
Urodził się we wrześniu 1923 r. w Kostopolu na Wołyniu jako najmłodsze z czworga dzieci państwa Zadzierskich. Jego ojciec Władysław, urzędnik, zginął w czasie okupacji w niewyjaśnionych okolicznościach. Matka Stanisława z d. Korczyc – Brochwicz zginęła w Powstaniu warszawskim. Obie siostry i brat byli starsi o 7-11 lat, zatem Józio miał wielkie szanse, by zostać rozpieszczonym beniaminkiem. Do takiej roli nie predysponował go jednak charakter, który ujawnił się już w dzieciństwie: samodzielny, odważny, uparty, czasami nawet zawadiacki (by nie użyć łatwiej od nazwiska asocjacji). Trudno go było czymkolwiek zastraszyć albo zaskoczyć, zawsze miał pod ręką optymalne wyjście z sytuacji.
Lubił konie. Miał może pięć lat, kiedy pierwszy
raz posadzono go "na próbę" na wierzchowca. Spodziewano się przy tym, że parę
kroków spaceru z asekuracją ojca usatysfakcjonuje malca, tymczasem on uczepiwszy
się grzywy ruszył z kopyta galopem. Wielka trwoga ogarnęła domowników, którzy
śledząc wzrokiem oddalającego się ułana, oniemieli z wrażenia oczekując
niechybnej tragedii. Józio tymczasem zatoczywszy wielki krąg, jakby nigdy nic
wrócił niebawem na miejsce startu z rozwichrzoną czupryną i wymalowanym na buzi
zadowoleniem.
A włosy wtedy (z woli mamy) nosił długie, "pod polkę", prawie
jak dziewczynki. Były one powodem ciągłego buntowania się: - Nie chcę być babą! Jego protesty były jednak
lekceważone, dlatego pewnego dnia wymknął się z domu i poszedł na dworzec
kolejowy. Nosił tam bagaże, a za zarobione grosze udał się natychmiast do
fryzjera. By nie pozostawiać nikomu wątpliwości co do swojej płci, kazał się
ostrzyc dokładnie "na zero"!
Taki był mały Józio Zadzierski. Na co dzień
ułożony, uczynny, chętny do pomocy, ale - kiedy chciał - zawsze postawił na
swoim. Lubił zabawy i gry wojenne. Nieustannie wznosił przeróżne "fortece",
które - zapewniał - są "nie do zdobycia". Uczył się dobrze i nigdy sobie nie
pozwolił, by mu pomagano w odrabianiu lekcji. Taki mały, inteligentny
indywidualista.
Tymczasem mijały lata. Ojciec, dotychczas szef firmy "Nobel",
zmienił pracę i został kierownikiem Banku Handlowo - Kupieckiego w Równem.
W 1937 r. rodzina Zadzierskich przeprowadziła sie
do Warszawy. Józef otrzymał patriotyczne wychowanie w duchu narodowym, uczył sie
w szkole kadetów, skąd zabrał go ojciec, obawiając się wpływu piłsudczyków na
syna.
Najstarszy syn Edmund (rocznik 1912), absolwent Liceum
Krzemienieckiego, wyjechał do Włodzimierza Wołyńskiego do Szkoły Podchorążych
Artylerii, a potem do Warszawy na studia matematyczne i do Poznania na ekonomię.
Siostry Maria i Alina po zdaniu matury w rówieńskim gimnazjum, podjęły naukę w
stolicy, odpowiednio w Szkole Dziennikarstwa i na wydziale prawa Uniwersytetu
Warszawskiego.
W przededniu wybuchu wojny, zniknął z domu Józek.
Zostawił kartkę, na której prosił o wybaczenie, ale jego powołaniem jest bić się
o wolną Polskę. Nikt nie wie, jakich argumentów użył, ale faktem jest, że
16-latka przyjęto do regularnego wojska! Jako zwiadowca (oczywiście na koniu!)
walczył w armii gen. Franciszka Kleeberga, a po kapitulacji pod Kockiem
zwolniono go - jako małoletniego - do domu.
Jego brat Edmund nie był - jako
rezerwista - zmobilizowany, ale zgłosił się do wojska na ochotnika. Wzięty do
niewoli sowieckiej, zginął w Starobielsku.
