Z oskarżeniami Ukraińców o zbrodnie wojenne trzeba bardzo uważać. SS
Galizien to nie było to samo co SS po prostu. Dla Ukraińców to była najpierw
szansa walki z Sowietami, a pod koniec wojny ocalenie przed nimi
Chciałbym
skomplementować Juliana Hendy'ego. Jego trzyczęściowy film naprawdę trzyma w
napięciu, jest zrobiony ze znajomością warsztatu, po brytyjsku chłodny i,
chciałoby się powiedzieć, dokładny. Kadry archiwalne, np. usuwanie sowieckich
pamiątek ze zdobytego przez Niemców Lwowa, a zwłaszcza robione amatorską kamerą
zdjęcia pogromu we Lwowie (nagie Żydówki ciągnięte za włosy po bruku, gonieni
przez cywili rozebrani, bezbronni mężczyźni), są jednymi z najbardziej
przerażających, jakie kiedykolwiek widziałem. Zaś zeznania polskich i słowackich
świadków szczere i po ludzku wiarygodne. Opinie historyków osadzają całą rzecz w
ówczesnym kontekście. Innymi słowy - film prawie bez zarzutów.
Hendy
trzyma się faktów najmocniej, jak może (popełnia kilka drugorzędnych błędów), a
jednak w ogólnym opisie wyślizgują mu się z ręki. Opowiada np. o policyjnym
batalionie Nachtigall (Słowiki) odpowiedzialnym za lwowski pogrom, by potem
używać tej nazwy wymiennie z SS Galizien. Tymczasem Nachtigall nie został
wcielony do SS Galizien; batalion rozformowano, nim dywizja powstała. Dla
Brytyjczyka to z grubsza wszystko jedno: wszak idzie mu nie tyle o
przynależność, historyczną dokładność, ile o to, że domniemany zbrodniarz być
może uzyskał schronienie w jego ojczyźnie. Tak samo postępuje gazeta "Sunday
Times", podpisując ilustrację do tekstu - propagandowy plakat Waffen SS: "SS
Galizien pacyfikowała Powstanie Warszawskie". Tymczasem SS Galizien w Powstaniu
nie było.
Podobnie rzecz się ma z tonem narracji. Hendy opisuje historię
SS Galizien poniekąd tak, jakby odkrywał Amerykę. Tymczasem to rzecz znana,
prześwietlona na wylot przez historyków, publicystów, specsłużby brytyjskie i
nie tylko. Dywizja powstała zgodnie z dekretem kolaborującego z Niemcami
Ukraińskiego Komitetu Narodowego w 1943 r. Liczyła kilkanaście tysięcy
żołnierzy, wchodziła w skład Waffen SS - wielonarodowych sił sprzymierzonych z
Hitlerem, została rozbita latem '44 w bitwie pod Brodami, później przemianowana
na Ukraińską Armię Narodową. Jej dowódcy uzyskali od Niemców zapewnienie, że nie
zostaną wykorzystani do walki z zachodnimi aliantami. Żołnierze UAN wzięci do
niewoli w Austrii przez włoskie obozy jenieckie trafili do Wielkiej Brytanii,
USA, Kanady i Australii.
Dla Polaka członkostwo w SS to wyrok, hańba,
niesława. Jednak SS Galizien to nie było zwykłe, niemieckie SS ani nawet
oddziały Waffen SS złożone z fanatycznych nazistów: Norwegów, Holendrów,
Brytyjczyków, Francuzów. Dla wielu Ukraińców - jakkolwiek naiwnie by to brzmiało
- walka w Waffen SS była jedyną możliwością bicia się z bolszewikami, a pod
koniec wojny - jedyną drogą ucieczki przed Armią Czerwoną. SS Galizien, podobnie
jak oddziały Waffen SS utworzone w krajach bałtyckich, nie została uznana za
formację zbrodniczą, choć przeciwko jej żołnierzom prowadzono szereg śledztw, w
tym kilka polskich, m.in. zorganizowane przez polski rząd w Londynie. Ostatni
dowódca Ukraińskiej Armii Narodowej gen. Pawło Szandruk został nawet po II
wojnie światowej odznaczony Virtuti Militari przez generała Władysława Andersa
za bohaterską walkę w kampanii wrześniowej. Nie można wykluczyć, że w szeregach
SS Galizien znaleźli się zbrodniarze wojenni, ale sama przynależność do tej
formacji zbrodnią nie była. I tak na sprawę mogą patrzeć Ukraińcy.
W
kontekście polskim wszelkie doniesienia o ukraińskich zbrodniach składają się na
melodię, która czyni piosenkę - zbitki słowne: "bandyci z SS", "bandyci z UPA",
"ukraińskie zbiry", "ukraińscy rezuni", funkcjonują u nas po dzień dzisiejszy.
SS Galizien, batalion Nachtigall, Wołyński Legion Samoobrony - a jaka między
nimi różnica? Wszak to ci sami Ukraińcy, nacjonaliści, mordercy, hajdamaki,
piłami rżnęli, żywcem palili, pacyfikowali Powstanie itd., itp. To uleganie
takim właśnie stereotypom kazało naocznym świadkom Powstania Warszawskiego
nazywać "Ukraińcami" rabusiów i zbrodniarzy z Russkoj Oswoboditelnoj Narodnoj
Armii półkrwi Polaka Mieczysława Kamińskiego.
Ostatnie
kilkadziesiąt lat walk o niepodległą Ukrainę, w tym epizod z SS Galizien, to
nieustanne pasmo dramatów. Trzeba wielkiego wyczulenia na historyczny szczegół,
kontekst, melodię, by nikogo nie skrzywdzić. Nie wolno mówić - jak powiedział
"Życiu" prof. Leon Kieres z Instytutu Pamięci Narodowej - że nie można
wykluczyć, iż Polska poprosi o ekstradycję 1,5 tys. weteranów SS Galizien. Albo
- jak zasugerowano w jednej ze stacji TV - że Ukraińcy pacyfikowali Powstanie
Warszawskie. Brytyjski film, wsparty polskimi relacjami i komentarzami, może
obudzić upiory, które - wielu miało taką nadzieję - zostały uśpione na
zawsze.