Więż Numer: 4 (522)/2002 kwiecień

Wasyl Hałasa „Orłan”
Iza Chruślińska
Piotr Tyma
Zginąć pod własnym sztandarem

rozmowa


z Wasylem Hałasą "Orłanem" rozmawiają Iza Chruślińska i Piotr Tyma

-

- Historykom trudno zrozumieć fenomen ukraińskiego podziemia. Wasze struktury, pozbawione pomocy z zewnątrz, wybrały walkę zbrojną, która od początku nie dawała jakiejkolwiek szansy na zwycięstwo. Co skłoniło kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) do podjęcia takiej decyzji ?

Przed każdą podziemną organizacją staje problem wyboru nie tylko koncepcji politycznej, ale i strategii psychologicznej. Bez takiego wyboru nie ma po co rozpoczynać walki. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co oznacza wystąpienie z bronią w ręku przeciwko imperium sowieckiemu. Ale dla nas, Ukraińców - narodu bez własnego państwa - w chwili, gdy pojawił się cień szansy na wyzwolenie, nie istniało pytanie, jaki jest sens składania ofiar. Pytanie brzmiało: w jakich oddziałach Ukraińcy mają walczyć i ginąć? Czy w szeregach dywizji SS "Hałyczyna", czy w Armii Czerwonej? To były dla nas pytania fundamentalne. Kierownictwo organizacji podjęło decyzję, że należy walczyć pod własnym sztandarem, w imię własnych idei. Zakładaliśmy, że jeżeli nie dożyjemy do zwycięstwa, przekażemy ideę walki następnym pokoleniom. Stanęliśmy wobec problemu walki nie tylko o terytorium, ale i o duszę narodu - walki o przebudzenie świadomości narodowej. Potrzebna była nam wizja. Braliśmy przykład z Irlandii, która sto lat walczyła z imperium, z Greków, którzy powstawali przeciwko panowaniu tureckiemu. Przykłady trzech polskich powstań i polskiej determinacji w 1918 roku też były dla nas nauką. Wiedzieliśmy, że bez walki i ofiar, bez rozbudzenia wśród Ukraińców świadomości państwowej, nie może być mowy o niepodległości.
Naszym głównym problemem był ukraiński kompleks, który można nazwać rodzajem politycznego zniewolenia. Gdy zabierano Ukraińców do obcych armii, ci godzili się z tym, mówiąc "co możemy zrobić?", natomiast gdy przyszło stawać do walki o swoje, zaczynały się problemy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że Ukraińcy brali udział we wszystkich rosyjskich wojnach z Turcją, ze Szwecją, z Niemcami, ginęły ich wtedy tysiące. W okresie wielkiego głodu w latach 1932-1933 zginęło 8 milionów Ukraińców. Gdyby choć jeden procent z tych, którzy wówczas zmarli, walczył wcześniej w oddziałach Petlury, wsparł w latach 1918-1921 walkę o państwo ukraińskie, rezultat tej walki mógł być zupełnie inny.

- Część pana aktywności w podziemiu była ściśle związana z terenami etnicznego pogranicza, zamieszkanego zarówno przez Polaków, jak i przez zróżnicowaną pod względem stopnia świadomości narodowej ludność ukraińską.


Zgodnie z rozkazem Romana Szuchewycza ("Taras Czuprynka"), szefa Prowidu (kierownictwa) OUN i głównodowodzącego Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA), jeszcze w 1943 roku znalazłem się na terenie ziemi przemyskiej. Objąłem funkcję prowidnyka (kierownika) Okręgu Przemyskiego. W jego skład wchodziły okolice Jarosławia i Przemyśla, Łemkowszczyzna oraz obszary, które po roku 1944 stały się częścią Ukraińskiej SSR, czyli tereny wokół Dobromila, Niżankowic i Mościsk. Ziemia przemyska traktowana była przez nas jako część ukraińskiego terytorium etnograficznego. Rozwój sieci organizacyjnej OUN w tym rejonie nastąpił w okresie okupacji, kiedy te tereny znalazły się w Generalnym Gubernatorstwie, struktury OUN istniały tam jednak już na długo przed wojną. Po 1941 roku organizacja, dzięki zaangażowaniu Szuchewycza oraz referenta do spraw organizacyjnych Wasyla Kuka ("Łemisza"), znacznie się tu wzmocniła i rozbudowała. To właśnie oni udzielili mi pierwszych dokładnych informacji na temat tego terenu i jego specyfiki.

