brytanii ludzi. Lista ośmiu tysięcy żołnierzy wyparowała np. z publicznych archiwów brytyjskich i znajduje się zapewne w tajnych. Druga znajduje się w archiwach w Berlinie. Odmówiono nam prawa obejrzenia tego dokumentu, powołując się na ustawę o ochronie danych osobowych. Wiem, że w Wielkiej Brytanii mieszkają sprawcy zbrodni na Wołyniu, w Skalbimierzu i w Chłanowie, nie sądzę, by dożyło wielu późniejszych żołnierzy odpowiedzialnych za inne mordy - są w Kanadzie". (Tamże). Ukraińscy esesmani ukryli się za fasadą całej emigracji i w tej masie byli bezpieczni pod parasolem ochronnym brytyjskich i amerykańskich służb specjalnych. 

(...)

PUŁKI POLICYJNE SS-GALIZIEN

Nagromadziło się dużo nieporozumień wokół ukraińskich pułków policyjnych. Nacjonalistyczni historycy ukraińscy, dążąc do zachowania "czystości" SS-Galizien, starają się pułki te oddzielić od dywizji i traktują je (jeżeli w ogóle o nich piszą) jako oddziały samodzielne, do dywizji nie należące. Jest to oszustwo, albowiem pułki te były integralną i składową częścią tej dywizji, choć były wydzielone, ale podległe jednemu dowódcy. Wydzielono je z uwagi na ich charakter, stanowiły one bowiem rodzaj karnej ekspedycji dywizji SS-Galizien, specjalnie przeznaczone do palenia i mordowania, co było (i jest) poczytywane za "walkę z partyzantką"! Przykłady temu zaprzeczają ale zaprzeczają faktowi, że ukraińskie pułki policyjne stanowiły integralną i nierozłączną część  dywizji SS-Galizien jako jeden z jej rodzajów broni, podobnie jak piechota, artyleria czy saperzy. Także oficerowie dywizji, nie tylko jej pułków policyjnych, odkomenderowani zostali ze służby policyjnej. Cytat z artykułu A. Rybickiego: "Historycy ukraińscy twierdzą, że pułki  5 i 6 były pułkami policyjnymi i nie wchodziły w skład dywizji "Galizien". Przemyskie dokumenty (chodzi o dokumenty znajdujące się w przemyskim Archiwum Państwowym - E.P.), które poznałem, choć dotyczą tylko 6 pułku, zaprzeczają temu twierdzeniu w sposób oczywisty. Przemyscy archiwiści w rozmowie podkreślali, że w zbiorze znajdują się również dokumenty ochotników z 4 pułku. Przypomnijmy, że to batalion stacjonujący w Brodach, a wchodząc w skład 4 pułku, byt odpowiedzialny za pacyfikację Huty Pieniackiej w lutym 1944 roku. kiedy to wymordowano około 850 Polaków". A nieco dalej: "Próbuje się jednocześnie tworzyć fikcję o niezwiązanych z dywizją pułkach policyjnych. Wszystko to wbrew faktom, wbrew dokumentom wskazującym, że było zupełnie inaczej. Nawet dowódcą dywizji był policjant Brigadefuhrer Fritz Freytag, generał-major Waffen-SS i Policji..." ("Nasz Dziennik", 19 II 2001). Faktom trudno zaprzeczać, a skoro tak, to "gorzej dla faktów"! zawsze jest na podorędziu kłamstwo. Mitologię pułków policyjnych, niezależnych od SS-Galizien wymyślono dopiero wtedy, gdy nie udało się zrzucić winy za mordy popełnione przez Ukraińców w mundurach esesmańskich na Kresach, na innych aby w ten sposób zachować SS-Galizien (już tylko dywizję "Hałyczyna") jako czystą. Odcięto tę dywizję ("ukraińską" - oczywiście) od zbrodni dokonanej na żywym ciele Huty Pieniackiej, nacjonaliści ukraińscy groźbą i szantażem zmusili nawet polską "Gazetę Lwowską" do zamieszczenia notatki, że zbrodnię tę popełniło gestapo. Podstawą mitu stał się fakt, że 4, 5 i 7 pułki dywizji zostały częściowo przesunięte do działań policyjno-pacyfikacyjnych przeciwko polskiej ludności cywilnej, także do walki z partyzantami sowieckimi i polskim ruchem oporu. Nie było bowiem wypadku walki któregoś oddziału policyjnego z UPA. Wbrew temu co się wypisuje, była to normalna procedura stosowana przez hitlerowców w stosunku do Waffen-SS. Całe dywizje, lub poszczególne pułki były wykorzystywane cło zadań policyjno-represyjnych. Niektóre zaś oddziały powstały na bazie szkół policyjnych i składały się z samych policjantów w mundurach SS. Zatem nie było nic szczególnego w tym, że z 14. Dywizji "Galizien" wydzielono pułki do zadań specjalnych. Pośród tych pułków policyjno-pacyfikacyjnych, był jeszcze jeden "super-pułk", specjalna grupa pacyfikacyjna Beyersdorfa. Ta w sposób szczególnie krwawy i okrutny zapisała się w pamięci Polaków kresowych. Odnosiło się wrażenie, że żołdacy tej grupy byli dobierani w sposób szczególny jako "sadyści i zboczeńcy" ale przede wszystkim jako ci, którzy dobrze przyswoili sobie "doktrynę Dmytra Doncowa".