Józek tymczasem rwał się do walki.
Rodzice jednak postawili twardy warunek, że najpierw musi zdobyć jakiekolwiek
wykształcenie. Dokonał tego na tajnych kompletach, a zaraz potem udał się do
majątku Dańków w powiecie grójecko-wareckim, gdzie ukończył podchorążówkę.
Jednocześnie nawiązał kontakt z lokalnymi oddziałami dywersyjno-bojowymi. Nosił
wówczas pseudonim "Zawisza" i zaprzysiężony został przez prof. Władysława
Kapelczyńskiego „Wertusa”.
W 1943 roku został zdekonspirowany przez
Niemców. W obławie zginął jego kolega "Longinus", natomiast "Zawiszy" udało się
zbiec. Wtedy z pomocą przyjaciół przedostał się do Kazimierza Mireckiego,
komendanta NOW na okręg COP (Rzeszowskie). Stąd trafił do oddziału leśnego por.
Franciszka Przysiężniaka "Ojca Jana".

Józef Zadzierski "Wołyniak"
Tymczasem Zadzierski - senior od 1940 r. usiłował nawiązać kontakt z konspiracyjnymi działaczami na Kresach Wschodnich. Z pierwszej, bardzo ciężkiej wyprawy na Wołyń wrócił, z następnej już nie. Był to straszny cios dla rodziny, a zwłaszcza dla Józka, który był bardzo przywiązany do ojca. Niestety, był to cios nie ostatni - wkrótce w Powstaniu Warszawskim zginie matka, a rodzeństwo znajdzie się w ciężkich tarapatach. Musieli często zmieniać mieszkanie, potracili wszelkie zasoby materialne, a nawet dokumenty i rodzinne pamiątki. Ich życie nabierało niezwykłego tempa i biegło od wypadku do wypadku. Mimo rozsypki, utrzymywali ze sobą sporadyczne kontakty. Józek często przyjeżdżał do matki (dopóki żyła), nie zraził się nawet tym, że za kolejnym razem wpadł w "kocioł" urządzony w jego mieszkaniu. Prowadzony przez dwóch gestapowców zdołał wyrwać się i zbiec.
Oddział ten ma na swoim koncie wiele sukcesów w walce z niemieckim okupantem, ale też co najmniej jedną dotkliwą porażkę. Było to w okresie Bożego Narodzenia '43, kiedy to jeden jedyny raz zatrzymano się na kilkudniowe kwaterowanie w śródleśnej wsi Graba, około 15 km na południe od Janowa Lubelskiego. 27 grudnia przyjechał tu ks. kapelan Franciszek Lądowicz; szykowano właśnie ołtarz, gdyż tego dnia miał się odbyć ślub dowódcy Fr. Przysiężniaka z Janiną Oleszkiewicz. Miała być wielka feta, tymczasem niespodziewanie na skraju wioski zagdakał erkaem, zaraz potem odezwały się cekaemy, zaświtały pistolety maszynowe, rwały się granaty. Do wsi weszły tyraliery niemieckie. Zaskoczeni partyzanci mieli odciętą drogę do lasu. "Wołyniak" w tym czasie czyścił swój rkm. Usłyszawszy strzały, w mig złożył karabin i wyskoczywszy boso na dwór, jął prażyć Niemców. Dzięki jego brawurze ocalało szefostwo oddziału, ale poległo kilkanaście innych osób. Oddział poniósł klęskę. "Wołyniak" i kilku innych żołnierzy opuściło wtedy oddział, obarczając kierownictwo winą za niefrasobliwość.
Miesiące partyzanckiej doli dzielił z
"Wołyniakiem" zamieszkały obecnie w USA Józef Zawitkowski, który pół wieku
później tak scharakteryzował kolegę:
"Był
jednym z najstarszych stażem partyzantów u Ojca Jana . Nadzwyczaj odważny,
ryzykant, nie znający lęku ochotnik na każdą akcję. Ulubioną jego bronią było
parabelum szturmowe z długą lufą. Każdą broń potrafił w kilka minut rozłożyć i
złożyć z zawiązanymi oczyma! Nigdy nie zawiódł, zawsze można było na niego
liczyć."