Naszym celem była walka o niepodległe, zjednoczone państwo ukraińskie, a naszym głównym wrogiem był rosyjsko-bolszewicki imperializm. Wspieraliśmy ideę walki o niepodległość wszystkich, którym ten imperializm zagrażał. Temu celowi służyła Konferencja Zniewolonych Narodów, którą zorganizowaliśmy w 1943 roku. Nasze przesłanie do tworzenia wspólnego frontu walki z zagrożeniem ze strony ZSSR miało również stanowić ważną platformę do budowania współpracy z polskim podziemiem. Takie wytyczne otrzymałem bezpośrednio od Szuchewycza. Na jednej z odpraw, w październiku 1943 roku, poświęcił on bardzo wiele uwagi sprawie relacji z Polakami. Szuchewycz mocno akcentował wagę tego zagadnienia, często podkreślał: "Dołóżcie wszelkich starań, by zlikwidować front ukraińsko-polski". Ja miałem na ten temat własne zdanie i własne doświadczenia: pamiętałem pacyfikacje, aresztowanie w 1939 roku i dlatego dyskutując z Szuchewyczem, mówiłem mu: "Nie uda się nam uczynić Polaków naszymi sojusznikami, głównie dlatego, że nadal uważają nasze tereny za swoje". Do dziś pamiętam jego odpowiedź: "Kropla wody, kapiąc na kamień, żłobi go nie siłą uderzenia, a dzięki konsekwencji, z jaką to robi. Dlatego macie działać metodycznie, za pomocą propagandy. Bolszewicy rozpoczną aresztowania polskich patriotów, żołnierzy AK - wy natomiast proponujcie Polakom współpracę i wspólną walkę ramię w ramię". W następstwie tych rozmów napisałem broszurę "Relacje polsko-ukraińskie". Teraz pewne rzeczy ująłbym w niej inaczej, ale zaprezentowany tam sposób myślenia, ocenę faktów historycznych, podzielam generalnie do dzisiaj. Nadal przekonany jestem, że walki polsko-ukraińskie - od czasów wojen kozackich i ugody perejasławskiej[1] - w ostateczności przynosiły korzyść tylko naszym wrogom.

- Na czym koncentrowała się działalność Prowidu na ziemi przemyskiej?


- W praktyce nasze działania zmierzały do uświadomienia celów naszej walki polskiemu społeczeństwu. Po to wydawaliśmy ulotki i tworzyliśmy sieć łączności na terenach rdzennie polskich, m. in. w Krakowie i Warszawie. Po zakończeniu działań wojennych i ustaleniu granicy ważnym obiektem naszej aktywności byli zagraniczni korespondenci i zachodnie placówki dyplomatyczne. Do naszych zadań należało przekazywanie im informacji na temat celów walki, prowadzonej przez ukraińskie podziemie, sytuacji na sowieckiej Ukrainie, naszych dokumentów programowych. W języku polskim wydaliśmy m. in. broszurę Jarosława Starucha "Nasza odpowiedź", w której odpieraliśmy główne zarzuty, formułowane przeciwko naszemu ruchowi. Autor udowadniał na przykład, że oddziały dywizji "Hałyczyna" nie brały udziału w pacyfikowaniu powstania warszawskiego. Z ważniejszych prac, wydanych po polsku, warto też przypomnieć "Bolszewicką demokratyzację Europy" Petra Dumy-Majewskiego. Literatura ta rozsyłana była w szerokim zasięgu pod adresy różnych polskich środowisk, głównie inteligenckich. Oddziały UPA odbywały rajdy propagandowe również na terytorium Czechosłowacji.

W ten sposób chcieliśmy, po pierwsze, przełamać blokadę informacji, przeciwdziałać oskarżeniom oraz tendencyjnym informacjom. O ukraińskich partyzantach mówiono i pisano przecież jako o niedobitkach hitlerowskich kolaborantów, walczących ze wszystkimi nacjonalistach. Po drugie, pragnęliśmy dokonać przełomu w myśleniu Polaków - uświadomić im, że bez naszego sukcesu w walce o niepodległą Ukrainę niemożliwe będzie też powstanie niepodległej Polski.

- Ukraińskie podziemie miało więc konkretne plany budowy wspólnego z Polakami frontu przeciwbolszewickiego. Na ile udało się je zrealizować?