(...)

Na początku lutego 1944 roku dowództwo dywizji SS-Galizien otrzymało rozkaz Urzędu SS Generalnego Gubernatorstwa sformowania z jej składu osobowego specjalnej "grupy bojowej" przeznaczonej do walki antypartyzanckiej. Oczywiście, chodziło tu głównie o polski ruch oporu, a następnie partyzantów sowieckich. Pierwsza "grupa bojowa" w ilości jednego batalionu z baterią lekkich dział w ciągu jednej doby została przetransportowana w okolice Czesanowa, Lubaczowa, Tarnogrodu, Biłgoraja i Zamościa. Po kilku dniach została jeszcze odkomenderowana w okolice Lwowa druga "grupa bojowa". Heyke postrzega, że obie te grupy "działały z dużym powodzeniem". Nie precyzuje tego zdania, trudno mu widocznie przychodzi pisać prawdę, a kłamać nie chce, więc elegancko pisze: "Wkrótce do dywizji zaczęły nadchodzić różne meldunki o niewłaściwym zachowaniu się żołnierzy grupy bojowej. Tego należało się spodziewać. Żołnierze przecież nie ukończyli jeszcze swojego szkolenia wojskowego, a ich niemieccy oficerowie i podoficerowie, byli młodzi i niedoświadczeni. Nie należy jeszcze zapominać, że te grupy bojowe posłano w okolice zamieszkałe licznie przez' ludność polską... Stara wrogość między Polakami i Ukraińcami musiała się! objawić. Trzeba również brać pod uwagę i to, że grupie bojowej dywizji, jako jednostce niemieckiej, inne niemieckie oddziały przypisały wiele spraw niesłusznie, albo to wszystko, co same nabroiły". Warto jeszcze zwrócić uwagę na "drobiażdżek", że 14. grenadierska dywizja  SS-Gtilizien tylko przez bardzo krótki okres (marzec-lipiec 1944) pełniła rolę j jednostki liniowej, strzeleckiej. Po klęsce pod Brodami w lipcu tego roku, jej  resztki już jesienią znowu się przeformowały w Neuhammer na bazie pułku zapasowego, w zwykłą policyjną (ochronną) dywizję SS wykorzystywaną odtąd nie do walk frontowych, lecz do celów pacyfikacyjnych. Mówi o tym Heyke: "Plutony żandarmerii polowej... przekształcono w kompanię ponad 100 polnych żandarmów...", a także "przydzielono blisko 50 psów, wytresowanych dla ochrony i pościgu". Dla kogo? Oczywiście, chodzi nie o uciekających przed dywizyjnikami czerwonoarmistów, lecz o osoby cywilne ratujące życie z płonącego domu. Pułki policyjne dywizji SS-Galizien skierowane w okolice Tarnopola, starły się z partyzantką sowiecką, która właśnie pojawiła się na Podolu z obszaru Wołynia. W marcu-kwietniu 1944 roku jeden z batalionów grupy Beyersdorfa kwaterował w Załoźcach strzegąc Seretu na odcinku od Czystopad do Wertełki, albowiem istniało podejrzenie, że tędy właśnie poprowadzi swoje zastępy partyzanckie gen. Michaił Naumow. Tkwili między innymi na szczytach ruin starego zamczyska i bacznie obserwowali sośninkę po drugiej stronie błotnistych topielisk, skąd spodziewali się naskoku partyzantów. Jeden wystrzał z moździerza wystraszył niedoszłych twórców imperium, którzy jak spłoszone stado kawek uciekli za Seret. Esesmani z tego pułku objawili się