Przed Jałtą była Ryga
Ukraińcom, którzy w 1920 r. walczyli u boku Polaków,
kazano przestać marzyć o niepodległym państwie. Ukraina bez Galicji Wschodniej
musiała upaść, a Józef Piłsudski po pokoju ryskim kończącym wojnę
polsko-rosyjską mógł jedynie powiedzieć sojusznikom: „Panowie. Ja was bardzo
przepraszam".
Andrzej Brzeziecki /
2007-10-23
Był środek nocy. Na wpół rozbudzonych ministrów Ukraińskiej Republiki
Ludowej wraz z ich personelem i rodzinami konwój wojskowy przewiózł na dworzec
w Stanisławowie. Tam wszystkich załadowano do pociągu. Pociąg nie ruszył do
dziewiątej, ale nikomu nie wolno było z niego wyjść, choćby po prowiant. Gdy
wreszcie ruszył, wszystkich transportowanych bacznie obserwował konwój
policyjny.
Tak wyglądała ewakuacja do Tarnowa sprzymierzonego z Polską
rządu, przeprowadzona z 14 na 15 lipca 1920 r. Jak napisał Jan Jacek Bruski
w pracy „Petlurowcy", akcja ta przypominała de facto aresztowanie i choć wkrótce
polski rząd przeprosił Ukraińców i nawet wszczęto dochodzenie w sprawie tego
obcesowego zachowania, nie dało się już zatrzeć przykrego
wrażenia.
Niekoniecznie zresztą wszystkim Polakom musiało zależeć na
dobrych stosunkach z rządem URL. Warszawa zdawała sobie sprawę, zwłaszcza gdy
bolszewicka ofensywa nabierała rozmachu, że interesy ukraińskiego sprzymierzeńca
są coraz mniej możliwe do pogodzenia z polską racją stanu.
A jeszcze
w listopadzie 1919 r. Józef Piłsudski mógł sobie pozwolić na zerwanie negocjacji
z Sowietami właśnie dlatego, że ci nie chcieli włączyć do porozumienia punktu
o nieatakowaniu ukraińskich wojsk Semena Petlury, a samego atamana Lenin nazwał
pośmiewiskiem niewartym poważnej dyskusji.
Małżeństwo
z konieczności
Warszawa, szukając alianta w walce
z bolszewikami, nie bardzo miała wybór. Żaden z „białych" generałów w Rosji nie
chciał nawet słyszeć o takim państwie jak Polska i na nic zdawały się tu
inicjatywy wspierających ich państw Ententy. Zachodni Ukraińcy, którzy także
powołali republikę, za swego historycznego, nieprzejednanego i najgorszego wroga
uważali Polskę i woleli już Moskwę. Rozumowali tak: Polska jest za słaba, by
podbić całość ziem ukraińskich i by w jej obrębie żywioł ukraiński mógł się
rozwijać, natomiast domagając się Galicji Wschodniej, chce te ziemie podzielić,
a podporządkowaną sobie ludność polonizować. Długotrwała rywalizacja w obrębie
państwa Habsburgów i niedawna wojna o Lwów stworzyły barierę nie do
przekroczenia.
Piłsudski jednak, zgodnie z wizją federacji państw
oddzielających Polskę od Rosji, potrzebował na Ukrainie partnera, na którym
mógłby się oprzeć. Padło na atamana Petlurę, który od dawna o taki sojusz
zabiegał. W owym czasie sytuacja Ukraińskiej Republiki Ludowej była więcej niż
beznadziejna. Jej przywódcy, traktowani nieufnie przez mieszkańców żyjących na
terenach, nad którymi chcieli sprawować władzę, otoczeni zewsząd wrogami,
bezskutecznie pukający do drzwi europejskich rządów, chwytali się każdej szansy
dla ukraińskiej państwowości. Tymczasem nawet alians z Ukraińcami z zachodu był
kruchy. Galicjanie niechętni byli lewicowym poglądom polityków znad Dniepru.
A gdy Petlura, zawierając porozumienie z Piłsudskim, zgodził się oddać Galicję
Wschodnią, niechęć przerodziła się w oskarżenia o zdradę.
Bo taka była
cena za sojusz z Polakami – zrzeczenie się Lwowa i otaczających go ziem.
Ukraiński historyk Jarosław Hrycak w swojej „Historii Ukrainy" przyznaje, że
„Petlura poświęcił ideę jedności ziem ukraińskich dla idei niepodległości", ale
przyznaje też, że ataman „zmierzał do tego, co można było w danych warunkach
osiągnąć".
Norman Davies w książce „Orzeł Biały, Czerwona Gwiazda" nie
kryje wręcz lekceważącego stosunku do Petlury, nazywając go marną kopią
Naczelnika, i sugeruje, że Piłsudski, niezależnie od swoich sympatii dla
narodowych aspiracji Ukraińców, Petlurę traktował najzupełniej instrumentalnie.