- Właśnie gdy skupiliśmy się na akcji propagandowej i szukaniu porozumienia z Polakami, rozpoczęła się akcja wysiedlania Ukraińców do ZSSR. Ta akcja zniweczyła większość naszych planów i zmusiła nas do zmiany sposobów działania, w tym do skoncentrowania się na walce zbrojnej i przeciwdziałaniu akcji wysiedleńczej. Akcja ta przyniosła m. in. masowe mordy ukraińskiej ludności cywilnej, których sprawcami byli i żołnierze regularnej, podległej Warszawie armii, i członkowie podziemia, i wreszcie zwyczajne bandy. Przypomnę tylko takie miejscowości, jak Zawadka Morochowska, Pawłokoma, Berezka. Gdy mordy stały się rzeczą codzienną, wydaliśmy odezwę do ludności polskiej, w której przestrzegaliśmy przed konsekwencjami takich działań. Ale zarówno Jarosław Staruch ("Stiah")[2], jak i ja, byliśmy przeciwko wzajemnym rzeziom. Dysponowaliśmy wtedy na całym Zakerzoniu - na odcinku od Chełma do Łemkowszczyzny - 18 sotniami UPA. Nasze główne siły znajdowały się w Przemyskiem i w Bieszczadach.

Staraliśmy się wszelkimi siłami powstrzymać narastającą w naszych szeregach żądzę odwetu. Proszę nie zapominać, że w oddziałach byli przede wszystkim ludzie z tamtych terenów. Dochodzące do nich wieści o pacyfikacjach, przymusowych przesiedleniach, paleniu wsi, powodowały, że żołnierze rwali się do walki. Część z nich głośno wyrażała niezadowolenie z faktu, że w czasie gdy giną ich bliscy, dowództwo układa się z Polakami. Ten czynnik nie był bez znaczenia. Staraliśmy się w miarę możliwości osłabiać te nastroje, tłumaczyć, że naszym celem nie jest walka z Polakami i wyrównywanie z nimi rachunków, lecz walka o państwo ukraińskie, a naszym głównym wrogiem są bolszewicy. W czasie akcji odwetowych staraliśmy się karać wyłącznie sprawców napadów na ukraińskie wsie. Staraliśmy się uniknąć niepotrzebnych ofiar wśród polskiej ludności cywilnej. Tak było np. w czasie akcji sotni "Hromenki" na wieś Dylągowa. Usiłowaliśmy również wyjaśniać nasze cele na spotkaniach z polską ludnością. Zapamiętałem jedno z takich spotkań w Rybotyczach koło Przemyśla. Przemawiał wtedy nasz politwychownyk "Wadym" (Jarosław Pycio), który był fanatykiem współpracy polsko-ukraińskiej - inteligentny, przekonujący.

Taka postawa nie pozostała bez odpowiedzi ze strony polskiego podziemia. 29 kwietnia 1945 r. we wsi Siedliska miało miejsce spotkanie rejonowego prowidnyka OUN "Borysa" oraz "Arkadija" (Iwana Krywuckiego) z kapitanem AK "Drażą" (Draganem Sotiroviciem). Podjęto wtedy decyzję o zaprzestaniu wzajemnych ataków i nawiązaniu bezpośredniej współpracy na tym terenie pomiędzy polskim i ukraińskim podziemiem. Później były następne spotkania, m. in. w Rudzie Różanieckiej, z udziałem Jurija Łopatyńskiego, który przybył tam specjalnie z zagranicy, z pełnomocnictwami do rozmów ze strony głównego dowództwa UPA.

- Na temat kontaktów polskiego i ukraińskiego podziemia ukazało się kilka wartościowych artykułów i publikacji, m. in. książka "Pany i rezuny" Rafała Wnuka i Grzegorza Motyki. Szczegóły dotyczące prób budowania współpracy pomiędzy WiN [3] a UPA są w Polsce coraz lepiej znane. A jaki był stosunek ukraińskiego podziemia do żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego?


- Traktowaliśmy ich podobnie, jak na Ukrainie żołnierzy Armii Czerwonej. Mieliśmy świadomość faktu, że większość z nich znalazła się w szeregach wojska w wyniku przymusowego poboru. Widzieliśmy, że znalazło się tam wielu członków podziemia, głównie z AK. Staraliśmy się nawiązać z nimi kontakty. W wielu przypadkach to się udawało. Dochodziło do nawiązania ściśle zakonspirowanych relacji między naszymi strukturami a Polakami, nieraz piastującymi ważne funkcje, głównie jednak na szczeblu lokalnej administracji. Niedawno w archiwum w Kijowie znalazłem szereg sprawozdań różnych struktur UPA z tego terenu, gdzie wspomina się o takich kontaktach.