Natomiast jeden z przełożonych, major Emil Kubler
wspomina:
"Od pierwszego wejrzenia
"Wołyniak" zaimponował mi swoją dziarską postawą i zachowaniem. Z takimi
zapaleńcami – pomyślałem - dobrze mi będzie wojować w warunkach partyzanckich,
oni nie zawiodą."
Za swe nieraz krwawe, ale udane akcje, otrzymał od
swych przełożonych z NOW nie tylko przydomek "zuchwałego zagończyka", ale też
należne mu odznaczenia i awanse do kapitana włącznie (rozkazem d-cy okręgu
"Groma").
Po odejściu od "Ojca Jana" zawiązał własny, nieliczny bo
30-osobowy oddział, który operował głównie w północnej Rzeszowszczyźnie i w
Lasach Janowskich.
Od początku 1944 roku przeprowadził wiele akcji przeciw
administracji ukraińskiej oraz współpracującym z Niemcami służbom i pomocniczym
oddziałom ukraińskim. Zlikwidował m.in. ukraińsko – niemieckie posterunki w
Potoku, Kuryłówce, Cieplicach, Obszy. Walczył na Zasaniu z Niemcami, razem z
sowiecka dywizją partyzancką im. Sidora Kowpaka. Dzięki likwidowaniu przez niego
niemieckich grup kontyngentowych Niemcy na Zasaniu zaprzestali rekwirowania
żywności we wsiach. Wiosną 1944 r. walczył z grupami UPA, jego oddział chronił
ludność polska na Zasaniu przed napadami ukraińskimi. W lipcu 1944 przeprowadził
wojska sowieckie przez San i umożliwił im zajęcie Leżajska bez żadnych walk i
strat.

Ożanna, uroczystości z okazji święta 3
Maja 1945 r., na cztery dni przed bitwą z NKWD pod Kuryłówką. Przed oddziałami
partyzantów NZW, stoją ich dowódcy, w kolejności (od prawej): kpt. Józef
Zadzierski "Wołyniak", por. Stanisław Pelczar "Majka", Bronisław Gliniak
"Radwan".
Pod koniec lipca 44 r., kiedy to władzę poczęli
przejmować komuniści, dowództwo konspiracyjne Armii Krajowej podjęło tyleż
przebiegłą, co ryzykowną decyzję wprowadzania swoich ludzi do władzy. Tym
sposobem "Wołyniak" (oczywiście ze sfałszowanymi dokumentami i spreparowanym
życiorysem) został komendantem nowo utworzonej Milicji Obywatelskiej w Leżajsku.
Podobny fortel udał się jeszcze w Kulnie, Kuryłówce i paru innych
miejscowościach. Jednak po około trzech miesiącach NKWD rozszyfrowało "konie
trojańskie", zaczęły się aresztowania, katorżnicze śledztwa, wreszcie wywózki na
Sybir.
Wagon, którym ich wieziono w listopadzie 44 roku był typowy dla tego
typu transportów : towarowy (bydlęcy), z zaryglowanymi drzwiami i okratowanymi
kolczastym drutem okienkami. "Wołyniak" jednak nie był by sobą, gdyby pogodził
się z wyrokiem. W wagonie przebywał tylko tyle czasu, ile potrzeba było na
wydłubanie w podłodze dziury. Co prawda nie straszne mu było obcowanie ze
śmiercią, ale do głowy mu nie przyszła myśl, że ryzykując tę ucieczkę, mógł
zginąć pod kołami pociągu. Wraz kilkoma towarzyszami zsunął się pod podłogę
wagonu, chwila koncentracji i zwolnienie uścisku rąk ... Zwinięci w kłębek,
toczyli się jeszcze kilkadziesiąt metrów po torach, po czym podnieśli się cali
obolali, ale szczęśliwi, że uszli niewoli.
„Wołyniak” odpoczął w krzakach
oczekując na zmrok. W myślach usiłował ustalić, gdzie jest i w jaką stronę się
udać. Mniemał - słusznie, jak się potem okazało - że jest w okolicy Lubaczowa.