„Wszedł w sojusz z Petlurą – pisze Davies – w stanie umysłu podróżnika, który
przemierza Saharę i jest gotów wynająć dowolne zwierzę z garbem". Doszukiwanie
się innych motywów, zdaniem walijskiego historyka, oznaczałoby uważanie
Piłsudskiego za politycznego analfabetę.
Trudno powiedzieć, czy mówi to
coś o stosunku Piłsudskiego do ukraińskiego partnera, ale w „Roku 1920" ówczesny
naczelnik państwa polskiego Petlurę wymienia jeden jedyny raz.
Wyważony w opiniach Jan Jacek Bruski opisuje starania polskiej
dyplomacji, by uczynić z Ukraińców podmiot międzynarodowych rozgrywek,
równoprawnego partnera dla państw zagrożonych bolszewizmem i wreszcie by
pozyskać dla Ukrainy materialną pomoc od Rumunii. Niewiele z tego wyszło.
„Dyplomacja uczyniła, co było w jej mocy. Dalsze losy URL i jej rządu zależały
od szczęścia wojennego" – pisze Bruski.
Szczęście, jak wiadomo, bywa
zmienne. Zwłaszcza na wojnie. Błyskawiczna polska ofensywa i zdobycie Kijowa
były początkiem problemów, a nie ich końcem. Mieszkańcy stolicy bez entuzjazmu
przyglądali się maszerującym wspólnie żołnierzom ukraińskim i polskim. Można ich
zrozumieć – od wybuchu wielkiej wojny ich miasto już ponad dziesięciokrotnie
przechodziło z rąk do rąk. Z takimi nastrojami państwa budować się nie da.
I Petlura go nie zbudował. Jeszcze dobrze nie opadł kurz wzniecony przez kopyta
koni niosących polskich i ukraińskich żołnierzy pędzących na wschód, a już
zabierali się oni w drogę w odwrotnym kierunku. 11 czerwca Kijów znów stał dla
bolszewików otworem. Rząd URL ewakuował się do Winnicy, skąd etapami dotarł 11
lipca do Stanisławowa, a stamtąd, jak już wiadomo, „przetransportowano" go do
Tarnowa.
Puścić ich kantem
W Galicji Petlura
próbował pozyskać niechętną mu społeczność. W połowie lipca przesłał
Piłsudskiemu propozycje uregulowania sytuacji na tych terenach – m.in. prosił
o zwolnienie uwięzionych i internowanych żołnierzy z zachodniej Ukrainy.
Piłsudski milczał. Polacy też, zdaniem Ukraińców, blokowali werbunek do armii
URL. Wszystko to sprawiło, że sojusznik Polski zaczął się obawiać, iż Polacy
postawili na nim krzyżyk. W istocie rząd w Warszawie chętnie włączył się
w negocjacje z Rumunią, by ta umożliwiła żołnierzom Petlury transport na
południe, gdzie mogliby podjąć walkę z bolszewicką Rosją. Taka akcja pozwoliłaby
Polakom umyć ręce. Nie doszło do niej ze względu na zmianę sytuacji na froncie.
Doszło za to do wstępnych polsko-sowieckich rozmów pokojowych. Już wtedy polscy
negocjatorzy mieli zgodę na wyrażenie gotowości do rozbrojenia wojsk URL, gdyby
Moskwa tego zażądała.
Ukraińcy rozpaczliwie prosili o możliwość udziału
w negocjacjach. Rząd polski, mając w sierpniu 1920 r. nóż na gardle w postaci
wojsk Tuchaczewskiego, zgodzić się na to nie chciał. Sowieci podchodzili pod
Warszawę i sojusz z petlurowcami był już tylko utrapieniem. Dylemat Polaków
dosadnie ujął marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński, który stwierdził, że jeśli
za stołem negocjacyjnym usiądą też Ukraińcy, to „puścić ich kantem nie będzie
można". Ostatecznie rząd zgodził się, żeby przedstawiciel URL pojechał na
rozmowy do Mińska jako „doradca techniczny" bez prawa głosu. Ukraińcy na takie
dictum zgodzić się nie chcieli i w efekcie nikogo nie posłali. To właściwie
tylko ucieszyło Polaków.
Ale w Mińsku Sowieci, wciąż pewni zwycięstwa,
jeszcze podnieśli stawkę. Przedstawili się bowiem także jako reprezentanci
radzieckiego rządu ukraińskiego zainstalowanego w Charkowie. Uznanie przez
delegację Warszawy komunistycznych władz w Charkowie oznaczało odmowę uznania
dla sprzymierzonego rządu. Rząd URL Wiaczesława Prokopowycza próbował
przypomnieć Polakom umowę z 21 kwietnia 1920 r., ale nie ona miała wpływ na
usztywnienie polskiego stanowiska, lecz wiadomości o kontrataku polskich wojsk
znad Wieprza, który odrzucił Rosjan od stolicy.