Nie należy jednak zapominać, że zarówno w wojsku i milicji, jak i w społeczeństwie, dominowały nastroje antyukraińskie. Rzutowały one na postrzeganie naszej walki przez Polaków. Większość z nich uwierzyła w propagandę, mówiącą, że naszym celem jest wyłącznie walka z Polakami i oderwanie pogranicznych terytoriów od Polski. Nie chciano dostrzegać faktu, że walczymy nie tylko na tych 20 tys. km kwadratowych - na ziemiach, które weszły w skład powojennego państwa polskiego - lecz także na rozległych terytoriach Ukraińskiej SSR. Dlatego działania władz, skierowane przeciwko Ukraińcom i ukraińskiemu podziemiu, znajdowały na ogół poparcie polskiego społeczeństwa.

Mieliśmy pełną świadomość tego, że władze będą w stanie osiągnąć zamierzony cel i przesiedlić większość Ukraińców do ZSSR. Postanowiliśmy jednak podjąć nierówną walkę, bo takie były nastroje Ukraińców - ludzie chcieli się bronić przed wyjazdem. Zakładając, że przesiedlenie zostanie dokończone, planowaliśmy przerzucenie wszystkich naszych oddziałów przez granicę na wschód, w celu prowadzenia dalszej walki. Nie zamierzaliśmy uciekać na Zachód, miały tam iść wyłącznie te sotnie, które przygotowywano do przekazywania informacji o naszej walce. Na Zakerzoniu mieli pozostać nieliczni, głównie w celu podtrzymywania łączności z Zagranicznymi Oddziałami UHWR (Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej) oraz kontynuacji akcji propagandowej wśród ludności polskiej.

Nasza akcja przeciwko przesiedleniom do Ukraińskiej SSR rozwinęła się najsilniej na Łemkowszczyźnie. Było to spowodowane zarówno warunkami terenowymi (górskie, zalesione tereny sprzyjały walce partyzanckiej), jak i faktem, że w okresie okupacji niemieckiej znacznie wzrosła tam świadomość ukraińska. Ponadto ludzie z gór byli mocno, bardziej niż mieszkańcy terenów podmiejskich, związani z ojcowizną. Dla nich góry były wręcz świętością. I z takich ludzi zorganizowaliśmy 6 sotni, dodam - bardzo bitnych sotni. Spotykałem się z nimi, z sotniami "Chrina", "Bira" i "Myrona", po 1947 roku w okolicach Sambora, gdy te oddziały przeszły granicę. Ich wsie pozostały zgliszczami, rodziny porozrzucano po terytorium ZSSR i Polski, ale oni dalej walczyli, bo wiedzieli, o co walczą. Byli częścią ukraińskiej mitologii, w której Ukraina to ziemia, a ludzie są sercem tej ziemi.

- Czy UPA w początkach drugiej bolszewickiej okupacji Ukrainy liczyła na trzecią wojnę światową?


- Dowództwo UPA miało świadomość, że perspektywa trzeciej wojny światowej jest odległa. Staraliśmy się natomiast często o tym wspominać w naszej propagandzie. Robiliśmy nasłuch radiowy, redagowaliśmy informacje o wydarzeniach na świecie, w których te wątki były silnie eksponowane. Chodziło nam głównie o budowanie i podtrzymywanie morale prostego żołnierza. Nie można mu było mówić, że nie ma szans na sukces, choć wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że własnymi tylko siłami nie pokonamy takiej potęgi, jaką był ZSSR. Potrzebna nam była jakaś realna perspektywa. Wiedzieliśmy jednak, że nawet gdyby doszło do wojny, nasze szanse na wsparcie ze strony państw zachodnich byłyby bardzo nikłe.

- Po przesiedleniach na Ukrainę ukraińskie podziemie na terenach Polski stanęło wobec nowego zagrożenia, jakim było rozpoczęte 28 kwietnia 1947 - w ramach akcji "Wisła" - przymusowe przesiedlenie ludności ukraińskiej na ziemie poniemieckie. Jaki wpływ miała ta akcja na dalsze możliwości waszego działania?