też jako zażarci antysemici i chyba mieli takie polecenie, aby węszyć za ukrywającymi się Żydami. Mówi o tym relacja: "Było to w same zapusty, Kresowianie, jako to ludzie weseli, nie zważając na niewygody wojny, zwyczajnie się bawili po kilka rodzin w jednym domu. Słysząc śpiewy, do tych domów zachodziły patrole SS-Galizien, której pułki policyjne przez jakiś czas kwaterowały w Dolinie Seretu, a jeden z nich w Załoźcach. Zawsze chodzili (żołnierze) dwójkami: jeden Niemiec i jeden Ukrainiec. Do naszego domu, w którym bawiono się przy harmoszce przyszli także, wypili po kieliszku samogonu, zagryźli ogórkiem, podziękowali grzecznie i poszli sobie. Ten Ukrainiec mówił po polsku, chwalił się że pochodził z gór z okolic Sanoka, gdzie Ukraińcy z Polakami żyją w wielkiej zgodzie, ale jedni i drudzy ze szczerego serca nienawidzą wrogów ludzkości - Żydów. Na drugi dzień spotkałem tego Ukraińca w pojedynkę, zaczął do mnie po polsku, mówił że jest Łemkiem (wtedy nie wiedziałem, co to znaczy) i że jego jednostka to pułk policyjny dywizji SS-Hałyczyna. Myślał, że takim szczerym podejściem do mnie pozyska moje zaufanie, bo następnie wypalił: czy nie wiem, gdzie przechowują się Żydzi? Na pewno ten, kto ukrywa Żydów ma piękne konie. Odpowiedziałem mu, że piękne konie mają tylko Ukraińcy, bo Polakom takie konie Niemcy już dawno zabrali. Jak chce to niech tam szuka Żydów. Wtedy ten się zdenerwował i wrzasnął: ja wiem lepiej, kto ma piękne konie i gdzie należy szukać Żydów! Tylko Polacy są tacy niezdyscyplinowani, nie szanują prawa i wbrew prawu chronią Żydów, którzy są nieszczęściem świata. Ale on i wszyscy ukraińscy wojacy-policaje wyłapią i wybiją Żydów co do jednego, bo tego życzy sobie Hitlerzyk i za to da im Ukrainę. Jednak żadnego Żyda wtedy nie znaleziono, choć przeprowadzono kilka rewizji w polskich domach wskazanych przez ukraińskich kapusiów. Wykryli tylko kryjówkę żydowską w gaikach, znaleźli jednego Żyda i po krótkim dręczeniu go i biciu, powiesili..."  Najczęściej mówi się o synalkach duchownych, adwokatów, inteligentów i półinteligentów, którym imponował mundur esesmański. Tymczasem Piotr Baj, który dostarczył powyższą relację, "odkrył" Łemka, prostego, parobka szukającego Żydów licząc, że przy tym wykryciu dobrze się obłowi. Zatem przyjmując za pewnik obecność wyżej wymienionych osób, musimy się zgodzić także i z tym, że pułki policyjne SS-Galizien, roiły się od prostych parobków wiejskich, niezbyt oświeconych Hucułów czy Łemków-półanalfabetów. Dobrze, że przypomniał jeszcze o tym na łamach Naszego Dziennika" (18 II 2001) Rybicki w interesującym szkicu Wbrew faktom, na przekór historycznej prawdzie. Materiał swój autor oparł o akta starostwa sanockiego znajdujące się dziś w Archiwum Państwowym w Przemyślu - "4 opasłe teczki, 3200 stron dokumentów, posegregowanych w obrębie nazwisk poszczególnych 258 esesmanów". Rybicki pisze: "Legioniści ukraińscy zgłaszali się do