Z oskarżeniami Ukraińców o zbrodnie wojenne trzeba uważać - pisze Paweł Smoleński

Paweł Smoleński
2001-01-09, ostatnia aktualizacja 2001-01-10 11:50

Z oskarżeniami Ukraińców o zbrodnie wojenne trzeba bardzo uważać. SS Galizien to nie było to samo co SS po prostu. Dla Ukraińców to była najpierw szansa walki z Sowietami, a pod koniec wojny ocalenie przed nimi

Chciałbym skomplementować Juliana Hendy'ego. Jego trzyczęściowy film naprawdę trzyma w napięciu, jest zrobiony ze znajomością warsztatu, po brytyjsku chłodny i, chciałoby się powiedzieć, dokładny. Kadry archiwalne, np. usuwanie sowieckich pamiątek ze zdobytego przez Niemców Lwowa, a zwłaszcza robione amatorską kamerą zdjęcia pogromu we Lwowie (nagie Żydówki ciągnięte za włosy po bruku, gonieni przez cywili rozebrani, bezbronni mężczyźni), są jednymi z najbardziej przerażających, jakie kiedykolwiek widziałem. Zaś zeznania polskich i słowackich świadków szczere i po ludzku wiarygodne. Opinie historyków osadzają całą rzecz w ówczesnym kontekście. Innymi słowy - film prawie bez zarzutów.

Hendy trzyma się faktów najmocniej, jak może (popełnia kilka drugorzędnych błędów), a jednak w ogólnym opisie wyślizgują mu się z ręki. Opowiada np. o policyjnym batalionie Nachtigall (Słowiki) odpowiedzialnym za lwowski pogrom, by potem używać tej nazwy wymiennie z SS Galizien. Tymczasem Nachtigall nie został wcielony do SS Galizien; batalion rozformowano, nim dywizja powstała. Dla Brytyjczyka to z grubsza wszystko jedno: wszak idzie mu nie tyle o przynależność, historyczną dokładność, ile o to, że domniemany zbrodniarz być może uzyskał schronienie w jego ojczyźnie. Tak samo postępuje gazeta "Sunday Times", podpisując ilustrację do tekstu - propagandowy plakat Waffen SS: "SS Galizien pacyfikowała Powstanie Warszawskie". Tymczasem SS Galizien w Powstaniu nie było.

Podobnie rzecz się ma z tonem narracji. Hendy opisuje historię SS Galizien poniekąd tak, jakby odkrywał Amerykę. Tymczasem to rzecz znana, prześwietlona na wylot przez historyków, publicystów, specsłużby brytyjskie i nie tylko. Dywizja powstała zgodnie z dekretem kolaborującego z Niemcami Ukraińskiego Komitetu Narodowego w 1943 r. Liczyła kilkanaście tysięcy żołnierzy, wchodziła w skład Waffen SS - wielonarodowych sił sprzymierzonych z Hitlerem, została rozbita latem '44 w bitwie pod Brodami, później przemianowana na Ukraińską Armię Narodową. Jej dowódcy uzyskali od Niemców zapewnienie, że nie zostaną wykorzystani do walki z zachodnimi aliantami. Żołnierze UAN wzięci do niewoli w Austrii przez włoskie obozy jenieckie trafili do Wielkiej Brytanii, USA, Kanady i Australii.

Dla Polaka członkostwo w SS to wyrok, hańba, niesława. Jednak SS Galizien to nie było zwykłe, niemieckie SS ani nawet oddziały Waffen SS złożone z fanatycznych nazistów: Norwegów, Holendrów, Brytyjczyków, Francuzów. Dla wielu Ukraińców - jakkolwiek naiwnie by to brzmiało - walka w Waffen SS była jedyną możliwością bicia się z bolszewikami, a pod koniec wojny - jedyną drogą ucieczki przed Armią Czerwoną. SS Galizien, podobnie jak oddziały Waffen SS utworzone w krajach bałtyckich, nie została uznana za formację zbrodniczą, choć przeciwko jej żołnierzom prowadzono szereg śledztw, w tym kilka polskich, m.in. zorganizowane przez polski rząd w Londynie. Ostatni dowódca Ukraińskiej Armii Narodowej gen. Pawło Szandruk został nawet po II wojnie światowej odznaczony Virtuti Militari przez generała Władysława Andersa za bohaterską walkę w kampanii wrześniowej. Nie można wykluczyć, że w szeregach SS Galizien znaleźli się zbrodniarze wojenni, ale sama przynależność do tej formacji zbrodnią nie była. I tak na sprawę mogą patrzeć Ukraińcy.

W kontekście polskim wszelkie doniesienia o ukraińskich zbrodniach składają się na melodię, która czyni piosenkę - zbitki słowne: "bandyci z SS", "bandyci z UPA", "ukraińskie zbiry", "ukraińscy rezuni", funkcjonują u nas po dzień dzisiejszy. SS Galizien, batalion Nachtigall, Wołyński Legion Samoobrony - a jaka między nimi różnica? Wszak to ci sami Ukraińcy, nacjonaliści, mordercy, hajdamaki, piłami rżnęli, żywcem palili, pacyfikowali Powstanie itd., itp. To uleganie takim właśnie stereotypom kazało naocznym świadkom Powstania Warszawskiego nazywać "Ukraińcami" rabusiów i zbrodniarzy z Russkoj Oswoboditelnoj Narodnoj Armii półkrwi Polaka Mieczysława Kamińskiego.



Ostatnie kilkadziesiąt lat walk o niepodległą Ukrainę, w tym epizod z SS Galizien, to nieustanne pasmo dramatów. Trzeba wielkiego wyczulenia na historyczny szczegół, kontekst, melodię, by nikogo nie skrzywdzić. Nie wolno mówić - jak powiedział "Życiu" prof. Leon Kieres z Instytutu Pamięci Narodowej - że nie można wykluczyć, iż Polska poprosi o ekstradycję 1,5 tys. weteranów SS Galizien. Albo - jak zasugerowano w jednej ze stacji TV - że Ukraińcy pacyfikowali Powstanie Warszawskie. Brytyjski film, wsparty polskimi relacjami i komentarzami, może obudzić upiory, które - wielu miało taką nadzieję - zostały uśpione na zawsze.