- Akcja "Wisła" oznaczała wyludnienie wsi, realna stała się dla nas wizja głodu. Od tego momentu głównym naszym pożywieniem były kartofle, pozostawione na polach wysiedlonych wsi. Jednak właśnie na tych polach wojsko urządzało często zasadzki. Z tamtego okresu pochodziło powiedzonko: "zdobędziesz kartofle albo zginiesz w walce o nie"[4]. Zgodnie z rozkazem, już w 1946 roku miałem opuścić te tereny i przejść na sowiecką Ukrainę, jednak Staruch zwrócił się do dowództwa z prośbą o pozostawienie mnie, ze względu na rozpoczęcie akcji przekazywania materiałów ambasadom krajów zachodnich i dziennikarzom, oraz ze względu na wagę, jaką Prowid przywiązywał do rozmów z polskim podziemiem. Pełniłem wówczas funkcję zastępcy Prowidnyka OUN na Zakerzoński Kraj do spraw polityczno-propagandowych. Wczesną wiosną 1947 roku miałem ostatecznie przejść na teren Ukrainy, jednak pokrzyżowała te plany akcja "Wisła". Nie mogłem opuścić ludzi, czekałem więc w Przemyślu na kontakt ze "Stiahem". Nie było to łatwe, gdyż łączność na terenie Polski była utrudniona przez działania wojska. 1 maja wydałem odezwę do żołnierzy i ludzi z siatki cywilnej OUN, w której nawoływałem ich do trwania na swoim terenie, bo przejście przez szczelnie pilnowaną granicę na Ukrainę było ryzykowne. Wreszcie kurierka przyniosła mi rozkaz od Starucha, z wyznaczonym miejscem spotkania. W sytuacji, gdy wkoło pełno wojska, milicji, funkcjonariuszy UB, a w lasach obława za obławą, droga do kryjówki "Stiaha", która mieściła się w odległych o 70 km Lasach Manastyrskich, zajęła mi miesiąc: wyruszyłem z Przemyśla 27 maja, na miejsce dotarłem zaś pod koniec czerwca. Po drodze zginął w obławie komandyr "Kora", który po spotkaniu ze Staruchem przedzierał się do przebywającego w Niemczech Stefana Bandery. Nam udało się przebić. Potem jeszcze trzy tygodnie czekałem w leśnej kryjówce na łączników od Krajowego Prowidnyka.

Na spotkaniu ze Staruchem, po dokonaniu oceny sytuacji, zdecydowaliśmy że w Przemyskiem pozostanie nadrejonowyj prowidnyk "Taras" (Petro Kałuza), a jego ludzie będą podtrzymywać łączność z Ukrainą, z Zachodem oraz z zakonspirowanymi strukturami na terenie centralnej Polski. Na terenie Polski mieli krótko pozostać dowódca UPA w VI Okręgu "San" Myrosław Onyszkewycz ("Orest") oraz szef Służby Bezpieczeństwa "Dalnycz" (Petro Fedoriw). Część sotni - najbardziej karne oddziały - miała przejść na Zachód. Nie chcieliśmy sytuacji, w której wygłodzeni partyzanci, znalazłszy się na terenie Czechosłowacji, będą się dopuszczać rabunków. Wiedzieliśmy, że zostanie to wykorzystane przeciw nam.

My postanowiliśmy przebijać się na wschód. Nie mogliśmy pozostawić samym sobie tych, którzy nadal walczyli na Ukrainie - byliśmy częścią OUN i UPA. Mieliśmy świadomość, że na Ukrainie warunki walki są cięższe, padają większe ofiary. Po spotkaniu ze Staruchem [5]przeszliśmy granicę we wrześniu 1947 w okolicach Arłamowa. Wraz ze mną przeszli "Hryhor", rejonowi prowidnycy, sotnie łemkowskie i czota z sotni "Łastiwki". W tym czasie mieliśmy trzy kanały przerzutowe na Ukrainę, obsługiwane przez specjalne bojówki: jeden na wysokości Rawy Ruskiej, drugi w Przemyskiem, trzeci na wysokości Sambora. My przeszliśmy "kanałem przemyskim", który obsługiwała bojówka "Sokoła". Dowódca i jego ludzie pochodzili z okolic Dobromila, znali tam każdą piędź ziemi, ścieżkę czy kawałek lasu. Dlatego - pomimo zasieków, pułapek i licznych patroli - udało nam się przejść granicę bez problemów. W rejonie Skola spotkałem się z "Połtawą" i "Horbowym" (Osyp Diakowy). Moja walka trwała jeszcze pięć lat.