SS w lipcu i sierpniu 1943 r., to jest niewiele miesięcy po oficjalnym powołaniu dywizji, w pierwszym okresie jej formowania. Ochotnicy pochodzili z biednych łemkowsko-bojkowskich rodzin. Jednocześnie na gospodarstwie pozostawiali rodziny: żony z licznym potomstwem, starych rodziców, wszystkich w trudnej sytuacji materialnej". Wielu z tych esesmanów znalazło się właśnie w 6 pułku policyjnym, który chwilowo stacjonował w Załoźcach. Trudna sytuacja materialna ich rodzin, lub wręcz przysłowiowa już, nędza łemkowsko-bojkowska tyle razy opisywana przez polskich "łemkologów", została dopiero faktycznie przerwana w 1947 roku na skutek potępianej dziś "operacji Wisła". To dzięki właśnie tej operacji "lud górski", jak ich nazywano przed wojną, został wyrwany ze średniowiecza, ciemnoty i nędzy i przeniesiony w "sposób niemal cudowny do poniemieckiego XX wieku" - jak pisze w pamiętniku przesiedleńca. Jakoś się o tym dzisiaj nie pamięta. "Gdy przeglądam pożółkłe dokumenty w jednej z czterech teczek - pisze Rybicki - uderza mnie dokładność urzędnicza. Jest, nazwijmy to roboczo, "kwestionariusz ochotnika-esesmana" z wypisanymi danymi osobowymi, pojawiają się ukraińskie nazwiska i imiona, często zapisane w niemieckim brzmieniu, przydział wojskowy i miejsce stacjonowania. I Galiziche SS Freiw. Gren. Rgt. (Galicyjski SS Ochotniczy pułk Grenadierów). W kwestionariuszu tym wymienieni są również pozostali członkowie rodziny esesmana, rzadko kiedy jest ich mniej niż trzech, czterech. Kolejne dokumenty to poświadczenia służby w konkretnej jednostce SS. "Komisja Uzupełnień Waffen-SS - filia Generalnego Gubernatorstwa Lwów, Wydział Prezydialny".  Tu następują dane personalne ochotnika, "służy w 14. Dywizji SS-Gulizien", a przydział poświadczony jest odpowiednią pieczęcią. uzupełnioną miejscem stacjonowania, np. Heidelager (Pustków koło Dębicy). Niektóre pieczęcie uzupełnione są numerem pułku "6 Gal(izischen) SS Regt. (iment)", co znaczy 6 galicyjski Pułk SS. Na wszystkich przejrzanych dokumentach z jednej teczki widniał przydział do 6 pułku - o czym świadczył wpis w tzw. główny arkusz personalny. Prawie wszystkie "poświadczenia służby" zostały wypisane na blankietach Komisji Uzupełnień Waffen-SS, a także poświadczone przez oficerów SS, i co najważniejsze-ostemplowane pieczęciami 14. Dywizji Waffen-SS "Galizien". Numer 6 pułku warto sobie zapamiętać. Warto wiedzieć, że rodziny tych zbirów na pewno żyją wśród nas, więcej - otrzymały od nas awans cywilizacyjny dzięki przesiedleniu w ramach "operacji Wisła". I jeszcze jedno warto zapamiętać, że normalna, regularna... walka nie była ich żywiołem, "stworzeni" byli do pacyfikowania, palenia, rozstrzeliwania i wieszania. Zamieszkała w dziewięćdziesięciu procentach przez Polaków Dolina  Seretu nadawała się do tego szczególnie, bo lechicka i bogata -jak całe Podole wielokrotnie opiewane w poematach, powieściach i wierszach.

(...)

Czytaj Dalej