Polska kontrofensywa,
zdawałoby się, dała szansę Ukraińcom na poprawę swego położenia. Także ich
wojska przecież ruszyły do ataku. Liczyli więc, że tym razem będą stroną
w negocjacjach i wyślą na nie Andrieja Liwyckiego. Polski MSZ zwrócił się w tej
sprawie do radzieckiego komisarza spraw zagranicznych Gieorgija Cziczerina. Ten
propozycję wykpił, odpisując w sprawie Liwyckiego, że jeśli polski rząd chce,
„by buntownik ten otrzymał amnestię od radzieckiego rządu Ukrainy, może złożyć
temu rządowi propozycję podczas rozmów w Rydze". Polacy przełknęli tę
bezczelność bez mrugnięcia okiem. Dążyli, według ministra spraw zagranicznych
Eustachego Sapiehy, do „rozwiązania rąk wobec rządu Petlury". To, co mieli
sojusznikowi do zaproponowania, to obietnica, że będą nakłaniać bolszewików, by
rząd w Charkowie uczynić bardziej reprezentatywnym i by znaleźli się w nim też
przedstawiciele URL. Czy podobnych propozycji od aliantów nie usłyszy Stalin
ćwierć wieku później odnośnie innych krajów Europy Środkowej, w tym
Polski?
W Rydze negocjacjom pokojowym mógł jedynie przyglądać się
ukraiński poseł Wołodymyr Kedrowski. Tam właśnie 21 września polscy i sowieccy
negocjatorzy przystąpili do pojedynku na argumenty, żądania i ustępstwa. Nie
zdążyli jeszcze dobrze skrzyżować szabel, gdy w pierwszej godzinie rozmów strona
polska uznała prawo Sowietów do reprezentowania rządu z Charkowa. „Równało się
to – pisze Bruski – uznaniu de facto Ukrainy Radzieckiej, którą dopuszczono do
obrad jako pełnoprawnego uczestnika. Rząd URL był zaskoczony i wstrząśnięty
polskim postępowaniem. Alarmującym doniesieniom z Rygi nie chciano początkowo
uwierzyć, pouczając posła Kedrowskiego, by dokładniej sprawdzał przesyłane do
centrali informacje".
W następnych tygodniach było już tylko gorzej. Na
przykład strona polska porozumiewała się z Rosjanami odnośnie funkcjonowania
cukrowni na wschód od Zbrucza, na terenach zajmowanych przez wojska Petlury.
Oznaczało to zawoalowaną zgodę na przejęcie tych ziem przez
Sowietów.
Jeden fakt konkretny
Jak wiadomo,
pokój ryski był powszechnie krytykowany. Mawiano, że Polska wygrała wojnę, ale
przegrała pokój. Traktat ryski stanowił zaprzeczenie celu, z jakim Piłsudski
rozpoczął wyprawę kijowską, bo przecież było nim utworzenie pasma suwerennych
krajów dzielących Polskę od Rosji. Upadła jednak federacyjna wizja Piłsudskiego,
przeważyła opcja Narodowej Demokracji, by wytargować od Rosjan tylko tyle ziem,
ile Polska będzie w stanie zasymilować.
Polscy negocjatorzy przyznawali
później, że mogli przesunąć granicę Rzeczypospolitej mniej więcej o sto
kilometrów na wschód. Dotyczyło to głównie ziem dzisiejszej Białorusi.
Mieszkańcy Mińska czuli się zostawieni samym sobie. Dyskusja na temat
konsekwencji postawy polskich negocjatorów toczyła się jeszcze w międzywojniu.
W 1936 r. w „Buncie Młodych" ukazał się wywiad Mieczysława Pruszyńskiego
z Aleksandrem Ładosiem, sekretarzem generalnym polskiej delegacji w czasie
rozmów w Rydze. Ładoś przyznał, że rosyjski negocjator Adolf Joffe w poufnych
rozmowach nie odrzucał idei federacyjnej odnośnie Białorusi. Nie doszło do
oficjalnych negocjacji na ten temat, bo polscy wysłannicy mieli inne dyrektywy.
Ten sam Ładoś zapewniał, że w kwestii Ukrainy bolszewicy byli nieustępliwi.