- Co zadecydowało o tym, że pomimo zastosowania przez Sowietów represji na ogromną skalę, wasza walka trwała tak długo?


- Podstawą naszego oporu było poparcie ludności. Podam tylko jeden przykład. W 1952 roku odbywałem naradę z szefami rejonów Kowel, Łuck i Równe. Łącznicy przyprowadzali ich i odprowadzali pojedynczo, gdyż w każdej chwili musieliśmy brać pod uwagę możliwość aresztowania. Po odejściu ostatniego gospodarz, w którego domu półtora metra pod ziemią była kryjówka, przychodzi do mnie i mówi: - Złapano "Antona". KGB starało się wtedy łapać partyzantów żywcem i wszelkimi metodami wydobywać z nich informacje. Dodam tylko, że to "Anton" przyprowadził mnie i rejonowych prowidnyków do tej kryjówki. Pytam więc gospodarza: - Ile stąd do lasu? - 12 kilometrów. - Można przejść niepostrzeżenie? - Nie. I rzeczywiście, w zimie, na otwartej przestrzeni, nie miałbym żadnych szans. Co robić? Chłop po namyśle mówi: - Jak przyjdą, zginiemy wszyscy. Trzeba wierzyć, że "Anton" nie wyda. W końcu zdecydował, że zostaniemy u niego do wieczora. Ten człowiek miał czwórkę małych dzieci. Proszę sobie wyobrazić, jak mocno musiał wierzyć w sens naszej walki! Takich przykładów było więcej. Ci ludzie, którzy po przeprowadzeniu kolektywizacji często nawet nie byli w stanie nas nakarmić, nie odmawiali nam pomocy, choć wiedzieli, czym ta pomoc groziła. Tak było jeszcze w latach pięćdziesiątych. Współczesnym pokoleniom nieraz trudno to zrozumieć.

Rozmawiali Iza Chruślińska i Piotr Tyma



Wasyl Hałasa, ps. "Orłan" ur. w 1920 r. we wsi Białokrynica w powiecie Podhajce. Od 1937 r. w konspiracyjnej OUN. W maju 1939 r. aresztowany przez władze polskie, zwolniony z więzienia 17 września. W grudniu 1939 r. ponownie aresztowany, tym razem przez NKWD, zwolniony w maju 1940 r. W tym roku bolszewicy aresztowali jego matkę, którą w 1941 r. wywieźli na Syberię, gdzie zmarła. Od grudnia 1940 roku działa w konspiracji, wykonując m.in. funkcję okręgowego prowidnyka OUN w powiecie Czortków. W latach 1943-1947 w strukturach OUN, działających na obecnych terenach Polski. Do 1945 r. pełnił funkcje szefa Okręgu Przemyskiego OUN. Od 1945 do 1947 zastępca szefa OUN na Kraj Zakerzoński. W latach 1947-1953 szef OUN Okręgu Północno-Zachodniego, wykonywał również funkcję dowódcy UPA-Pólnoc, kierując walką podziemia na terenie obwodów: wołyńskiego, rówieńskiego oraz żytomierskiego i kijowskiego. W UPA dosłużył się stopnia pułkownika. Od lata 1950 r. członek Centralnego Kierownictwa OUN. Aresztowany 11 lipca 1953 r. w okolicach Krzemieńca przez specjalną grupę sowieckiego ministerstwa bezpieczeństwa (MGB), więziony w więzieniu MGB w Kijowie do 1960 roku. Mieszka w Kijowie.



[1] W 1654 r. w Perejasławiu kozacy i chłopi ukraińscy wypowiedzieli posłuszeństwo królowi polskiemu, oddając się w opiekę carowi Rosji.

[2] Krajowy Prowidnyk OUN na Kraj Zakerzoński, czyli zamieszkane przez Ukraińców ziemie powojennej Polski ("za linią Curzona").

[3] "Wolność i Niezawisłość", w latach 1945-1953 główne ugrupowanie polskiego podziemia antykomunistycznego, podległe władzom RP na uchodźstwie.

[4] Parodia hasła OUN: "Zdobudesz ukraińśku derżawu, abo zahynesz u borot'bi za neji" (Zdobędziesz ukraińskie państwo albo zginiesz w walce o nie).

[5] "Stiah" zginął w swoim bunkrze podczas obławy 17 września 1947.