Stąd ruszył w kierunku Niska, gdzie w niedalekim Zarzeczu szefem placówki AK był
kolega z lasu, Józef Zawitkowski. "W pół wieku
po tym wydarzeniu - wspomina Zawitkowski - mam w pamięci żywy obraz "Wołyniaka", który się u
mnie zameldował po ucieczce z transportu na Sybir. Potłuczony, posiniaczony,
cały w ranach, na łokciach i kolanach zdarta skóra... wierzyć się nie chciało,
że w takim stanie zdołał przejść kilkadziesiąt kilometrów".
W Zarzeczu
został opatrzony. nakarmiony, ale nie przystał na propozycję, by odpocząć choć
kilka dni. Śpieszno mu było do Leżajska, a na drogę poprosił o nagan, naboje i
granaty. Odnalazł UB-ków i NKWD-zistów, którzy go niedawno aresztowali i co do
jednego zlikwidował!
Odtąd był nieprzejednanym wrogiem komunistów, Ukraińców
z band UPA i tych wszystkich, którzy im sprzyjali. Jeszcze raz zorganizował
oddział, tym razem pod auspicjami NZW. Liczył on ok. 150 ludzi i wsławił się
wieloma akcjami przeciw UB, MO, KBW, PPR, UPA i NKWD na terenie Rzeszowszczyzny
i południa Lubelskiego.
Dzięki jego dowództwu 19 marca 1945 r. polskie oddziały partyzanckie rozbiły
idący z ukraińskiego Kulna, ukraińsko – sowiecki napad na polską Kuryłówkę, a 7
maja rozgromiły pod Kuryłówką ekspedycję karną NKWD, zabijając ponad 70
żołnierzy tej formacji. W Leżajskiem i na Zasaniu zwalczał antypolskie podziemie
Ukraińców, pacyfikował wsie wspierające UPA, m.in. Dobrą, Wołczaste, Dobczę,
Dąbrowice, Rudkę. W odwecie za napady oddziału UPA dowodzonego przez Iwana
Szpontaka „Żeleźniaka” dokonał 17 IV 1945 r. wraz z innymi oddziałami NZW
krwawej pacyfikacji ukraińskiej wsi Piskorowice. W 1945 i 1946 r. jego ludzie
zniszczyli posterunki milicji m.in. w Giedlarowej, Jarocinie, Frampolu, Potoku
Górnym, Tarnogrodzie. Toczył także potyczki z tropiącymi go na Zasaniu grupami
operacyjnymi KBW. Legenda "Wołyniaka" na tych obszarach była tak wielka, że
niemal wszystkie akcje były jemu przypisywane. Propagandziści PRL nie omieszkali
tego wykorzystać dopisując na jego rachunek także niecne występki zwykłych
bandytów, szabrowników i "koguciarzy".
Legendy jednak przeważnie krótko
żyją. Po kolejnych pacyfikacjach terenu oraz akcjach UB i KBW liczebność jego
oddziału spadła z ponad dwustu do kilkunastu partyzantów pod koniec 1946 r. W
nocy z 11 na 12 listopada 1946 r. podczas potyczki w rejonie Tarnawca zostal
ranny w rękę. Nie mógł poddać się regularnemu leczeniu, bo to groziło
dekonspiracją i aresztowaniem. Niebawem rozwinęła się gangrena. Nie widząc
wyjścia z sytuacji, nocą z 28 na 29 grudnia 1946 r. we wsi Szegdy popełnił
samobójstwo.
Pochowano go konspiracyjnie na miejscowym cmentarzu, ale nawet
po śmierci nie zaznał spokoju. UB węszyło za jego grobem, więc koledzy
przenieśli jego ciało w inne miejsce cmentarza w Szegdach. Szykanowano ks.
Węgłowskiego, który uczestniczył w pogrzebie. Dopiero 30 lat później na jego
mogile pojawił się metalowy krzyż z tabliczką "Naród swemu Obrońcy", ale tylko
nieliczni wtajemniczeni wiedzieli czyje szczątki kryje ten grób. I aż prawie pół
wieku trzeba było, aby o bohaterze mówić z imienia i nazwiska, a miejsce jego
wiecznego spoczynku by zostało godnie uhonorowane.
Kpt. Józef Zadzierski
wzorowo spełnił swój żołnierski i obywatelski obowiązek. Był i jest wzorem
polskiego oficera, wiernego syna narodu.