Pruszyński jednak polemizował z tą tezą. „By powtórzyć koncepcję kwietniową
Ukrainy Petlury – pisał Pruszyński – bez wątpienia należałoby dalej wojnę
prowadzić. Pozostaje jednak pytanie, czy i tu pewnych, stosunkowo niewielkich
nawet ustępstw terytorialnych nie można było uzyskać?". Pruszyński przytacza
dalej „jeden fakt konkretny", linię graniczną zaproponowaną przez Cziczerina
w styczniu 1920 r., która „biegnie prawie że równolegle do całej naszej granicy
rosyjskiej – tylko około 150 kilometrów na wschód od niej. A więc na południu
oddawano nam kilkanaście powiatów dzisiejszego rosyjskiego Wołynia. Jak wobec
tego wygląda teza »nieustępliwości absolutnej«? Jeśli oddawali nam łatwo te
ziemie w styczniu, dlaczego »absolutnie« nie mogli ich nam oddać w październiku?
W międzyczasie, bądź co bądź, ponieśli jednak klęskę" – pisał
Pruszyński.
Nie mieliśmy prawa
Dziś rozmawiając
z Białorusinami i Ukraińcami, można usłyszeć zdanie o tym, jak to Polska i Rosja
podzieliły ich kraje w pokoju ryskim. Polska uczestnikiem rozbioru? To zdanie
wydaje się wciąż nieprawdziwe. Warszawa oczywiście nie mogła też przewidzieć ani
Wielkiego Głodu, ani czystek z lat 1937-38, trudno jednak uciec od rozważań, ilu
ludzi twardsze stanowisko polskich negocjatorów wybawiłoby z późniejszych
opresji. Wielu żołnierzy Petlury – bądź co bądź sojuszników – zostało w Polsce
internowanych. Na emigracji pozostali już do końca, bezsilnie zza kordonu
śledząc horror, jaki ich rodakom zgotował Stalin.
Przed 1945 r. jeśli krytykowano traktat ryski, to właśnie
podnosząc przebieg polskiej granicy na wschodzie. Stąd też mało komu
przeszkadzało, że podczas rozmów przedstawiciele narodów białoruskiego
i ukraińskiego nie byli pytani o zdanie – nie licząc marionetkowego rządu
z Charkowa. Po wojnie, jak zawsze niezawodna w kwestii stosunków
polsko-ukraińskich paryska „Kultura" zaproponowała inny punkt widzenia.
W 1952 r. Józef Łobodowski pisał: „Prowadzić wojnę po bitwie niemeńskiej ani
przygotowywać się do nowej wyprawy na wiosnę 1921 nie mogliśmy. Ale uznawać
w Rydze Rakowskiego i Joffego jako przedstawicieli Ukrainy nie mieliśmy prawa.
Oddziały Petlury dotrzymały wierności do końca. W krytycznych momentach bitwy
warszawskiej odegrały swoją rolę, broniąc uporczywie Zamościa, co nie było bez
znaczenia dla prowadzenia kontrataku znad Wieprza. Dla całego świata różnica
między Rygą i Jałtą jest właśnie taka, jak między szarżą pułku ułanów pod
Komarowem a wybuchem bomby atomowej w Hiroszimie. A dla Ukraińców Ryga miała
identyczną wymowę, co Jałta dla nas. W tym sensie analogia jest
pełna".
Państwo Petlury w obliczu zewnętrznych zagrożeń i wewnętrznych
sporów nie miało szansy przetrwać. Sam ataman nie był w stanie zebrać
zadeklarowanej wcześniej liczby żołnierzy. Jak przekonywał jeden z ówczesnych
ukraińskich polityków, nawet ożywieni Aleksander Macedoński i Napoleon nie
mogliby pomóc sprawie ukraińskiej. I Polska, jako sojusznik, nie była w stanie
uratować sprzymierzeńca. Sama musiała uzasadnić w walkach i plebiscytach swoje
prawo do istnienia. Społeczeństwo i wojsko polskie były już zmęczone toczoną od
kilku lat walką. Problemu ukraińskiego sojusznika Polska rozwiązać w latach
1920-21 nie mogła.
Ale nawet jeśli jakiegoś problemu rozwiązać się nie
da, wiele zależy od tego, jak się do niego podejdzie. Tu polityka polska
zostawia sporo do życzenia. Warto też pamiętać, że polski interes narodowy
został wówczas zrealizowany kosztem ukraińskiego interesu narodowego. Cenę za
niepodległość Polski w dużej mierze zapłacili
Ukraińcy.
Korzystałem m.in. z: J. J. Bruski, „Petlurowcy",
Kraków 2004; N. Davies, „Orzeł Biały, Czerwona Gwiazda", Kraków 1998; J. Hrycak,
„Historia Ukrainy 1772–1999", Lublin 2000; Cz. Miłosz, „Wyprawa
w Dwudziestolecie, Kraków 1999; „Nie jesteśmy ukrainofilami. Polska myśl
polityczna wobec Ukraińców i Ukrainy. Antologia tekstów", Wrocław
2002.